Dziennik Gazeta Prawna
Polska polityka zagraniczna potrzebuje dzisiaj długoterminowej strategii i zdecydowanego wzmocnienia naszej miękkiej i twardej siły. Alternatywą jest powolna degradacja naszej pozycji międzynarodowej.
Reklama
Złota dekada po wejściu do Unii Europejskiej uśpiła nas na dobre. A przecież po dołączeniu w 1999 r. do NATO i w 2004 r. do UE Polska powinna była stworzyć długoterminową wizję swojej roli w regionie, Europie i na świecie. Rosnący potencjał naszego kraju powinien był doprowadzić do zasadniczego zwiększenia środków finansowych i efektywności kluczowych instytucji decydujących o pozycji państwa na arenie międzynarodowej. Ostatni rok boleśnie pokazał, że Polska nie może osiąść na laurach.

Reklama
Odpowiedź na agresję Rosji na Ukrainę i brutalną presję Kremla na Bałtów w praktyce sprowadziła się do zapowiedzi zwiększenia naszych wydatków na obronność o... 0,05 proc. PKB w ciągu dwóch lat. Polska w rok po rewolucji przyznała Ukrainie 10-letni kredyt o wartości... 100 mln euro. W 2014 r. pomoc rozwojowa dla Ukrainy została zwiększona zdecydowanie, jednak pozostaje wciąż na bardzo niskim poziomie. Polski premier odwiedził Kijów dopiero niemal rok po zwycięstwie rewolucji godności. Niestety, ta raczej zdawkowa reakcja jest przejawem szerszego problemu: dominacji nad Wisłą mentalności „nasza chata z kraja”.
Największym paradoksem 25 lat polskiej niepodległości jest rosnący wpływ procesów zagranicznych na nasz kraj oraz powiększający się potencjał Polski (rozmiar i konkurencyjność gospodarki, dochód na głowę, efektywność administracji), wzmacniający nasze możliwości oddziaływania na te procesy. Jednocześnie zainteresowanie tematyką międzynarodową jest nad Wisłą coraz mniejsze, a polska miękka i twarda siła raczej skromnie wzmocniona. Ten pogłębiający się rozdźwięk między potencjałem i praktyką będzie stanowił w najbliższych dekadach kluczowe wyzwanie dla polskiej polityki zagranicznej.
Globalna wioska
Według prognoz MFW, Komisji Europejskiej i OECD wzrost PKB Polski w najbliższych dekadach będzie niższy od średniej światowej, natomiast wciąż znacząco wyższy niż Europy Zachodniej. Jednak tempo doganiania przez nas krajów zachodnich (tzw. konwergencja) w latach 2015–2030 będzie znacznie niższe niż w latach 1991–2014. Od trzech lat nasza gospodarka rozwija się w tempie wolniejszym niż średnia światowa. Co więcej, po 2030 r. tempo wzrostu ma spaść do poziomu Europy Zachodniej, co będzie oznaczało, że Polska może zostać zakonserwowana na poziomie 80 proc. PKB per capita starej UE-15. Dlatego szczególnie ważne jest przyspieszenie, które musi wynosić co najmniej 4 proc. w skali rocznej.
Polska zajmuje obecnie 43. miejsce w rankingu konkurencyjności Światowego Forum Ekonomicznego. Ta pozycja oznacza, że jest na etapie przejściowym – pomiędzy gospodarką, której wzrost napędzany jest poprawą efektywności (efficiency driven economies), a taką, która opiera się na innowacyjności (innovation driven economies). Jeśli nie dokona drugiego skoku modernizacyjnego, pozostanie na stałe pomiędzy tymi grupami państw, czyli wpadnie w pułapkę średnich dochodów. Tymczasem dotychczasowe źródła wzrostu zaczynają się wyczerpywać. Należy przygotować się np. na stopniowe zmniejszanie roli funduszy europejskich jako jednego z kół zamachowych polskiego rozwoju. Biorąc pod uwagę prognozy ekonomiczne, globalne lokomotywy wzrostu będą poza Europą (np. Daleki Wschód, Ameryka Północna). W tym kontekście niezwykle ważna jest globalizacja naszej gospodarki i polityki zagranicznej, czyli niejako podłączenia polskiego wagonu do tych lokomotyw wzrostu. Kolejne przyspieszenie wymaga także zajęcia się najważniejszymi długoterminowymi wyzwaniami wewnętrznymi, takimi jak kurcząca się populacja, niski poziom innowacyjności oraz szkolnictwa wyższego, modernizacja i dywersyfikacja sektora energetycznego. Wszystkie te problemy można rozwiązać jedynie poprzez rozwój współpracy z partnerami zagranicznymi, w znacznie większym niż dotychczas stopniu – z pozaeuropejskimi.
