W 2015 r. Służba Więzienna była trzecim przewoźnikiem w kraju. Jej samochody pokonały w sumie 7 mln km – więcej miały chyba tylko dwa przedsiębiorstwa transportowe.
płk Jarosław Kardaś w Służbie Więziennej spędził ponad 30 lat, był zastępcą dyrektora generalnego SW, w 2016 r. odszedł na emeryturę fot. Wojtek Górski / DGP
Po co się wsadza ludzi do więzienia?
Reklama
Aby odbyli karę. Ale to po wyroku. Można ich również zatrzymać tymczasowo w okresie, gdy prowadzone jest postępowanie – by nie mataczyli.
A resocjalizacja?

Reklama
Prowadzi się ją ze skazanymi, nie tymczasowo aresztowanymi. Resocjalizacja to bardzo szerokie zagadnienie, ale sprowadza się do jednej rzeczy: chodzi o to, by człowiek, który jednak trafił do więzienia, nie wyszedł z zakładu gorszy i by był przystosowany do życia na zewnątrz. Czasami to są prozaiczne rzeczy: trzeba nauczyć go, by rano wstał, umył się i poszedł do pracy. Najlepszą rzeczą byłoby odwzorowanie w więzieniach zwykłego życia. Jeśli ktoś jest młody, to powinien się też uczyć. Pobyt w więzieniu powinien dawać szansę zdobycia zawodu czy podniesienia wykształcenia. To byłby ideał.
Magazyn DGP 28 lutego 2020 / Dziennik Gazeta Prawna
To jak wygląda nasza rzeczywistość?
Jest zdecydowanie trudniejsza i o wiele mniej różowa – warunki w więzieniach są bardzo kiepskie. W latach 90. przeprowadzono dwie fundamentalne zmiany, lecz nie zrobiono trzeciej. Równie ważnej. Pierwsza z wprowadzonych reform sprawiła, że człowiek trafiający do zakładu przestał być przedmiotem, a stał się podmiotem. Zyskał prawa, których funkcjonariusze muszą przestrzegać. Symboliczna była zmiana, że do skazanego trzeba się zwracać per pan. Ma on również prawo pisać skargi do instytucji, które mogłyby mu pomóc. Ma także prawo do opieki medycznej. To naprawdę wiele uprawnień, które kiedyś były nie do pomyślenia.
W kwestii opieki medycznej można usłyszeć, że skazani mają lepiej niż ci, którzy są na wolności.
To prawda. Wynika to z tego, że osadzony, który nie może uzyskać odpowiedniej opieki w jednostce penitencjarnej, jest przewożony do szpitala na zewnątrz – i tam traktowany jak pacjent prywatny, poza kolejką. Państwo nawet płaci za niego podwójnie. Często skazany jest ubezpieczony, a Służba Więzienna i tak się do niego dorzuca.
Na czym polegała druga ważna zmiana?
Zmieniła się kadra – w tamtym czasie nastąpiła ogromna wymiana ludzi. Wielu funkcjonariuszy z czasów PRL nie potrafiło przystosować się do nowych realiów, do tego, że więzień ma jakiekolwiek prawa. Odchodzili lub byli zwalniani. W ich miejsce zatrudniono mnóstwo młodych osób, w tym wielu idealistów. Bo np. w tym czasie przyszło do nas sporo ludzi, którzy poodchodzili z seminariów. A więzienie to specyficzna praca, wielu z nich traktowało służbę jako pomoc bliźniemu. Jednak większość z czasem się wypaliła.
A czego zaniechano?
Warunki w więzieniach pozostają kiepskie, bo nie przeprowadzono trzeciej – fundamentalnej – reformy: zmiany infrastrukturalnej. Nie zbudowano nowych zakładów, więc nasza baza materialna pozostaje w dramatycznym stanie. To zawstydzające, ale mamy najniższy w Europie wskaźnik metrów kwadratowych na jednego więźnia. U nas to 3 mkw. Tymczasem w Rumunii i Bułgarii to 6 mkw., w Szwecji – 8 mkw., a w Austrii nawet 11 mkw.
Dysproporcje są ogromne. Ale pewnie zaraz podniosą się głosy, że chciałby pan fundować więźniom sanatoria i wakacje.
Nic z tych rzeczy. Proszę sobie wyobrazić celę o powierzchni 15 mkw., w której jest pięciu osadzonych. Trzeba wstawić pięć łóżek, przepisy mówią, że każdy z nich musi mieć też własne krzesło. Ogromna ciasnota. To powoduje, że jeśli w celi dwie osoby chcą się minąć, pozostała trójka musi być na łóżkach, bo zwyczajnie nie ma tam na nic miejsca. Jak długo można przebywać w takich warunkach bez wybuchu konfliktu czy bójki? Kilka dni. A jeśli w więzieniu narasta agresja, to budzi się drugie życie.
