Do końca roku stracimy czterech inspektorów powiatowych. Przeszli na emerytury, ale gdyby nie epidemia, pracowaliby dłużej – o pracy w sanepidzie opowiada szefowa łódzkiej stacji
Część szkół uważa, że sanepidy blokują decyzje o wysyłaniu na kwarantannę i za nic nie chcą się zgodzić na naukę zdalną.
W naszym województwie współpraca między szkołami a sanepidem układa się dobrze. Decyzje o zdalnej nauce są podejmowane w ścisłej współpracy obu instytucji. Nie zdarza się, by opinia inspektora nie została wzięta przez dyrektora pod uwagę. Nikt nie ignoruje zaleceń. Być może to zasługa dobrych kontaktów z placówkami. Na bieżąco je nadzorujemy, wiemy, co się w nich dzieje, jak wygląda tryb pracy.
Reklama
Jak się to państwu udaje? Pracownicy sanepidu narzekają, że są przemęczeni.
Bo jesteśmy. Ogrom pracy, który na nas spadł wiosną, był nieoczekiwany.

Reklama
Ale teraz macie mniej pracy. Przecież od początku września sanepid już nie musi wypuszczać z kwarantanny.
Może i tak by było, gdyby nie rosnąca liczba przypadków. Z każdym dniem prowadzimy coraz więcej działań epidemiologicznych, kontaktujemy się telefonicznie z zakażonymi i przeprowadzamy z nimi wywiad, by na tej podstawie wytypować osoby do kwarantanny. A dodam, że nie ma nas w stacjach więcej. Liczba zatrudnionych jest cały czas na podobnym poziomie.
Od września sanepidy nie muszą już także zlecać badań na obecność wirusa osobom będącym na kwarantannie ani ich przeprowadzać, gdy mają zostać z niej zwolnione. Jak wygląda to w praktyce?
Nie muszą, ale gdy istnieje uzasadnienie, to działamy jak dotychczas. Dlatego kluczowych w walce z epidemią pracowników służby zdrowia, domów pomocy społecznej czy z innych wrażliwych miejsc kierujemy na badania, zanim wrócą do pracy. Zdajemy sobie sprawę, jak wielkim ryzykiem byłoby podjęcie przez nich obowiązków bez 100-proc. pewności co do tego, że są zdrowi. Na tej samej zasadzie zlecamy też badania naszym pracownikom wracającym z kwarantanny. Musimy mieć pewność, że nie zakażą innych, szczególnie że coraz bardziej odczuwamy brak rąk do pracy.
A jak wygląda współpraca z lekarzami podstawowej opieki zdrowotnej? Nadanie im nowych uprawnień odciąża sanepidy?
Lekarze i my poznawaliśmy nowe zasady. Nie zawsze kierowali na izolację, przez co ten obowiązek spadał na nas. Teraz jest inaczej, coraz bardziej nas wspomagają. W rezultacie jest tak, że my kierujemy do testów osoby, które są niesamodzielne, czyli w praktyce przysyłamy ekipę do pobrania wymazu. Lekarze natomiast obsługują pozostałe osoby, które mogą na badanie udać się same.
Zatem zmiana przepisów w praktyce się sprawdza?
Gdyby zmiany nie było, byłoby nam o wiele trudniej. Choć uważam, że sytuacja wciąż jest daleka od idealnej i potrzeba kolejnej nowelizacji. Choćby w zakresie kwarantanny. Dziś każdej osobie kierowanej na kwarantannę musimy wydać decyzję w tej sprawie i dostarczyć ją e-mailem lub pocztą. Bywa, że z jednego ogniska, czyli od jednej osoby zakażonej, na kwarantannę trzeba wysłać od kilkudziesięciu do nawet ponad 100 osób.
Nie chcecie państwo powiadamiać? Słyszałam o historii, kiedy ktoś, u kogo zdiagnozowano koronawirusa, zaczął wymieniać, z kim miał kontakt, a pracownik sanepidu powiedział: cztery nazwiska wystarczą…
Nie słyszałam, żeby u nas zdarzały się takie historie. Ale prawda jest taka, że – kolokwialnie mówiąc – papierologii jest za dużo. Lepszym rozwiązaniem byłoby wydawanie decyzji w obecnej formie i przy zachowaniu obecnej procedury tylko tym, którym jest ona potrzebna. Czyli zatrudnionym, którzy jej potrzebują do wypłaty zasiłku chorobowego.
A co z resztą?
Emerytom, rencistom, niepracującym, uczniom decyzja na papierze nie jest potrzebna. A nam jej wydanie zabiera sporo czasu. Zmniejszenie liczby osób, którym byłaby wydawana, odciążyłoby nas w pracy. Byłoby przynajmniej o jedną trzecią pracy mniej. Liczę na to, że wkrótce możliwe będzie stosowanie uproszczonej procedury nakładania obowiązku kwarantanny.
