Wydawałoby się, że najbardziej adekwatnie opisującym czasy pandemii przysłowiem będzie „jak trwoga, to do Boga”. Wystarczy jednak rozejrzeć się dookoła i stanie się jasne, że bardziej aktualna byłaby jego modyfikacja: „jak trwoga, to do państwa”.
Z jednej strony nie powinno nas to dziwić. W końcu państwo po to właśnie zostało powołane, aby chronić obywateli przed zagrożeniami, jak w największym skrócie można streścić koncepcję umowy społecznej. I to mimo, że wśród jej oryginalnych twórców, jak John Locke czy Thomas Hobbes, na próżno szukać ustępów o państwowym systemie zabezpieczenia epidemiologicznego. Koncepcja ta nie daje jednak odpowiedzi na pytanie, jakie to państwo powinno być, przez co nad Wisłą – i nie tylko tutaj – od czasu do czasu powraca dyskusja właśnie na ten temat.
Między Bałtykiem a Tatrami nie brakuje zwolenników małego i taniego państwa przekonanych, że nasza obecna Rzeczpospolita jest dokładnym zaprzeczeniem ich ideału. Argumentują oni, że zamiast nadać naszemu państwu formę start-upu, zbudowaliśmy coś na kształt molocha. Ten cierpi oczywiście na przerost zatrudnienia (urzędasów), w związku z czym kosztuje masę pieniędzy. A skąd one się biorą? Oczywiście z podatków, które – by pokryć kolosalne koszty – muszą być wysokie.