Polskie rakiety Grom, których Gruzini użyli w walce z Rosjanami, mają niezwykłą historię. Technologię wykradli nasi szpiedzy. A przy handlu gromami Polska korzystała z usług tajemniczego libańskiego pośrednika.

Trudno się dziwić, że Rosjanie zgrzytali zębami, gdy Polska sprzedała gromy do Gruzji. Rakieta została bowiem skonstruowana na podstawie radzieckiej wyrzutni Igła. Plany konstrukcji polskie służby specjalne zdobyły od naukowców z petersburskich zakładów zbrojeniowych ŁOMO, gdy na Wschodzie walił się komunizm. "Rozsypywało się radzieckie imperium, a nasz oficer jeździł tam z walizkami pieniędzy i przywoził plany na dyskietkach" - opisywało nasze źródło związane z wywiadem.

Na początku niektóre części do gromów musieliśmy jednak kupować od Rosjan. Od kilku lat rakiety są w stu procentach polskim produktem, który powstaje w fabryce Mesko w Skarżysku-Kamiennej.

Gromy są bardzo skuteczną bronią. To, że Rosjanie zdobyli je w Gruzji rok temu, niesie poważne konsekwencje. W październiku 2008 roku prokremlowska gazeta "Izwiestia" ogłosiła, że rakiety z Polski znalazły się w rękach czeczeńskich terrorystów, którzy operują w pobliżu granicy z Gruzją. Na dowód gazeta zamieściła na stronie internetowej 4-minutowy film operacyjny wojsk rosyjskiego MSW. Wygląda na to, że został zaaranżowany, a sceny odnalezienia dwóch rakiet ustawione. Nasze władze przypuszczają, że to sami Rosjanie podrzucili rakiety, aby wywołać międzynarodowy skandal i pokazać nieodpowiedzialność Gruzinów oraz ich sojuszników znad Wisły.

Wśród polskich dyplomatów i oficerów tajnych służb ciągle brany jest pod uwagę czarny scenariusz - taki, że gromy przechwycone przez Rosjan w Gruzji trafią w ręce prawdziwych terrorystów. Sama historia ze sprzedażą gromów do Gruzji latem 2007 może wskazywać, że Polska nie ma ręki do handlu bronią. Gruzini w ostatnich latach wydawali setki milionów dolarów na zbrojenia. Kupowali sprzęt między innymi w Stanach Zjednoczonych, Izraelu, Bułgarii, Czechach i na Ukrainie. Chcieli też zostawiać pieniądze w Polsce, ale nasz przemysł zbrojeniowy nie potrafił sprostać oczekiwaniom, wśród których były natychmiastowe dostawy. Nawet sprzedaż 30 wyrzutni Grom i 100 rakiet napotykała kłopoty.

Efekt był taki, że sprzęt trafił do Gruzinów nie z fabryki Mesko, ale z magazynów polskich wojsk lądowych. "Dyspozycje w tej sprawie osobiście wydawał prezydent Kaczyński" - twierdzi polski wojskowy. Ostatecznie sprzedaż zostało dopięta i odnotowana w publicznie dostępnym rejestrze ONZ (United Nations Register of Conventional Arms). Przy transakcji z 2007 r. pojawił się jednak dziwny pośrednik, Libańczyk Abdul Rahman El-Assir.W 2007 roku Assir, jak podawała "Rzeczpospolita", poleciał do Tbilisi jednym samolotem z prezydenckim ministrem Robertem Drabą oraz z wiceprezesem firmy zbrojeniowej Bumar. Wizyta była oczywiście związana z kontraktami zbrojeniowymi.

Gazeta, powołując się na przecieki z Agencji Wywiadu, podawała, że Assir jest podejrzewany o powiązania z Al-Kaidą. Ale ta informacja jest wątpliwa. Jesienią zeszłego roku rozmawialiśmy o Assirze z jednym z najważniejszych polskich handlarzy bronią: "Sprawdzałem go po podaniu informacji przez media. Nie ma go w żadnych amerykańskich i europejskich rejestrach wykazujących osoby, których należy unikać w handlu bronią". Jednak sam udział Assira w tej operacji jest zagadkowy. Po co pośrednik, skoro Polska ma pierwszorzędne relacje z Gruzją? Pytaliśmy o to jesienią Pawła Poncyljusza, wiceministra gospodarki w rządzie PiS. "Na jego obecność nalegał Bumar. Assir został zaprezentowany jako człowiek, który jest gwarantem powodzenia tej sprzedaży. Praktyką Bumaru pod rządami prezesa Romana Baczyńskiego było korzystanie z pośredników przy wszelkich transakcjach.

Więcej w Dziennik.pl

Michał Majewski, Paweł Reszka