Odciążyła was też decyzja o rezygnacji z testów po kwarantannie. Czy to dobry pomysł z epidemicznego punktu widzenia?
Mam wątpliwości. Tym bardziej że akurat w mojej stacji, jako jednej z niewielu, mamy własne laboratorium i od 2009 r. wykonujemy metodą PCR badanie na obecność grypy. Gdy pojawił się COVID-19, mieliśmy więc narzędzie do jego wykrywania, z którego mogliśmy od samego początku korzystać. Dziś wykonujemy 200 badań na dobę, a zaczęliśmy od 70–80 dziennie. Doszliśmy do maksimum możliwości. Prawda jest taka, że nie wykonujemy testów dla wszystkich. Badamy DPS-y, przedszkola, czasem szkoły, niekiedy szpitale.
Ile godzin pracujecie?
Jesteśmy służbą. Wymiar czasu pracy wynosi 7 godzin 35 minut. Ale dostosowujemy czas do sytuacji epidemiologicznej. Zaczynamy pracę o 7.30 rano, a kończymy prawie o 22, niekiedy nawet później. Pracujemy w systemie dyżurowym na dwie zmiany, przy tym samym zasobie kadrowym. Od czasu epidemii liczba godzin nadliczbowych narastała pracownikom lawinowo.
Ogrom pracy wpływa na dostępność pracowników sanepidu dla pacjentów. Znane są historie o próbach dodzwonienia się. Czy raczej niedodzwonienia.
Na początku epidemii rzeczywiście trudno było się z nami skontaktować. Z czasem dokładaliśmy nowe połączenia, nowe linie i wszyscy, którzy się z nami chcą skontaktować, mają tę możliwość. Dziś mamy więcej narzędzi. Dostaliśmy sprzęt, ale i np. osoby, które wspomagają nas w codziennych obowiązkach, jak m.in. raportowaniu czy bardziej sporządzaniu sprawozdań o sytuacji epidemicznej w kraju.
W wakacje pojawiła się informacja o cięciach w budżetówce. Czy zwolnienia objęły sanepidy?
Nie. Powiem nawet więcej, gdy kogoś trzeba zatrudnić, to to robimy, by praca szła w miarę w normalnym trybie. Choć nie da się ukryć, że pracownicy są potwornie zmęczeni, od miesięcy pracują ponad siły. Niektórzy korzystają nawet z poradni psychologicznej.
Miało być wsparcie psychologów, to zapowiadał resort zdrowia.
Ja sama odczuwam skutki epidemii. Pierwszy oddech złapałam w lipcu, gdy epidemia trochę spowolniła – wtedy odczułam najsilniej, jak bardzo byłam psychicznie zmęczona. To było trudne dla mnie osobiście. Od marca pracowałam bez wytchnienia, nie mając na nic – poza pracą – czasu. Powtarzałam sobie, że muszę się angażować, bo tu chodzi przecież o czyjeś zdrowie i życie. Bywało, że prostą sprawę załatwiałam nawet dwa dni. Przykład? Wysyłanie osób do izolatorium. Bywało, że chory chciał zostać w dotychczasowym miejscu, bo miejsce mu nie odpowiadało. A nie mógł. Trzeba było więc zrobić wszystko, by go przekonać. Izolatorium nie przyjmie pacjenta bez jego zgody. Nie można więc stosować środków przymusu.
Czy zdarzyły się sytuacje, że pracownicy odeszli, bo uznali, że to już za dużo?
Tak. Trzech inspektorów powiatowych odeszło już z pracy. Czwarty zapowiada, że jest tylko do końca roku. Przeszli na emerytury, ale prawda jest taka, że gdyby nie epidemia, pracowaliby dłużej.
Zapytam raz jeszcze – miało być bezpłatne wsparcie psychologiczne. Jest?
Pracownicy, którzy korzystają z porad, robią to we własnym zakresie. Choć też nikt nie prosił mnie o załatwienie takiego wsparcia. I ja sama radzę wszystkim, żeby korzystali z profesjonalnej porady, bo potem może być za późno. Tym bardziej że wiele osób spotyka się z hejtem.
A jak wygląda kwestia wynagrodzeń? Miały być zamrożone.
Od czterech lat mamy podwyżki systemowe. Zwykle są przyznawane w połowie roku, choć ostatnio były przesunięte na jesień. W tym roku jednak zostały przyznane już w lipcu. Podwyżki są wyższe dla osób, które mniej zarabiają. Objęły one każdego pracownika, bez względu na szczebel zatrudnienia.