Strategia i miękka siła
Jedną z najistotniejszych słabości polskiej polityki zagranicznej jest niewystarczające myślenie w kategoriach długoterminowych. W 2013 r. Radosław Sikorski, minister spraw zagranicznych, w swoim exposé zaprezentował slajdy z wykresami rozwoju PKB per capita Polski od... średniowiecza. Główny przekaz wystąpienia można było sprowadzić do stwierdzenia, że naszym celem strategicznym jest dogonienie cywilizacyjnie Zachodu – a wtedy zobaczymy, co dalej. Taki program jest jednak zdecydowanie zbyt mało ambitny.
W 2012 r. MSZ przyjął po raz pierwszy w historii dokument strategiczny „Priorytety polskiej polityki zagranicznej 2012–2016”. Jest to dokument o krótkiej perspektywie czasowej, pozbawiony strategicznej wizji Polski na arenie globalnej, regionalnej i europejskiej. W bardzo ograniczonym stopniu pokazuje związek między potrzebami wewnętrznymi kraju i polityką zagraniczną. W efekcie ta strategia nie mogła uzyskać statusu doktryny. W kolejnych exposé ministrowie spraw zagranicznych nie odwołali się do niej ani razu. Strategią nie zainteresowały się także media i opozycja. Dzisiaj nikt o niej nie pamięta. Impuls myśli strategicznej nie przyjdzie też raczej z think tanków zajmujących się sprawami międzynarodowymi. Te są skupione na bieżących sprawach, a nie na kwestiach strategicznych. A także niedoinwestowane przez świat biznesu i instytucje państwowe.
Polska potrzebuje jak najszybszego udoskonalenia praktycznych narzędzi polityki zagranicznej. We współczesnym zglobalizowanym świecie jednym z najważniejszych stała się tzw. miękka siła (handel, bezpośrednie inwestycje, stypendia studenckie, pomoc rozwojowa, imigranci itd.). Według danych Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) polska pomoc rozwojowa wyniosła w 2013 r. 0,10 proc. naszego PKB. Przy czym w kraju często możemy usłyszeć, że jesteśmy państwem biednym, na dorobku i nie stać nas na dzielenie się z innymi. Jednak, według ONZ, Polska już od kilku lat jest zaliczana do... najbardziej rozwiniętych państw świata. Portugalia – nieznacznie bogatsza od nas, borykająca się z poważnym kryzysem – ścięła zdecydowanie wydatki na pomoc rozwojową do 0,23 proc. PKB. Po arabskiej wiośnie biedniejsza od nas Turcja zwiększyła radykalnie swoją pomoc rozwojową do poziomu 0,41 proc. PKB w 2013 r. Ten wzrost był związany z napływem uchodźców z Syrii, ale też z ambicjami geopolitycznymi Ankary. Tymczasem Polska przeznacza – po Łotwie – najmniej funduszy na pomoc rozwojową ze wszystkich członków UE.
Nasz kraj znajduje się też na ostatnim (po Chorwacji) miejscu w UE pod względem udziału procentowego studentów zagranicznych w ramach społeczności studenckiej. Bardzo rzadkim zjawiskiem są także szkoły polskie (średnie i wyższe) dla obcokrajowców działające za granicą.
