Cypr Północny dysponuje wszystkimi atrybutami suwerennego państwa, z wyjątkiem uznania międzynarodowego. Czyli w odróżnieniu od Polski, która według jednego z ministrów istnieje tylko teoretycznie. Tak jest już od 40 lat
Piesze przejście graniczne zaplątane pomiędzy wąskimi uliczkami starej części Nikozji – które, mając paszport Unii Europejskiej, można łatwo przekroczyć – daje złudne poczucie, że to granica jak każda inna. Ale tuż za budynkami strażników zaczyna się 180 km murów i drutów kolczastych, które ciągnąc się przez całą szerokość wyspy, od 40 lat rozdzielają Cypr na dwie części. To ostatnia taka granica w Europie.
Reklama

Reklama
Leżąca po jej północnej stronie Turecka Republika Cypru Północnego jest najstarszym z kilku istniejących w Europie quasi-państw, które funkcjonują bez uznania międzynarodowego. Niby ma wszystkie atrybuty państwowości – określone terytorium, stałą populację, władze, które sprawują pełną i wyłączną kontrolę nad tymże terytorium i zdolność do zawierania stosunków z innymi państwami, ale nawet same władze przyznają, że funkcjonowanie jako państwo nieistniejące w oczach świata jest bardzo trudne i bez pomocy Turcji nie byłoby w ogóle możliwe.
Uciążliwości dotyczą zarówno życia codziennego, jak i całej gospodarki. Te pierwsze to np. podróżowanie za granicę – paszport Cypru Północnego umożliwia wjazd jedynie na terytorium Turcji, zaś aby dostać się gdzieś indziej, jego obywatele muszą wystąpić o paszport Republiki Cypryjskiej, czyli części greckiej, bądź jeśli są potomkami osadników z Turcji – o turecki. Zresztą samo dostanie się na Cypr Północy nie jest łatwe – jedynym rejsowym połączeniem lotniczym jest trasa ze Stambułu – ponieważ lotniska na północnej części wyspy nie mają certyfikatu UE, nie mogą na nich lądować samoloty z krajów członkowskich, a nawet z państw trzecich. – Dwa lata temu Azerbejdżan chciał uruchomić bezpośrednie loty, ale wycofał się z tego po tym, jak Unia zagroziła, że w takim wypadku zabroni samolotom z tego kraju lądowania na wszystkich lotniskach w UE – mówił podczas spotkania z grupą zagranicznych dziennikarzy minister spraw zagranicznych TRCP Özdil Nami. To samo dotyczy portów. Albo inny przykład – Republika Cypryjska próbowała zablokować majowy koncert Deep Purple z okazji 25-lecia jednego z północnocypryjskich uniwersytetów, choć akurat bezskutecznie. Cypr Północny nie ma własnej domeny internetowej, telefonicznego numeru kierunkowego, a nawet na listach pocztowych musi być adres turecki, i dopiero stamtąd przesyłki są kierowane na wyspę.
Bardziej uciążliwe są jednak sprawy makro – Cypr Północy jest objęty niemal całkowitym embargiem gospodarczym ze strony UE. Z wyjątkiem towarów lokalnie produkowanych, cały eksport i import musi przechodzić przez Turcję, co w oczywisty sposób zwiększa ich ceny. – Nasze produkty są traktowane przez UE tak jak np. chińskie, choć równocześnie UE uznaje nas za swoją część – nie kryje rozgoryczenia Özdil Nami. Wystarczy powiedzieć, że cały północnocypryjski eksport do UE wyniósł w 2012 r. tylko 8,7 mln dol. Skutkiem tego jest potężny deficyt w handlu zagranicznym – w 2013 r. wartość importu wyniosła 1,784 mld dol., zaś eksportu – zaledwie 120,7 mln – co z kolei powoduje, że kraj jest zależny od pomocy gospodarczej z Turcji, która finansuje około jedną trzecią budżetu TRCP. Władze północnocypryjskie próbują zmniejszyć tę zależność, rozwijając sektor turystyczny (rocznie kraj odwiedza 1,5 mln turystów, z czego 250 tys. spoza Turcji) i przyciągając na wyższe uczelnie zagranicznych studentów (na samym tylko państwowym Eastern Mediterranean University w Famaguście studiuje 16 tys. osób z 85 państw, co biorąc pod uwagę, że cała populacja TRCP wynosi 300 tys., jest liczbą bardzo dużą), ale to jedynie półśrodki. – Nasza gospodarka jest taka, jaka może być gospodarka kraju objętego embargiem – przyznaje prezydent Derviş Eroglu. A na jego zniesienie nie ma szans, póki nie zostanie rozwiązany problem podziału Cypru.

