Ekipa Donalda Trumpa jest do kryzysu przygotowana jeszcze gorzej niż poprzednie.
Kiedy w 2005 r. George W. Bush zaczynał drugą kadencję w Białym Domu, jego minister zdrowia Mike Leavitt przygotował niezwykle krytyczny raport na temat gotowości USA do ewentualnej epidemii. Zaniósł go do prezydenta, ale ten go zlekceważył. Kiedy media dotarły do dokumentu, na ministrze nie zostawiono suchej nitki. Wyśmiała go tak samo wewnątrzpartyjna opozycja, jak i demokraci.
Szydzili z niego nawet komicy w wieczornych programach telewizyjnych. – Minister Leavitt chce, żeby w obawie przed ptasią grypą Amerykanie kupili na zapas mleko w proszku i tuńczyka w puszce. A zastanawiał się, ilu ludzi wolałoby umrzeć na grypę niż to jeść? – drwił Jay Leno w „Tonight Show”. Portal Politico.com zapytał w zeszłym tygodniu Leavitta, jak się dzisiaj czuje z ówczesnym bezbrzeżnym napadem krytyki. – Kiedy twoim zadaniem jest przygotować się do teoretycznego problemu pandemii, wszystko, co mówisz i proponujesz, jest odbierane jako przesada. Kiedy zagrożenie staje się realne i wybucha pandemia, wszystkie powzięte środki wydają się niewystarczające – odpowiedział polityk.
Reklama
Wszystkie kolejne ekipy rządzące Ameryką w ostatnich 30 latach lekceważyły potencjalne zagrożenie epidemiczne. Jednak rząd Donalda Trumpa był w tym lekceważeniu jeszcze bardziej aktywny niż poprzednie. Barack Obama, odchodząc z Białego Domu w 2017 r., zostawił mu na biurku plany produkcji i zamówienia tańszych respiratorów oraz zakupu 20 mln maseczek ochronnych na wypadek, gdyby okazały się potrzebne. Projekt trafił do kosza. W 2018 r. nowy szef Rady Bezpieczeństwa Narodowego John Bolton zreformował ją i de facto wygasił jej oddział odpowiedzialny za reagowanie na pandemię.
Teraz zarządzanie kryzysem odbywa się w bezprecedensowym chaosie. W Białym Domu kluczową osobą odpowiedzialną został zięć prezydenta Jared Kushner, człowiek bez merytorycznego zaplecza w tej sprawie, który dopiero co skończył pracę nad planem pokojowym dla Bliskiego Wschodu, odrzuconym przez całą społeczność międzynarodową oprócz Izraela. Za to coraz bardziej lekceważony jest dr Anthony Fauci, 80-letni specjalista-wirusolog, który od 40 lat dowodzi Narodowym Instytutem ds. Alergii i Chorób Zakaźnych, a wcześniej wyprowadził Amerykę z epidemii AIDS.

Reklama
– W tym kryzysie pojawia się też problem polityczny. Prezydent Trump zdaje się lepiej współpracować z gubernatorami z Partii Republikańskiej. Chętniej ich też nagradza poprzez dostawy niezbędnego sprzętu – mówi DGP prof. Dante Scala, politolog z New Hampshire University. Kolejną kwestią o zabarwieniu politycznym jest to, czy wojny handlowe, które prowadził Donald Trump, nie uszkodziły łańcucha dostaw materiałów medycznych niezbędnych do walki z COVID-19. W ich skutek część chińskich producentów została zmuszona do starania się o nowe certyfikaty, których przed wybuchem pandemii nie dostała.
Do tego jeszcze prezydent mówi nieprawdę, broniąc swoich działań. Stwierdził m.in., że reakcja administracji Obamy na epidemię wirusa świńskiej grypy H1N1 w 2009 r. była kompletną katastrofą, a tysiące Amerykanów umarło. Tymczasem Barack Obama wprowadził stan epidemii, zanim umarł pierwszy pacjent, a po trzech latach Światowa Organizacja Zdrowia pochwaliła rząd USA za poradzenie sobie z ówczesnym kryzysem sanitarnym.
Warto jeszcze wspomnieć o jednym. W Wielką Sobotę w szpitalu NewYork -Presbyterian w wieku 77 lat zmarł na COVID-19 Stanley Chera, jeden z deweloperskich potentatów Wschodniego Wybrzeża. Biznesmen przyjaźnił się z Donaldem Trumpem. Kiedy prezydent dowiedział się, że Stan jest w śpiączce, to – wedle reportażu Gabriela Shermana dla „Vanity Fair” – przestał wypierać prawdę o skali zagrożenia koronawirusem i dał się przekonać do wprowadzenia środków ostrożności. Można się zatem zastanawiać, czy gdyby ciężki przypadek COVID-19 w bliskim otoczeniu amerykańskiej głowy państwa zdarzył się wcześniej, to Biały Dom już wówczas zareagowałby proporcjonalnie do sytuacji.