Jeszcze w tym roku Komisja Europejska może zdjąć z nas procedurę nadmiernego deficytu, czyli rok wcześniej, niż dotąd oczekiwano
Reklama
Finanse publiczne i wzrost gospodarczy od wejścia Polski do UE / Dziennik Gazeta Prawna
Jakub Borowski główny ekonomista Credit Agricole / Dziennik Gazeta Prawna
Dariusz Rosati były minister spraw zagranicznych, eurodeputowany / Dziennik Gazeta Prawna
Deficyt sektora finansów publicznych okazał się niższy od oczekiwań nie tylko Komisji Europejskiej, ale nawet samego ministra finansów. Jeszcze miesiąc temu szef MF Mateusz Szczurek oceniał, że deficyt będzie bliski 3,6 proc. PKB, ale ostatecznie był o 0,4 pkt proc. niższy od tej wartości. – Polska zredukowała nadmierny deficyt do poziomu pozwalającego oczekiwać, że zostanie zdjęta z naszego kraju procedura nadmiernego deficytu – podkreśla Szczurek. Choć różnica między wydatkami a dochodami sektora finansów publicznych nadal przekracza 3 proc. PKB, czyli maksimum ustalone w traktacie z Maastricht, to Polska ma mocne argumenty wobec komisji, by ta zdjęła procedurę nadmiernego deficytu już w tym roku.
Pierwszy to wywalczona kilka lat temu tak zwana ulga na OFE. Przyjęte dla Polski i innych krajów z kapitałową częścią systemu emerytalnego rozwiązanie przewiduje, że jeśli kryterium konwergencji zostaje nieco przekroczone z powodu transferu pieniędzy na emerytury kapitałowe, to procedura i tak może zostać zdjęta. To „nieco” jest uznaniowe, ale można się spodziewać, że dotyczy przedziału 3,1-3,4 proc. PKB. A mimo zmian w OFE, w II filarze nadal pozostało 2,5 miliona ubezpieczonych. Jak wylicza resort finansów, koszty transferów wyniosły w zeszłym roku 0,4 proc. PKB i jeśli tę wielkość odliczymy od wyniku w 2014 r, to deficyt spada do 2,8 proc. PKB, co oznacza, że Polska spełnia już kryterium deficytu.
Drugi argument dla komisji wynikający już z unijnego prawa dotyczy przepisów, które mówią, że procedura może zostać zdjęta, jeśli obniżka ma trwały charakter. A wszystko na to wskazuje. Już w tym roku deficyt nawet z transferami do OFE ma spaść do 2,7 proc. PKB, w 2016 r. ma się obniżyć do 2,3 proc. i nadal spadać w kolejnych latach. Celem jest deficyt strukturalny na poziomie jednego procenta. To w praktyce ma oznaczać, że gdy Polska notuje gospodarczy wzrost, to mamy nadwyżkę budżetową. A gdy przychodzi recesja, deficyt nie powinien przekroczyć 3 proc. PKB.
Prawdopodobieństwo realizacji takiego scenariusza jest duże dzięki dobrej sytuacji gospodarczej. Nieźle było już w zeszłym roku, co w piątek potwierdził GUS, podając nową skorygowaną wielkość PKB w 2014 r., który wzrósł o 3,4 proc., a nie o 3,3 proc., jak podawano wcześniej. Ale są także inne pozytywne sygnały. W marcu w sektorze przedsiębiorstw płace wrosły o 4,9 proc.
– Te dane powinny się przekładać na zachowania konsumenckie, a to może wspierać dochody budżetowe z VAT. Przy względnieniu prognoz gospodarczych jest duża szansa, że na koniec tego roku deficyt zejdzie poniżej 3 proc. PKB – zauważa Roland Paszkiewicz, szef działu analiz w CDM Pekao. Natomiast ekonomiści ING Banku Śląskiego oczekują np., że w tym roku wzrost gospodarczy wyniesie 4 proc. – Czynników pobudzających wzrost jest kilka. Na przykład przyspiesza strefa euro, co może przedłużyć okres wzrostu w polskiej gospodarce. Teoretycznie, patrząc, ile trwały poprzednie cykle ożywienia, już w 2016 r. powinno nastąpić spowolnienie. Jednak teraz cykl może być dłuższy, choć bardziej płaski właśnie ze względu na ożywienie w strefie euro. Rzadko się zdarza, żeby tak duża gospodarka otrzymała trzy silne impulsy wzrostu jednocześnie: osłabienie waluty, niskie ceny ropy i agresywne luzowanie ilościowe. To musi zadziałać – jest przekonany Rafał Benecki, główny ekonomista ING BSK.