Trochę masakr

Podział wyspy zapoczątkowany został turecką interwencją 20 lipca 1974 r., lecz faktycznie od początku niepodległości tego kraju, czyli od 1960 r., Grecy i Turcy cypryjscy żyli raczej obok siebie niż ze sobą, na dodatek dokonując co jakiś czas wzajemnych masakr. Bezpośrednim powodem inwazji, czy jak wolą Turcy cypryjscy – operacji pokojowej, był zamach stanu na Cyprze, którego organizatorzy zamierzali przyłączyć całą wyspę do Grecji. Choć powód do interwencji był uzasadniony, jej rozmiar okazał się nieproporcjonalnie duży – tureckie wojska zajęły 38 proc. powierzchni wyspy, podczas gdy Turcy cypryjscy stanowili nieco ponad 18 proc. ludności, i Greków w większym stopniu dotknęły późniejsze przesiedlenia – więc to Turcja została uznana za agresora. Gdy w 1983 r. formalnie ogłoszono niepodległość Tureckiej Republiki Cypru Północnego, uznały ją tylko – co oczywiste – Turcja oraz Pakistan i Bangladesz, lecz dwa ostanie pod presją ONZ się z tego wycofały.
Największa szansa na zakończenie konfliktu cypryjskiego pojawiła się w przededniu przyjmowania Cypru do UE – zgodnie z planem sekretarza generalnego ONZ Koffiego Annana miał on zostać przekształcony w federację obu wspólnot etnicznych. Obie głosowały nad nim w referendach – Turcy cypryjscy, choć uważali ją za zbyt duże ustępstwo, poparli propozycję, Grecy cypryjscy, wiedząc, iż jako uznawana przez świat reprezentacja Cypru i tak zostaną przyjęci do UE, odrzucili ją. Efekt jest taki, że formalnie do Unii należy cała wyspa – bo jej podziału nikt poza Turcją nie uznaje – ale w praktyce tylko południowa część, zaś północna tkwi w zawieszeniu.
Północnocypryjskie władze nie ukrywają rozczarowania tą sytuacją. – Grecy cypryjscy przez lata negocjowali tylko po to, by utrzymać przedstawicieli TRCP przy stole, a od kiedy są już w UE, nie mają motywacji, bo osiągnęli swój cel – mówi Eroglu. – Nie znajdziemy rozwiązania, dopóki nie zaczną na nas patrzeć jak na równych, a nie jak na mniejszość – dodaje. Szef dyplomacji Nami jako przykład takiego podejścia podaje fakt, że w latach 2008–2010 już uzgodniono układ sił we władzach federalnych i negocjacje zeszły do poziomu szczegółów, takich jak sposób wybierania osób na poszczególne stanowiska. Teraz, jak mówi, Grecy cypryjscy wrócili do postulatu, by obowiązywała zasada jeden człowiek – jeden głos, co z racji ich przewagi liczebnej dawałoby im wszystkie najwyższe stanowiska. Profesor Ahmet Sözen, dziekan wydziału nauk politycznych i stosunków międzynarodowych na Eastern Mediterranean University, który od kilkunastu lat zajmuje się konfliktem cypryjskim, daleki jest jednak od obarczania winą za brak postępu w rozmowach pokojowych tylko rządu Greków cypryjskich. – Szczerze mówiąc, to nie widzę w przywódcach obu stron realnej woli, żeby przejść do następnego etapu rozwiązywania kryzysu. Najlepszym rozwiązaniem jest takie, które obie strony pozostawi trochę niezadowolonymi – uważa.

Gospodarka przeważy

Najbardziej optymistyczni w kwestii przyszłości Cypru są przedsiębiorcy. – Gospodarka może odegrać fundamentalną rolę w przyspieszeniu procesu pokojowego, bo zjednoczenie wyspy wszystkim przyniesie korzyści – przekonuje szef Północnocypryjskiej Izby Handlowej Fikri Toros. To, że byłoby dobre dla TRCP, jest oczywiste, bo rozwiązałoby to problemy z brakiem możliwości eksportu, uzyskiwania pożyczek, brakiem pomocy międzynarodowej i blokadą lotnisk i portów. Ale istnieje kilka powodów, dla których także Grekom cypryjskim opłaca się zakończenie konfliktu. Po pierwsze, mogliby uzyskać rekompensaty za utracone posiadłości – 82 proc. powierzchni TRCP należało do nich. Po drugie, Republika Cypryjska, która sama jest pogrążona w kłopotach gospodarczych, traci na tym, że jest nieuznawana przez Turcję, bo jej towary nie mają wstępu na tamtejszy ogromny rynek, statki i samoloty nie mają wstępu na tureckie wody i przestrzeń powietrzną, przez co Limassol stracił pozycję hubu stoczniowego we wschodniej części Morza Śródziemnego. Po trzecie, na podziale wyspy traci sektor turystyczny po obu stronach granicy. Po czwarte, Turcja stara się blokować członkostwo Cypru w organizacjach międzynarodowych. Wreszcie, we wschodniej części Morza Śródziemnego odkryto kilka lat temu spore złoża gazu ziemnego, których eksploatacja jest znacznie bardziej opłacalna w przypadku rozwiązania konfliktu, bo nikt przecież nie zainwestuje pieniędzy w wydobycie na terenie, o który toczy się spór. – Biznes jest przekonany, że polityczne rozwiązania pomogą wszystkim, podczas gdy politycy uważają, że gospodarka powinna iść za politycznymi rozwiązaniami. Ale to zwykle biznesmeni są racjonalni i to oni mają wizję – przekonuje.
Pozostaje jeszcze kwestia, na ile za tą wizją są skłonni pójść zwykli ludzie. Patrząc na paradę wojskową z okazji rocznicy tureckiej interwencji oraz na miasta udekorowane niezliczonymi flagami – zawsze obok siebie – Cypru Północnego i Turcji oraz portretami Atatürka, trudno nie odnieść wrażenia, że mieszkańców tej części wyspy nic nie łączy z tymi z południa, a jeśli mieliby się z kimś jednoczyć, to woleliby właśnie z Turcją. Ale mają świadomość, że to rozwiązanie nie jest realne i oni też muszą pozostać trochę niezadowoleni. Zjednoczenie wyspy będzie lepszym wyjściem niż trwanie w obecnej sytuacji, bo Cypr Północny teoretycznie nie istnieje, ale problemy związanie z życiem w nieuznawanym państwie istnieją jak najbardziej.