Niestety, nie udało nam się również dotąd stworzyć wyspecjalizowanej agencji zajmującej się promocją polskiego eksportu i inwestycji zagranicznych oraz przyciągającej inwestorów ze świata. A to dlatego, że w Polsce występuje niejasny podział kompetencji w kwestii zagranicznej polityki gospodarczej. Zajmuje się nią kilka instytucji, ich współpraca jest bardzo ograniczona. Rada koordynująca promocję eksportu i inwestycji w 2012 r. spotkała się...trzy razy. W efekcie według agendy ONZ zajmującej się inwestycjami zagranicznymi (UNCTAD) skumulowane polskie inwestycje za granicą stanowiły w 2013 r. jedynie 11 proc. naszego PKB i są jednymi z najniższych w UE. Co więcej, w rzeczywistości nasze inwestycje są znacznie mniejsze, gdyż blisko 50 proc. z nich to inwestycje na Cyprze, w Holandii, Luksemburgu i Szwajcarii, które są często reinwestowane w Polsce. Pozaeuropejska potęga średniego kalibru najbardziej podobna rozmiarami populacji, gospodarki oraz dochodem na głowę do Polski, czyli Malezja, ma skumulowane inwestycje zagraniczne na poziomie blisko 45 proc. PKB.
Obywatel dyplomata
Tematyka międzynarodowa i polityka zagraniczna są obecnie w debacie publicznej tematem co najmniej drugorzędnym. W najważniejszych programach informacyjnych głównych stacji telewizyjnych tematyka zagraniczna stricte polityczna zajmuje znikomą część czasu antenowego. Gazety wyraźnie zmniejszyły liczbę stron poświęconych sprawom międzynarodowym. Media telewizyjne i drukowane utrzymują dzisiaj znacznie mniej niż kiedyś korespondentów za granicą. Paradoksalnie, ta postępująca abdykacja tematyki zagranicznej z debaty publicznej następuje w momencie, gdy Polacy podróżują i pracują za granicą w skali bezprecedensowej w najnowszej historii kraju, a znajomość języków obcych osiągnęła poziom wcześniej niespotykany. Co najważniejsze, to spychanie tematyki międzynarodowej na margines debaty publicznej dzieje się w momencie, gdy sytuacja przeciętnego Polaka bardziej niż kiedykolwiek zależy od rozwoju wydarzeń w międzynarodowym otoczeniu kraju.
Ten pogłębiający się rozdźwięk ma niestety także negatywne konsekwencje dla jakości polskiej demokracji. Wywołuje bowiem pogłębienie się elitarnego charakteru polityki zagranicznej i odrywanie się jej od społeczeństwa. Z kolei polityka zagraniczna coraz bardziej potrzebuje legitymizacji społecznej ze względu na fundamentalne wyzwania stojące obecnie przed Polską. Społeczna opozycja do podejmowania przez elity niektórych trudnych decyzji (np. członkostwo w strefie euro), wynikająca nierzadko ze słabości dialogu między rządzącymi i społeczeństwem, ogranicza wyraźnie pole manewru władz obawiających się utraty poparcia. Oznacza to, że społeczeństwo ma duży wpływ na politykę zagraniczną, ale przede wszystkim w wymiarze negatywnym – poprzez sprzeciw. Natomiast elitarna polityka zagraniczna jest bardziej reaktywna, a nie kreatywna.