Widać, że koniunktura gospodarcza będzie w najbliższych latach obniżce deficytu sprzyjać, ale mogą się pojawić polityczne znaki zapytania. Mamy wybory i rząd już w tym roku w znaczący sposób zwiększył wydatki na politykę rodzinną, a będą one rosły także w przyszłorocznym budżecie. Zaczyna się też rysować realna możliwość częściowego odwrotu od podniesienia wieku emerytalnego. Prezydent pracuje nad wprowadzeniem stażu jako drugiego kryterium umożliwiającego przejście na emeryturę. Takie zmiany oznaczałyby większe wydatki na system emerytalny. Jednak rząd na razie jest ostrożny wobec tych propozycji. – Rozumiem, że jest przestrzeń na taką debatę, natomiast ja wyrażam swój osobisty pogląd – byłbym bardzo ostrożny, aby tego typu zmian dokonywać już teraz – mówił w Kontrwywiadzie RMF FM szefa gabinetu politycznego premier Ewy Kopacz Marcin Kierwiński. Ale to może się zmienić jesienią, gdy będziemy wybierali już nie prezydenta, a rząd.
Na decyzję komisji będziemy czekali do czerwca. Wkrótce rząd ma przyjąć Aktualizację Programu Konwergencji, czyli m.in. wykaz działań mających zmniejszyć deficyt i wysłać dokument do Brukseli. – Zgodnie z procedurą najpierw rządy krajów unijnych powinny przekazać do Komisji Europejskiej dokumenty ze wskaźnikami gospodarczymi. Następnie komisja powinna na tej podstawie wydać opinię na temat wszystkich krajów i przekazać ją do Rady, która podejmie decyzję. Poprzednia decyzja Rady dawała nam czas na obniżenie deficytu do końca tego roku – zauważa Janusz Lewandowski eurodeputowany, szef Rady Gospodarczej przy premierze.
Jeśli komisja zdejmie z nas procedurę nadmiernego deficytu, będzie to na pewno sukces wizerunkowy, ale może mieć to też skutki praktyczne. Dopóki w niej jesteśmy, rząd musi konsultować z komisją zmiany mogące zmniejszyć dochody budżetowe, jak obniżki podatków czy znacząco podwyższające wydatki państwa, czyli wpływające na deficyt. Po zdjęciu procedury takie zmiany będą łatwiejsze do przeprowadzenia. Na przykład w 2016 r. wygasają podwyżki VAT, co oznacza, że stawki wrócą do poprzednich poziomów. A już raz podwyżka była przedłużana, właśnie z powodu utrzymania procedury nadmiernego deficytu. Może to otworzyć także drogę do innych zmian, np. w wysokości kwoty wolnej od podatku.
Decyzja komisji będzie kwitowała także spełnienie niemal wszystkich kryteriów wejścia do strefy euro przez Polskę. Bo już dziś spełniamy kryterium stóp procentowych, inflacji oraz długu. Jak wynika z wyliczeń GUS, wyniósł on w zeszłym roku 50,1 proc. PKB i był o 5 pkt proc. niższy niż rok temu. Podobnie jak w przypadku mniejszego deficytu to także efekt zmian w OFE – umorzenia obligacji, które miały fundusze. To powoduje, że nie ma obaw o przekroczenie kryterium długu na poziomie 60 proc. PKB. Pozostanie jeszcze spełnienie kryterium zgodności kursu walutowego. By tak się stało, Polska musi wejść do korytarza walutowego ERM2, w którym przez co najmniej dwa lata kurs złotego nie może się odchylić od euro bardziej niż o 15 proc. Ale zanim tam wejdziemy, musimy zmienić w konstytucji zapisy o Narodowym Banku Polskim i Radzie Polityki Pieniężnej. W obecnej chwili to nierealne. Wniosek? Nawet jak komisja zdejmie z nas już teraz procedurę nadmiernego deficytu, to w kwestii naszej drogi do wspólnej waluty niewiele się zmieni.
OPINIE
Urszula Kryńska
ekonomistka Banku Millennium
Deficyt finansów publicznych na poziomie 3,2 proc. PKB jest pewnym zaskoczeniem. Wcześniej Komisja Europejska prognozowała go na poziomie 3,6 proc. PKB. Z tego punktu widzenia odczyt GUS to bardzo dobry wynik. I faktycznie oznacza, że Polska mogłaby już w tym roku zabiegać u Komisji Europejskiej o zdjęcie procedury nadmiernego deficytu. Co więcej, widzę szanse na to, że to może się udać, bo nasze finanse publiczne dobrze rokują. Już wcześniej prognozowano, że w 2015 r. deficyt może spaść poniżej 3 proc. PKB.