Drugie życie?
Między innymi działanie grypsery, czyli kodeksu pewnego zachowania. Chociaż to już nie to samo, co kiedyś. Teraz bardziej liczy się to, czy ktoś ma pieniądze albo należy do grupy przestępczej. A kiedyś istotne było to, że ktoś bardzo długo siedział w więzieniu i latami budował swoją pozycję. Ciasnota w celach prowadzi nie tylko do tego, że więźniowie tłamszą słabszych spośród siebie, lecz także potęguje agresję w stosunku do funkcjonariuszy. Jeśli skazani są mocno nabuzowani, to automatycznie obwiniają za wszystko strażników – bo ci są przedstawicielami systemu. Napaści na nich jest coraz więcej. Obecnie wskaźnik wypełnienia w więzieniach wynosi 93 proc., czyli każda cela jest praktycznie pełna. Osadzeni większość czasu spędzają w niewielkim pomieszczeniu. Mają godzinny spacer, lecz mało osób pracuje.
Przecież ostatnio Ministerstwo Sprawiedliwości chwaliło się tym, że liczba pracujących więźniów radykalnie wzrosła.
To mit. Resort podaje, że w ciągu trzech lat liczba zatrudnionych zwiększyła się o 12 tys. Zapomina dodać, że 9 tys. z tych 12 tys. wykonuje prace porządkowe na rzecz zakładów i aresztów śledczych. Wcześniej było tak samo, tylko teraz tę samą pracę wykonuje nie jeden, ale kilku osadzonych. To nie jest praca, lecz demoralizacja oraz zaklinanie rzeczywistości. Realne zatrudnienie wzrosło jedynie o 3 tys. osób.
Zawsze coś.
Zgoda. Ale mówienie, że to sukces na skalę światową, jest po prostu śmieszne. Jeszcze kilka lat temu, gdy bezrobocie wynosiło 10–15 proc., to przedsiębiorcy nie chcieli przyjmować więźniów, a większość pracy na zewnątrz wykonywana była bezpłatnie na rzecz samorządów, szpitali i organizacji charytatywnych. Teraz pracodawcy są mniej wybredni, na dodatek wprowadzono regulację, że państwo pokrywa 25 proc. pensji więźnia – dzięki temu popyt na pracę skazanych stał się większy. Jednak na zewnątrz może wychodzić tylko określona grupa osadzonych – w uproszczeniu można powiedzieć, że przestępcy niegroźni. I tu pojawi się kolejny problem: z reguły tacy więźniowie powinni zostać objęci elektronicznym dozorem, bo nie ma potrzeby, by odbywali kary w zakładach zamkniętych. W systemie dozoru teoretycznie może być 15 tys. więźniów, chociaż aktualnie ograniczono jego wykorzystanie do 6 tys. A ilu jest? Mniej niż 5 tys. A przecież państwo na tym korzysta, m.in. finansowo – dozór elektroniczny jest znacznie tańszy niż tradycyjne więzienie.
Dlaczego tak mało osób poddanych jest dozorowi?
Po pierwsze, zgodę musi wyrazić sam zainteresowany. Po drugie, muszą zostać spełnione warunki techniczne, bo czasami skazany mieszka w miejscu, gdzie nie ma zasięgu. Ale to już rzadkie przypadki. Jest jeszcze jeden powód – prawdopodobnie, chcąc utrzymać wskaźniki zatrudnienia na odpowiednim poziomie, obecna administracja opóźnia wprowadzenie dozorów. Bo jeśli mamy wolne miejsca w systemie i jednocześnie ludzi, którzy codziennie wychodzą z kryminałów do pracy, to widać, że ten system nie jest w pełni wykorzystywany. Przecież ci ludzie zamiast wracać na noc za kraty, mogliby iść do domu.
O resocjalizacji mówił pan krótko. Nie uważa pan, że to ona powinna być w systemie penitencjarnym na pierwszym miejscu?
Oczywiście, że tak.
Dlaczego więc tak nie jest?
To kwestia między innymi finansów. Budżet więziennictwa to prawie 4,8 mld zł rocznie, z czego 1,5 mld zł idzie na system emerytalny. Zostaje 3,3 mld zł – z tego trzy czwarte pochłaniają płace Służby Więziennej. Zostaje nieco ponad miliard. A z tego trzeba opłacić prąd, wodę, utrzymać budynki – i okazuje się, że brakuje pieniędzy na resocjalizację. Musimy zmienić strukturę wydatków – w większości cywilizowanych państw płace stanowią ok. 50 proc. wydatków więziennictwa. Resocjalizacja jest coraz gorsza także z innych powodów, m.in. dlatego, że utrudnia się dostęp organizacji pozarządowych do więźniów. Nie znam przyczyn tego działania.
