Dziel i rządź. Bruksela, proponując 750 mld euro na naprawę gospodarczą w UE, nierówno podzieliła pieniądze pomiędzy kraje środkowoeuropejskie. To sprawia, że region nie mówi – tak jak zazwyczaj – jednym głosem w sprawach wspólnotowego budżetu. Różnice wybrzmiały w czasie czwartkowego szczytu Czwórki Wyszehradzkiej w zamku Lednice w Czechach. Co prawda przywódcom udało się – jak powiedział premier Mateusz Morawiecki – wypracować konsensus. Jest jednak jasne, że każda stolica ma w tej chwili inne interesy do załatwienia.
Reklama
Podziały w V4 jeśli chodzi o Plan Naprawczy w zasadzie niczym się nie różnią od tych na poziomie ogólnoeuropejskim. W UE nie ma kraju, który głośno sprzeciwiałby się pomysłowi ratowania poszczególnych gospodarek w ramach funduszu zarządzanego przez Komisję Europejską. Tak samo jest w V4 – nikt nie mówi „nie”. Różnice dotyczą konkretów. Podczas gdy Polska i Słowacja są z wysokości zaproponowanego wsparcia bardzo zadowolone i podzielają pomysł gigantycznego zadłużenia UE, to już Węgry i Czechy chcą rozdzielać pieniądze na innych zasadach. – Biedniejsze kraje nie powinny ponosić kosztów bogatszych – podkreślał czeski premier Andrej Babiš. W jego ocenie przy rozdzielaniu pieniędzy Unia Europejska powinna brać przede wszystkim pod uwagę spadek PKB poszczególnych państw wywołany koronakryzysem. Ale wprowadzenie takiego kryterium spowodowałoby, że Polska zamiast w czołówce największych beneficjentów Planu Naprawczego wylądowałaby na szarym końcu, bo prognozy PKB są dla nas bardzo optymistyczne w porównaniu z innymi.
Nie oponował też przeciwko Planowi Naprawczemu premier Węgier Viktor Orbán, bo – jak mówił – dramatyczne czasy wymagają dramatycznych środków. Natomiast Budapeszt sprzeciwia się pomysłowi nadmiernego zadłużenia, chociaż zgodzi się na nie pod warunkiem, że środki zostaną rozdzielone bardziej sprawiedliwie. Wcześniej przewidywano, że Węgry wraz z innymi niezadowolonymi krajami środkowoeuropejskimi mogą wesprzeć front tzw. oszczędnej czwórki. Chodzi o Holandię, Szwecję, Danię i Austrię, które mają mniej hojną wizję. Kraje te m.in. nie chcą, by wsparcia udzielano w formie bezzwrotnych grantów, lecz jako pożyczki.
Z kolei słowacki premier Igor Matovič jest gotowy na solidarność z innymi krajami regionu. Ale czy kosztem własnego, pokaźnego kawałka europejskiego tortu?
Do niedawna cel regionu był jasny – obrona polityki spójności, zgodnie z którą Unia Europejska pomaga w zasypywaniu różnic między biednymi a bogatymi. Pandemia koronawirusa przewartościowała jednak podejście Brukseli, która teraz – chociaż deklaruje, że nie zamierza rezygnować ze spójności – skupia się przede wszystkim na pomocy dla najbardziej poszkodowanych koronawirusem krajów, bo od tego zależy nie tylko przyszłość strefy euro, ale i najpewniej całej UE.
Przywódcy V4 w czasie spotkania w Czechach naradzali się przed europejskim szczytem zaplanowanym na najbliższy piątek. Na osiągnięcie porozumienia będzie najprawdopodobniej jeszcze za wcześnie, zwłaszcza że będą rozmawiać zdalnie. Możliwe, że podczas kolejnego spotkania w lipcu zapadną jakieś ustalenia.
Podział środków w ramach Planu Naprawczego to niejedyna kwestia, która zaczyna dzielić region. O ile do niedawna Polska mogła liczyć na wspólny front w polityce klimatycznej, dzisiaj sojuszników w V4 w tej sprawie już w zasadzie nie ma. Tymczasem klimat nabiera jeszcze bardziej na znaczeniu, bo KE proponuje ograniczyć możliwość wydawania pieniędzy z pakietu pomocowego do zielonych lub cyfrowych inwestycji. Podczas gdy polski rząd nie zgadza się na takie ograniczenie, Czesi dokonali zwrotu, dostrzegając w zielonym warunku szansę na skuteczniejszą odbudowę gospodarki. Słowacja w kwietniu dołączyła do grona państw, które opowiadały się za uczynieniem z Europejskiego Zielonego Ładu koła zamachowego walki z koronakryzysem, a Węgrzy już na początku roku – jak pisał w DGP Dominik Héjj – ogłosili zieloną rewolucję, bo Viktor Orbán dostrzegł w tym szansę nie tylko na zneutralizowanie emisji CO2, lecz przede wszystkim krytyki zmian politycznych w kraju.
Kwestią dzisiaj już nieaktualną – ale nadal symboliczną – było otwarcie się na swobodne przemieszczanie trzech krajów Wyszehradu z pominięciem Polski. Rozmowy o wcześniejszym zniesieniu obostrzeń prowadzono również z Warszawą, ostatecznie jednak zdecydowały się na to Słowacja, Czechy i Węgry, a polskie granice zostały otwarte na inne kraje UE dopiero w minioną sobotę. Wcześniej o kilkanaście godzin obostrzenia zniesiono jedynie na granicy z Litwą. Do protokołu wyszehradzkich rozbieżności dochodzi niefortunny incydent na granicy z Czechami, gdzie polscy żołnierze zablokowali dostęp do zabytkowej kapliczki po czeskiej stronie. Chociaż szybko sytuację naprawiono, incydent zdołał zyskać miano „polskiej inwazji”.
Grupa Wyszehradzka wkrótce może jednak zyskać nowe paliwo, bo Komisja Europejska szykuje reformę polityki migracyjnej. Migracja po dojściu do władzy w 2016 r. Prawa i Sprawiedliwości stała się lejtmotywem współpracy w ramach V4. Chociaż dzisiaj nieco zapomniany, temat może powrócić z nową siłą po opublikowaniu przez KE paktu migracyjnego, co ma nastąpić jeszcze w czerwcu. Bardzo prawdopodobne, że jego elementem będzie przymusowa relokacja, mocno zwalczana przez V4, bo jak mówi ambasador Niemiec (od lipca obejmują one prezydencję na pół roku) przy UE Michael Klauss, nie może być mowy o skutecznej reformie bez pewnej formy obowiązkowości. Swoją drogą ciekawe, na ile temat zostanie podchwycony w kampanii prezydenckiej w Polsce i kto na tym zyska, a kto straci.