W minionym roku rodziny najbardziej zamożne stały się jeszcze zamożniejsze – wynika z badań GUS. W 2009 r. 20 proc. rodzin znajdujących się w najlepszej sytuacji materialnej dysponowało 41,3 proc. dochodów wszystkich gospodarstw domowych.

W 2010 r. w ich posiadaniu znajdowało się już 41,7 proc. dochodów ogólnych, a więc wyraźnie więcej. Alarmujący wniosek, że kryzys powoduje coraz większe rozwarstwienie dochodowe społeczeństwa, byłby jednak nieuprawniony. Najbiedniejszym bowiem też się nieco poprawiło. W 2009 r. najniższa grupa kwintylowa (czyli 20 proc. rodzin najgorzej uposażonych) dysponowała 6,6 proc. dochodów ogółu gospodarstw, rok później należało do niej 6,9 proc. dochodów. Czyli wzbogacili się zarówno bogaci, jak i biedni, i to nawet w dość zbliżonym stopniu. Z badań GUS wyraźnie wynika, że rozwarstwienie społeczne od kilku lat się nie pogłębia. To optymistyczny wniosek.

A jednak nie bardzo jest się z czego cieszyć. Biednieje bowiem klasa średnia, trzon każdej gospodarki rynkowej. Pieniądze ze środka rozpływają się w stronę obu biegunów. Zjawisko pozytywne, czyli nieznaczna poprawa sytuacji materialnej najbiedniejszych, może jednocześnie być sygnałem czegoś negatywnego. Pozytywne – bo polityka społeczna, mimo fali słusznej krytyki, najwyraźniej skutecznie chroni najsłabszych, dla których głównym źródłem utrzymania najprawdopodobniej są zasiłki i świadczenia społeczne. Te świadczenia finansują jednak osoby pracujące, mówiąc językiem statystyki, środkowe grupy kwintylowe. Te, którym relatywnie się pogarsza. Jeśli jednak pracującym się pogarsza, żeby mogło się polepszać niepracującym, to ani z socjologicznego, ani tym bardziej z ekonomicznego punktu widzenia dobre nie jest. Zamiast do pracy zachęca bowiem do bardziej energicznego domagania się świadczeń od państwa. Uruchamia spiralę roszczeniowości.