System staje się coraz bardziej zamknięty?
Tak, a żeby resocjalizacja była skuteczna, musi być w nią zaangażowane całe społeczeństwo – człowiek, który długo siedzi za kratami, nie styka się z normalnym życiem. To było doskonale pokazane w filmie „Skazani na Shawshank”. Taki osadzony po wyjściu boi się rzeczywistości i nie potrafi się w niej odnaleźć. W ramach resocjalizacji ci ludzie np. powinni chodzić co jakiś czas do muzeum czy na koncert. Jeśli my więźniów wyłącznie zamykamy, sporadycznie wysyłamy do pracy, to należy się obawiać tego, jak ci ludzie zachowają się po wyjściu na wolność. To samo dotyczy kontaktów z kobietami – ponad 73 tys. z 75 tys. osadzonych to mężczyźni. Dlatego należy się cieszyć, że 30 proc. funkcjonariuszy SW to właśnie kobiety. Idziemy w dobrą stronę, choć np. w Szwecji stanowią one aż 60 proc. Dzięki kontaktowi z kobietami osadzony będzie wiedział, jak się zachować i nie będzie miał problemu np. z tym, że w pracy na wolności polecenia wydaje mu kobieta.
Dlaczego Służba Więzienna ma problemy z naborem nowych ludzi?
Bo to bardzo trudna praca.
Trudna praca, ale dobra płaca?
Płace są podobne do tych w innych służbach mundurowych. Pod tym względem nie ma wielkich różnic między wojskiem, policją a służbą więzienną. Ale każda praca z człowiekiem jest bardzo wymagająca. W SW trzeba być nauczycielem, a osadzeni w większości przypadków traktują funkcjonariusza jak wroga. Więc działanie w takich warunkach nie jest proste. Na pewno jest próg finansowy, po przekroczeniu którego ludzie będą chcieli przyjść do tej pracy. Na początku lat 90. mieliśmy bardzo dużo chętnych, bywało tak, że na jedno miejsce przypadało stu kandydatów.
Ale wtedy bezrobocie wynosiło 15 proc.
Teraz jest tak, że młodzi ludzie przychodzący do SW po miesiącu rzucają robotę. Wynika to również z tego, że zmieniły się zasady: by dostać emeryturę trzeba pracować co najmniej 25 lat, a nie 15. A żeby przepracować ćwierć wieku w bezpośrednim kontakcie z osadzonymi trzeba mieć potężne samozaparcie i bardzo silną psychikę. Znaczna część funkcjonariuszy kończących służbę ma nerwice, część dostaje trzecią grupę inwalidzką ze względu na problemy z psychiką. W SW tego rodzaju rent jest najwięcej spośród wszystkich służb mundurowych. Te statystyki są jak najbardziej porównywalne, bo orzekają te same komisje lekarskie.
Jakoś nie chce mi się wierzyć, że gdyby płace były na rozsądnym poziomie, to adepci rzucaliby robotę po miesiącu.
Jesteśmy państwem unijnym, każdy kraj jest zobowiązany, by ograniczać koszty funkcjonowania administracji rządowej. Tymczasem przez ostatnie trzy-cztery lata nakłady na więziennictwo wzrosły z 4 do 4,8 mld zł. To bardzo duży wzrost.
Skoro jest tak dobrze, to czemu jest tak źle?
Bo zabrakło tej trzeciej reformy – i mamy bardzo przestarzałą infrastrukturę. Gdyby porównać ją do samochodu, to w Szwecji jest volvo, w Niemczech opel, w Hiszpanii najnowocześniejszy seat, a my wciąż dysponujemy syrenką 101. Możemy ją od czasu do czasu polakierować, ale to w dalszym ciągu będzie ta sama syrenka. Infrastrukturę systemu więziennictwa trzeba całkowicie zmienić.
A więc co trzeba zrobić?
Trzeba pogodzić się z tym, że reforma będzie kosztować, lecz później czekają nas oszczędności. A więc najpierw powinniśmy wybudować nowe więzienia, najlepszym wzorem jest dla nas Hiszpania, która na początku lat 90. zrobiła rewolucję w infrastrukturze penitencjarnej. Pozamykała i posprzedawała budynki oraz działki w miastach, za to postawiła nowoczesne ośrodki poza nimi. Dzięki temu zarazem podnieśli bezpieczeństwo i zmniejszyli o jedną trzecią zatrudnienie. My także powinniśmy wybudować 15 nowych placówek, każda dla 2 tys. osadzonych. Od razu przy tych zakładach powinny powstawać fabryki, w których wszyscy osadzeni mogliby pracować.
