Jeśli PO przegra wybory choćby jednym głosem, nie będzie wychodzić z inicjatywą tworzenia rządu – wynika z zapowiedzi premiera. Możliwość oddania władzy partii Jarosława Kaczyńskiego jest elementem wyborczej strategii, która ma zmobilizować elektorat.

Platforma stara się wzbudzić wśród swoich wyborców strach przed powrotem do władzy PiS. Aby wzmocnić przekaz premier Tusk przedstawił wczoraj wybory jako grę zero-jedynkową: albo my, albo PiS. – Jeśli Platforma nie wygra wyborów, nie powinna ubiegać się o tworzenie nowego rządu – oświadczył wczoraj szef rządu. – Idą ciężkie czasy w Europie, dlatego każdy, kto chce mieć mandat do rządzenia, musi mieć bardzo silny mandat od wyborców. Przyszły rząd mogą tworzyć wyłącznie ci, którzy taki mandat uzyskali – podkreślał.

Premier zapowiedział też, że jeśli PO wygra wybory, to nie wszyscy obecni ministrowie pozostaną w rządzie, bo nie wszyscy „mieszczą się w jego koncepcji” przyszłego gabinetu.

Deklaracja Tuska to jednocześnie zapowiedź powyborczej strategii Platformy. Od wielu tygodni zresztą na zapleczu premiera coraz poważniej rozważany jest scenariusz na wypadek, gdyby PiS osiągnął wynik lepszy niż PO. Tym bardziej że ostatnie sondaże pokazują coraz mniejszą różnicę między obu formacjami i wygląda na to, że o sukcesie zdecydują ostatnie dni kampanii i żadne z ugrupowań do zamknięcia lokali wyborczych nie będzie mogło być pewne zwycięstwa.

Strategia w skrócie wygląda tak: gdyby PiS wyprzedziło PO w wyborach, to powtórzy się sytuacja z 2005 r. Tyle że tym razem Platforma miałaby nie podejmować żadnych rozmów o możliwych koalicjach, a od razu przejść do „twardej opozycji” i poczekać na rozwój sytuacji. – Koalicja PiS z SLD w warunkach kryzysu nie przetrwałaby długo, wtedy np. byłaby szansa na wygraną w przyspieszonych wyborach – mówi osoba zbliżona do kierownictwa partii.

Jak wynika z nieoficjalnych informacji, podczas ostatniego posiedzenia zarządu PO była mowa o możliwych scenariuszach powyborczych. – Wszystko zależy od wyników. Ale nawet jeśli wygramy nieznacznie, to SLD będzie próbowało grać bardzo wysoko, zwłaszcza mając alternatywę w postaci koalicji z PiS. Tusk może wtedy uznać, że nie warto iść na zgniły kompromis – mówi polityk z władz Platformy.

W PO popularne jest też przekonanie, że SLD prędzej stworzy koalicję z PiS niż z PO, nawet gdyby to PO wygrała z minimalną przewagą, ale PiS z SLD miałyby dostateczną większość, żeby rządzić.

Z takim stanowiskiem ściera się też jednak zupełnie inny pogląd w Platformie – należy doprowadzić do koalicji z SLD w imię niedopuszczenia PiS do władzy. Dlatego zapowiedź premiera ma znaczenie także dla samej PO. Tusk bowiem politycznie sam związał sobie ręce. A jeśli ziściłby się scenariusz niekorzystny dla Platformy, to może pojawić się silny sprzeciw wewnętrzny wobec zapowiedzi Tuska, czyli dążenie do porozumienia z lewicą. To z kolei może oznaczać silny konflikt wewnątrz partii. Na ile silny, będzie zależało od tego, kto będzie miał większość w klubie parlamentarnym – Tusk czy Grzegorz Schetyna. I jaką postawę przyjmie wtedy prezydent Bronisław Komorowski, który desygnuje premiera.