Aleksander Majstrowoj, izraelski publicysta
Mark Kotlarski, izraelski pisarz i publicysta
Razem z innymi państwami Grupy Wyszehradzkiej Polacy blokowali wrogie dla Izraela decyzje w Brukseli i głosowali przeciw antyizraelskim rezolucjom. Gdy Zgromadzenie Ogólne ONZ rozpatrywało niesławny raport Richarda Goldstone’a (potępiający Izrael za działania w Gazie – red.), przeciw głosowało jedynie 17 państw. Wśród nich, obok Czech, Słowacji, Węgier i Ukrainy, była Polska. Mówi się, że nigdy nie ma się za dużo przyjaciół. Nasz nowy rząd dowiódł, że to nie tak. Polacy jako przyjaciele okazali się zbędni. Boimy się, że nie są ostatni na liście.
Czarny kot przebiegł drogę naszym relacjom dwa lata temu. W 2018 r. Polacy przyjęli przepisy zakazujące twierdzenia, że naród polski był współuczestnikiem Holokaustu, oraz nazywania obozów śmierci polskimi. Było to uzasadnione, wszak obozy śmierci tworzyli niemieccy naziści, gdy Polska była pozbawiona państwowości, choćby częściowej, w odróżnieniu choćby od Francji, gdzie funkcjonował rząd Vichy z Philippe’em Pétainem na czele. Reakcje były histeryczne. Politycy – od Ja’ira Lapida (dzisiaj szef MSZ – red.) i Naftalego Bennetta (obecny premier – red.) przez Ja’akowa Margiego (polityk ortodoksyjnej partii Szas – red.) i Szuli Mu’alem (wówczas posłanka Nowej Prawicy – red.) po Cachiego Hanegbiego (polityk rządzącego wtedy Likudu – red.) i Jicchaka Herzoga (obecny prezydent – red.) – zaczęli oskarżać Polaków o „niszczenie pamięci o Zagładzie”.
W 2019 r. premier Binjamin Netanjahu czy to z lekkomyślności, czy to z zamysłem (biorąc pod uwagę kampanię wyborczą) wspomniał, że „Polacy współpracowali z nazistami”. Wtedy spór udało się zażegnać, ale relacje z Polakami podważył nowo powołany szef MSZ Jisra’el Kac. Pierwszego dnia na stanowisku ten niezbyt wyróżniający się uczeń Metternicha – niczym baron Münchhausen – „wypowiedział wojnę Anglii”. W wywiadzie dla gazety „Jisra’el ha-Jom”, przypominając słowa byłego premiera Jicchaka Szamira, powiedział, że „Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki”. W odpowiedzi Polska zrezygnowała z udziału w szczycie Grupy Wyszehradzkiej w Jerozolimie.
Tym niemniej stosunki zostały zachowane, była też nadzieja na ich odbudowę. Co charakterystyczne, najskuteczniejszy w tej sferze był eksgenerał Gabi Aszkenazi, szef MSZ w latach 2020–2021, który po prostu nie pozwalał sobie na niepotrzebną demagogię. Niestety po przyjęciu przez Polaków nowelizacji k.p.a., co zbiegło się w czasie z dojściem do władzy nowego rządu w Izraelu, te nadzieje wyparowały niczym rosa z pierwszymi promieniami słońca. Lapid dobił relacje z Polską, nazywając przyjęte przepisy antysemickimi i amoralnymi. Wydaje nam się jednak, że Polacy wychodzili z innego założenia: czas zerwać niekończący się łańcuch machinacji z nieruchomościami. Czy przepisy były wymierzone w Żydów? W tym samym stopniu, co w Polaków. Nijak nie da się ich jednak nazwać „zaprzeczającymi Holokaustowi”.
Praktycznie we wszystkich państwach europejskich, które przeżyły historyczne kataklizmy, z wyjątkiem kilku w rodzaju Hiszpanii, Szwajcarii czy Szwecji, ludzi przesiedlano i pozbawiono majątków. Czy majątek utracony przez Żydów w Belgii, we Francji, w Holandii czy we Włoszech został im zwrócony? Nie. Czy rząd RFN wyrzucał Niemców z domów należących wcześniej do ofiar Holokaustu? Nie. W najlepszym przypadku wypłacano rekompensaty lub zwracano budynki użyteczności publicznej i o charakterze religijnym (lub to, co z nich pozostało). Polacy robili to samo. Dlaczego mamy pretensje tylko do Polski?
Władza radziecka pozbawiała Żydów całego majątku. Od powstania ZSRR aż po lata 80., kiedy emigrujący Żydzi oddawali mieszkania państwu. Czy ktoś zażądał od Kremla zwrotu mieszkań, w których mieszkają dziś zupełnie inni ludzie, albo chociaż wypłaty odszkodowań? Kontynuujemy politykę podwójnych standardów, której sami tak nienawidzimy. Nie odważymy się przypomnieć Amerykanom i Anglikom, jak traktowali statki z żydowskimi uchodźcami. Zamykamy oczy na zdradę Francuzów, patrzących, jak żandarmi zaganiają tysiące nieszczęśników na Velôdrome d’Hiver w Paryżu. Nie przypominamy Rosji o prześladowaniach Żydów w czasach stalinizmu. Ale jesteśmy silni i pełni dumnego poczucia pewności siebie wobec Polaków.
