Bezprecedensowej aktywizacji Białorusinów towarzyszy coraz wyraźniejszy strach władzy.
Opozycyjnej kandydatce Swiatłanie Cichanouskiej udaje się zbierać na wiecach poza wielkimi miastami niespotykaną dotychczas liczbę zwolenników. Prezydent Alaksandr Łukaszenka, zamiast prowadzić kampanię, woli odwiedzać kolejne jednostki wojskowe i milicyjne. Mińsk uniemożliwia też przyjazd na wybory obserwatorom i dziennikarzom z Zachodu.
Sztab kobiety, która kandyduje w zastępstwie swojego uwięzionego męża, popularnego wideoblogera Siarhieja Cichanouskiego, prowadzi interesującą pod względem politycznego PR kampanię. Kandydatkę poparły sztaby uwięzionego bankiera Wiktara Babaryki i byłego ambasadora w USA Waleryja Capkały, który w obawie przed prześladowaniami uciekł do Rosji. Babaryce i Capkale władze odmówiły kandydowania. Do kampanii Cichanouskiej oddelegowano żonę Capkały Wieranikę i przedstawicielkę komitetu Babaryki Maryję Kalesnikawą.
Reklama
Trzy działaczki wszędzie pokazują się razem. Do rangi symbolu urosły pokazywane przez nie gesty – dłonie ułożone w kształt serca, zaciśnięta pięść i znak V – które mają się kojarzyć ze znanym opozycyjnym hasłem „wierym, możam, pieramożam” (wierzymy, możemy, wygramy). Cichanouska prowadzi aktywną kampanię w internecie. Wczoraj opozycyjni kandydaci (poza nią startuje też troje innych, mniej popularnych działaczy) po raz drugi i ostatni mieli możliwość zaprezentowania swojego programu w półgodzinnych blokach w telewizji państwowej. Opozycja promowała je hasłem „Włącz babci telewizor”.
Największym problemem opozycji od lat było dotarcie do osób starszych mieszkających na prowincji. To one były bazowym elektoratem Łukaszenki także dlatego, że stosunkowo rzadziej mają dostęp do internetu, a głównym źródłem informacji pozostaje dla nich telewizja państwowa (Biełsat jest dostępny przez satelitę i sieć). Wiele wskazuje na to, że tę barierę tym razem udało się pokonać, bo na wiece w regionach przychodzą ludzie, którzy nigdy wcześniej nie uczestniczyli w opozycyjnych protestach. Nawet jeśli na dany wiec nie przyjeżdża Cichanouska, a jedynie jej mężowie zaufania – jedyne osoby poza kandydatem, które mogą prowadzić kampanię wyborczą.

Reklama
W miniony weekend Capkała, Cichanouska i Kalesnikawa objeżdżały wschodnią Białoruś. Na spotkania w Bobrujsku, Homlu, Orszy, Rzeczycy czy Żłobinie przychodziły tysiące osób. Wiecom często towarzyszy białoruskojęzyczna wersja „Murów” Jacka Kaczmarskiego w przekładzie znanego poety Andreja Chadanowicza. Cichanouska mówi, że nie chce być prezydentem, a kandyduje po to, by doprowadzić do zmiany reżimu i rozpisania w ciągu pół roku uczciwych wyborów prezydenckich i parlamentarnych. Apeluje też o solidarność z jej mężem, którego czeka proces za rzekomy atak na milicjanta podczas wiecu w Grodnie (materiały filmowe tych zarzutów nie potwierdzają).
Nie wszyscy antyłukaszenkowsko nastawieni Białorusini są przekonani do Cichanouskiej i jej asystentek. Wątpliwości wzbudza kilka faktów. Babaryka przez 20 lat kierował rosyjskim Biełgazprombankiem, Capkała uciekł akurat do Rosji, zaś Cichanouski – według źródeł ukraińskich – trzy lata temu bez zgody władz w Kijowie miał odwiedzić okupowany Krym, co Ukraina traktuje jako nielegalne przekroczenie granicy. Co do tego, że kandydatura Cichanouskiej to projekt Kremla, jest przekonany Zianon Pazniak, lider odrodzenia narodowego z przełomu lat 80. i 90.
„Technologia, którą zrealizowała Moskwa podczas wyborów na Białorusi (trzy kobiety), okazała się dość skuteczna. Najważniejsze, że sztabowczynie całkowicie podporządkowały sobie Cichanouską, która ciągnie wszystkich na fałszywe głosowanie, obiecując potem oczyścić drogę do władzy Babarykom-Capkałom” – napisał w poniedziałek na Facebooku polityk, który mimo przebywania od lat na emigracji dla wielu narodowo nastawionych Białorusinów pozostaje autorytetem. Kobiety stanowczo zaprzeczają takim zarzutom. Co więcej, Łukaszenka, mimo tarć z ostatnich miesięcy, wciąż cieszy się poparciem Moskwy.
Kreml nie zareagował, gdy białoruskie władze przejęły w zarząd należący do rosyjskich spółek państwowych Biełgazprombank, a MSZ w Moskwie jednoznacznie określiło zachodnie apele o wypuszczenie więźniów politycznych mianem ingerencji w wewnętrzne sprawy Białorusi. Trudno jednak uznać, że Łukaszenka czuje się pewnie. W ostatnich dniach objeżdża kolejne jednostki różnych struktur siłowych, jakby chciał z jednej strony upewnić się co do ich lojalności, a z drugiej – ostrzec opozycję, że na stole leży także scenariusz krwawego stłumienia protestów.
Wczoraj prezydent odwiedził jednostkę nr 3214 specjalnych oddziałów milicji AMAP, zwykle wykorzystywanych do rozpędzania manifestacji. – Widziałem kadry, na których kopali w brzuchy amapowców. Nie powinniście na to pozwalać – mówił. I choć tym razem władze nie składają obietnic socjalnych, ponieważ Białoruś jeszcze przed pandemią znajdowała się w trudnej sytuacji gospodarczej, to jednak i takie sugestie padły. – W najbliższej pięciolatce na pierwszym miejscu, jeśli chodzi o przyznawanie mieszkań, znajdą się a) wielodzietne rodziny, b) wojskowi – zapowiadał Łukaszenka.
Władze starają się też jak najbardziej ograniczyć możliwości rzetelnego obserwowania procesu wyborczego. Choć Łukaszenka twierdzi, że walka z koronawirusem została już wygrana, pod pretekstem epidemii nie zaproszono tym razem obserwatorów Biura Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, choć przedstawiciele zdominowanej przez Rosję Wspólnoty Niepodległych Państw, którzy w przeciwieństwie do OBWE zwykle nie dostrzegają żadnych naruszeń prawa, takie zaproszenie otrzymali.
Ograniczono też liczbę obserwatorów w jednej komisji wyborczej do pięciu, a ich wybór zależy od kolejności zgłoszeń – również pod pretekstem pandemii. Gdy jednak w pierwszym możliwym terminie o dopuszczenie do komisji starały się białoruskie organizacje pozarządowe, okazywało się, że przed nimi zdążyli się już zgłosić obserwatorzy prorządowi. Możliwe, że Mińsk odmówi także akredytacji zagranicznym dziennikarzom.