Kto miałby wybudować te fabryki?
Państwo. Koszty wybudowania jednego więzienia na 2 tys. osób to ok. 0,5 mld zł. Powinniśmy postawić 15 takich placówek, ale jednocześnie zamknąć sto istniejących. Dzięki temu moglibyśmy zlikwidować ok. 9 tys. etatów, co rocznie – tylko na pensjach – dałoby 700 mln zł oszczędności. Więzienia w miastach to aberracja. W Gdańsku zakład jest w centrum, sama działka, na której stoi, jest warta 250 mln zł. Podobnie jest w Olsztynie, Toruniu, Krakowie i większości dużych polskich miast. W tej chwili państwo tylko na tym traci.
Wysyłanie więźniów na prowincję nie utrudni resocjalizacji?
A jaki kontakt ze światem zewnętrznym mają skazani, którzy odbywają karę w centrum miasta? Żadnego. Przecież zdecydowana większość z nich nie może opuszczać placówek. Te nowe zakłady muszą być jednostkami zamkniętymi, ale ich więźniowie powinni mieć szansę pracować. Dzięki temu udałoby się ograniczyć koszty więziennictwa. Poza tym te nowe więzienia byłyby nie na głuchej prowincji, ale na terenach pozamiejskich, w pobliżu szlaków komunikacyjnych.
Wciąż nie rozumiem, jak przy tych więzieniach miałyby powstać fabryki budowane przez państwo. To wydaje się zupełnie nierealne.
Ale to działa w innych krajach. Estończykom, po upadku ZSRR, zostało siedem łagrów, w których były straszne warunki. Ale pojeździli po świecie i zobaczyli, jak to wygląda gdzie indziej i zrobili tak: zbudowali trzy kryminały na 1,2–1,3 tys. osób i zamknęli łagry. To nowe więzienia to supernowoczesne jednostki z dużymi centrami produkcyjnymi. Fabryki są w środku zakładów. Dyrektor takiej jednostki jest wyłaniany w konkursie i musi to być menedżer. Jego zadaniem jest znalezienie takiej produkcji, by mógł zatrudnić więźniów. Wyobrażam sobie, że przy takim więzieniu powstaje zakład prefabrykacji, który produkuje materiały np. na potrzeby programu Mieszkanie+. Więc mamy zatrudnienie dla osadzonych i jednocześnie możemy utrzymywać koszty Mieszkania+ na rozsądnym poziomie.
A co jeśli więźniowie nie chcą pracować?
W teorii skazani mają obowiązek pracy. W praktyce nie odmawiają – bo kto chciałby siedzieć w celi 24 godziny na dobę? Jednocześnie zarabiają. Ale niestety szanse na to, że wprowadzimy taką reformę infrastruktury są minimalne.
Dlaczego?
Wybudowanie takiej jednostki penitencjarnej trwa ok. 30 miesięcy. Od projektu do wybudowania to cztery lata. Jaka formacja polityczna się na to zdecyduje? Bo nawet jeśli ktoś podejmie takie decyzje na początku kadencji, to dopiero kolejny rząd będzie spijał śmietankę. Mimo że to jest projekt propaństwowy, nie partyjny. W interesie nas wszystkich jest, by więziennictwo było bezpieczniejsze i tańsze.
Zyskiem ma być pieniądz czy resocjalizacja?
Na nowej infrastrukturze zyskaliby wszyscy. Nowoczesne zakłady z celami dwuosobowymi wyeliminowałyby również problemy z agresją.
I znów: to nie więzienia, to hotele...
Dwóch osadzonych zawsze można tak dobrać, by ze sobą nie walczyli. Dzięki nowym centrom nie trzeba by też przewozić więźniów tak często jak dotychczas. Dziś mamy w kraju 180 obiektów penitencjarnych – proszę sobie wyobrazić, że w 2015 r. Służba Więzienna była trzecim przewoźnikiem w kraju. Jej transporty pokonały w sumie 7 mln km – więcej miały chyba tylko dwa PKS. Proszę pomyśleć o samych oszczędnościach na paliwie. A na dodatek, gdyby zamknięto zdecydowaną część starych placówek, to znikliby także ich dyrektorzy, zastępcy dyrektorów, potrzebowalibyśmy mniej lekarzy. I znów oszczędności. A patrząc na to, co dzieje się z epidemią koronawirusa – wirusolodzy wieszczą, że świat będzie musiał się zmierzyć z pandemią, która może dotknąć 150 mln ludzi. Czy jako kraj jesteśmy przygotowani na konieczność kwarantanny tysięcy ludzi? Kilka takich jednostek położonych na terenach pozamiejskich, niezależnych energetycznie, z własnym ujęciem wody, mogłoby stanowić bezpieczną bazę na taką ewentualność.