Przekonanie współobywateli do zdecydowanego zwiększenia zainteresowania tematyką międzynarodową i udziału każdego z nas w procesie jej tworzenia nie jest łatwym zadaniem. Stopień zaangażowania społeczeństwa w debatę publiczną na temat polityki zagranicznej jest najwyższy na świecie w krajach skandynawskich. Ich przykład pokazuje, że zaangażowanie społeczne jest silnie skorelowane z poziomem czytelnictwa książek i gazet, skalą penetracji internetowej, znajomością języka angielskiego oraz jakością telewizji publicznej. Niestety Polska w tych kategoriach zajmuje jedne z ostatnich miejsc w UE, nierzadko wypadając gorzej od państw znajdujących się na podobnym poziomie rozwoju. W 2014 r. jedynie 40 proc. Polaków przeczytało choć jedną książkę, podczas gdy w Szwecji ponad 75 proc., zaś w Czechach blisko 85 proc. Gazety czyta regularnie około 20 proc. z nas, podczas gdy w Szwecji ponad 80 proc. Stopień penetracji internetu przekracza w Polsce 60 proc., natomiast na Słowacji czy w Estonii dochodzi do 80 proc., zaś w Skandynawii niemal każdy mieszkaniec z niego korzysta. Mniej niż 20 proc. Polaków potrafi dobrze mówić po angielsku, zaś w Szwecji zdecydowana większość, a w Estonii niemal 30 proc. mieszkańców. Według porównawczych badań Europejskiej Unii Nadawców w dwóch głównych kanałach polskiej TV publicznej informacje zajmowały 10 proc. czasu antenowego. Dla porównania w Norwegii ponad 50 proc., Niemczech niemal 40 proc., zaś Holandii – 30 proc. Jeszcze bardziej przygnębiające jest zestawienie jakości informacji na temat spraw międzynarodowych w Polsce i w wymienionych krajach. W Polsce króluje infotainment, połączenie rozrywki z informacją, ze zdecydowanym naciskiem na rozrywkę – jak we Włoszech.
Szlachectwo zobowiązuje
Osiągnęliśmy już taki poziom rozwoju cywilizacyjnego, że jeśli chcemy go utrzymać, nie możemy sobie pozwolić na tak rażący rozdźwięk między potencjałem i praktyką w polityce zagranicznej oraz na brak strategii. Dlatego Polska powinna zwiększyć zdecydowanie nakłady finansowe na pomoc rozwojową i stypendia dla studentów zagranicznych oraz stworzyć wzorowany na krajach zachodnich jednolity system promocji inwestycji i eksportu za granicą. Państwo polskie musi zdecydowanie zwiększyć zainteresowanie swoich obywateli światem, pokazać im ścisłe powiązania między sytuacją zewnętrzną oraz wewnętrzną kraju. Ten proces powinien zacząć się od programów szkolnych i utworzenia profesjonalnej publicznej telewizji informacyjnej.
Po ponad 25 latach czas na przygotowanie wieloletniej strategii polityki zagranicznej. Jej fundamentami powinny być zdecydowane zaangażowanie w integrację euroatlantycką Ukrainy, członkostwo w strefie euro oraz wizja naszego kraju na arenie globalnej jako wyłaniającej się potęgi średniej wielkości (mid-sized emerging power). Takie państwa będą jednym z najważniejszych znaków firmowych świata w XXI wieku. Polska jest jedynym takim krajem w UE i powinna odegrać rolę pośrednika między Unią i tymi państwami (np. Turcją).
Ostatnim fundamentem powinno być przekształcenie naszego kraju w ciągu dekady w jednego z najsilniejszych militarnie członków NATO (co wymaga wyprzedzenia Grecji, Kanady, Norwegii, Holandii i Hiszpanii) i w efekcie kluczowego sojusznika USA. Doceniając plany modernizacji polskich sił zbrojnych, należy uznać je za niewystarczające do osiągnięcia tego celu. Wobec coraz bardziej agresywnej polityki Rosji Polska powinna zwiększyć w ciągu kilku lat nakłady na obronność do poziomu z 1993 r. (między 1993 r. a 2013 r. udział nakładów na obronność w odniesieniu do PKB zmniejszył się w Polsce z 2,5 proc. do 1,8 proc.). To z kolei umożliwiłoby przyspieszenie i rozszerzenie modernizacji sił zbrojnych. Ta ostatnia stałaby się dzięki temu jednym z kół napędowych polskiej gospodarki. Współczesny świat jest właśnie taki – tworzą go naczynia połączone.