Istnieje kilka wyjaśnień takiego postępowania. Historia z Polską obnaża negatywne cechy pewnej części izraelskiego spektrum politycznego. Ludzie, którzy rzucili się do oskarżania Polski za poprawki do k.p.a., często nie mają pojęcia o historii Zagłady i narodu żydowskiego. Bywa, że ich wiedza sprowadza się do opowieści, które słyszeli od dziadków. Nie wiedzą nic o historii relacji polsko-żydowskich. O słowach krakowskiego rabina z XVI w. Moszego Isserlesa, że „gdyby Bóg nie dał Żydom Polski jako schronienia, losem tego narodu byłoby najpewniej unicestwienie”. O prożydowskich sympatiach legendarnych wodzów – Kazimierza Wielkiego, Jana Sobieskiego, Tadeusza Kościuszki i Józefa Piłsudskiego.
Nieznajomość własnej historii miewa tragiczne następstwa. Ci sami ludzie, którzy przymykali oczy na manipulacje Baracka Obamy, cyniczną rozgrywkę Rosji z Hamasem i Hezbollahem, zniewagi płynące z ust Recepa Tayyipa Erdoğana, pokazali zdecydowanie, próbując ukarać Polaków. Tymczasem dramat Holokaustu był bardziej skomplikowany niż mitologia. Na terytorium Polski umiejscowiono największe obozy zagłady, w których zamordowano 3 mln Żydów z całej Europy. Ale to były niemieckie obozy. Mordowali w nich kaci zebrani przez Niemców także z krajów okupowanych. Znaczna część Polaków nie sympatyzowała z Żydami. Byli i tacy, którzy pochwalali działania nazistów, a nawet wydawali im Żydów albo rozprawiali się z nimi sami. Pogrom w Jedwabnem przeprowadzili Polacy, choć współcześni polscy historycy starają się temu zaprzeczać. W pogromie w Kielcach, już po wojnie, zginęło ok. 40 Żydów.
Niemniej to polski rząd w Londynie był tym, który wzywał cywilizowany świat do ocalenia Żydów przed nadchodzącym ludobójstwem. Ten sam rząd stworzył podziemną siatkę Żegoty, która zajmowała się ratowaniem Żydów. Jej aktywiści wyprowadzali uwięzionych z gett, szukali im schronienia, zapewniali pożywienie. W 1942 r. działacz podziemia Jan Karski w imieniu rządu spotykał się z przywódcami USA i Wielkiej Brytanii i opowiadał im o masowych mordach na Żydach. W Londynie i Waszyngtonie mu nie uwierzyli. A może nie chcieli uwierzyć? Biorąc pod uwagę, że sojusznicy pod różnymi pretekstami odmawiali zbombardowania dróg prowadzących do obozów śmierci, to drugie stwierdzenie może być trafniejsze.
Według szacunkowych danych w Polsce ocalono ok. 120 tys. Żydów, a w ich ratowaniu wzięło udział do 350 tys. Polaków. To dużo czy mało? Wiele, biorąc pod uwagę, że taka pomoc była brutalnie karana. Co najmniej 5 tys. Polaków zostało zgładzonych przez nazistów za pomoc Żydom. Ale grupa polityków, o których piszemy, o tym nie wie. Skąd więc ich wrogość? Pewną rolę odgrywają czynniki wewnętrzpolityczne. Atakiem na Polskę Lapid wywołał aplauz masy Izraelczyków. Dla tych, którzy znają historię Holokaustu z opowiadań dziadków, stał się nieomal herosem, obrońcą narodu żydowskiego. Netanjahu budował popularność, zawierając nowe sojusze polityczne. Lapid niszczy relacje z przyjaznymi krajami, ale jest popularniejszy niż „Bibi”. Ot, paradoksy zbiorowej świadomości.
Jest także ważny czynnik zewnątrzpolityczny. Netanjahu orientował się na kraje, w których wpływy mają sympatyzujące z Izraelem środowiska konserwatywne – Europę Wschodnią, Indie, Brazylię. Nowy szef MSZ skupia się raczej na lewicowo-liberalnej elicie w USA i urzędnikach z Brukseli, którzy Polski nie znoszą tak samo jak Izraela. To właśnie chęć wejścia do klubu „wybranych” napędza Lapida. Wydaje mu się, że Polska jest dogodnym obiektem do demonstracji pryncypialności i lojalności wobec liberalnego mainstreamu, i w pewnym sensie tak właśnie jest. Jednak w dłuższej perspektywie taka polityka grozi Izraelowi dramatycznymi konsekwencjami. Ryzykujemy utratę sojuszników i utrzymanie „przyjaciół” gorszych niż wrogowie.