Inna sprawa to to, czy nam coś da zdjęcie procedury. Na pewno zyskamy wizerunkowo: już na pierwszy rzut oka będzie widać, że z polskimi finansami publicznymi wszystko jest w porządku. To może być ważne dla tej części inwestorów zagranicznych, która nie dokonuje pogłębionych analiz przed podjęciem decyzji np. o zakupie polskich obligacji. Zdjęcie procedury poprawi naszą wiarygodność, natomiast nie sądzę, aby było wstępem do dyskusji na temat wejścia do strefy euro. Choćby z powodów politycznych to nie jest dobry moment na taką debatę. Ale względy ekonomiczne też odgrywają swoją rolę. Osobiście wolałabym poczekać z decyzjami o wchodzeniu do Eurolandu, by mieć pewność, jak on będzie wyglądał w przyszłości. Euro nie jest już oznaką stabilności, jak to się wydawało jeszcze kilka lat temu. Nie wiadomo, jak skończy się ten projekt. Poza tym widać, jak duże kłopoty mają kraje, które weszły tam w nieodpowiednim momencie. Z przyjmowaniem euro nie powinniśmy się więc spieszyć.
Problem przyjęcia euro w Polsce to problem polityczny. Trzeba zmienić konstytucję albo przynajmniej mieć pewność zmiany, zanim wejdziemy do korytarza walutowego ERM 2. Takiej większości w parlamencie nie ma dziś i raczej nie będzie także po kolejnych wyborach. Tym bardziej że opinia publiczna w większości jest przeciwna wprowadzeniu euro w Polsce. Na zignorowanie tego faktu mogły sobie pozwolić państwa bałtyckie, których waluty były i tak ściśle związane z euro. Dla nich była to decyzja o charakterze formalnym. Nam sytuacja polityczna daje tylko jedną rekomendację: czekać. Są jeszcze dwie kwestie. Sytuacja w strefie euro się poprawia, ale wciąż nie rozwiązano strukturalnych problemów – wysokiego długu publicznego w krajach południa Europy czy Francji. Nie wykorzystano do zmian czasu, jaki dał EBC. Wreszcie mamy Grecję, która jest tykającą bombą i nie wiemy, czy ona wybuchnie, czy uda się ją w dłuższym okresie rozbroić. To także argument za tym, by czekać. Idealne dla nas byłoby wejście do strefy euro z bardziej innowacyjną gospodarką o mniejszym deficycie na saldzie obrotów bieżących, co oznacza mniejsze zadłużanie. A Polska jest przed okresem, w którym zacznie realizować i wprowadzać rozwiązania zwiększające konkurencyjność naszej gospodarki. Chodzi m.in. o program Inteligentny Rozwój lub pomysły zmian w prawie motywujące firmy do zwiększenia wydatków na innowacyjność. Z tego powodu także musimy czekać. Te trzy problemy pokazują, że wejście do strefy euro to nadal bardzo odległa perspektywa.
Chociaż strefa euro wychodzi już powoli z recesji, to nie jest ona teraz jakoś szczególnie atrakcyjna. O ile jeszcze kilka lat temu to Polsce mogło bardziej zależeć na wejściu do Eurolandu, o tyle teraz proporcje się zmieniają. To Polska jest coraz bardziej pożądanym partnerem dla strefy. Jest coraz większa szansa, że w ciągu następnych miesięcy uda nam się zmniejszyć deficyt finansów publicznych do mniej niż 3 proc. PKB. Zdjęcie procedury nadmiernego deficytu, które mogłoby być tego następstwem, będzie dodatkowym atutem dla naszego kraju. Choć i teraz, pomimo że procedura wobec Polski jest zamrożona, nie psuje nam to szczególnie pozycji państwa o dobrych wskaźnikach makroekonomicznych. W efekcie to stronie unijnej zależy teraz na przyciągnięciu Polski, której gospodarka jest stabilna i nie przeżyła poważniejszego tąpnięcia. Nasze wejście do Eurolandu nie zaszkodziłoby Eurolandowi, bo nie wnieślibyśmy wielkich problemów. Poza tym byłoby to korzystne wizerunkowo dla całej Unii Europejskiej, pokazywałoby, że mimo kłopotów do strefy dołączają nowi członkowie. Problem nie jest zatem po stronie Unii Europejskiej, która nie chciałaby nas zaprosić do strefy euro, lecz raczej po stronie polskiej. I nie jest to problem natury ekonomicznej, ale politycznej. Konieczna byłaby zmiana konstytucji. A tymczasem w Polsce, niestety, nie ma nawet merytorycznej debaty nad tym, czy, kiedy i jak wejść do strefy euro i co by to dla nas oznaczało.