Z zarządzaniem majątkiem Skarbu Państwa mamy problem od zawsze. Bo od zawsze spółki, w których państwo albo ma większość udziałów, albo tyle, ile wystarczy do posiadania decydującego głosu, stają się łupem politycznym. Konkursy na kierownicze stanowiska są często fikcją i jeśli nawet wygra je człowiek doświadczony, z odpowiednio bogatym CV i bez politycznych pleców, to rozsiadając się już na prezesowskim stołku wie, że aby go utrzymać, musi się układać z politykami. Taki system nawet najlepszych menedżerów prędzej czy później sprowadza do roli wykonawców poleceń tej czy innej partyjnej koterii.
Reklama
Dziennik Gazeta Prawna
Żadna rada nominacyjna z prawdziwego zdarzenia nigdy nie powstała. W PO służyła de facto do straszenia lokalnych baronów, że spółkowe eldorado w każdej chwili może się skończyć. W PiS taśmowo opiniuje członków rad nadzorczych i raczej stanowi fasadę, a nie fundament dobrego zarządzania. Oczywiście są chlubne wyjątki od reguły obsadzania spółek, która sprowadza się do słynnego TKM, ale nie są one w stanie przykryć dość marnego obrazu, jaki najczęściej wyłania się z nominacji, a później trwania prezesów.
Dlatego wicepremier Jacek Sasin, który będzie kierował nowym Ministerstwem Aktywów Państwowych, postanowił z fikcją skończyć i powiedział, jak jest – i jak będzie. Jego szczerość zasługuje na docenienie, jego słowa już niekoniecznie. Na szczerość ministrowi – wicepremierowi zebrało się w Radiu Zet. Jednak jego słowa należy z języka politycznego przetłumaczyć na język polski, nadać im właściwy sens, ukryty w mniej lub bardziej wyartykułowanych intencjach.
Jacek Sasin zapytany, czy ul. Nowogrodzka, a tam mieści się siedziba PiS, będzie miała wpływ na nominatów w spółkach, odpowiedział: „To złe postawienie sprawy. Nie będę ukrywał, że największe spółki Skarbu Państwa, które realizują politykę państwa, wymagają ludzi, którzy rozumieją i utożsamiają się z programem PiS”. Należy to rozumieć tak: oczywiście, że w bankowości, energetyce, paliwach i innych strategicznych obszarach działania przedsiębiorstw państwowych bez zgody prezesa Jarosława Kaczyńskiego nic się nie wydarzy. Słowa „złe postawienie sprawy” w ustach polityka najczęściej oznaczają, że pytający trafił w sedno.
Wicepremier dopytywany o kryteria doboru kadr postawił sprawę jeszcze jaśniej: „Trudno sobie wyobrazić, żeby politykę rządu w sferze gospodarczej realizowali ludzie, którzy nie zgadzają się z tą polityką. Nie uciekam od tego, ale przede wszystkim fachowość to podstawowe kryterium”. Fachowość oznacza, że są ludzie, którzy rozumieją, że jak rządzi PiS, i jeśli chcą robić karierę, to trzeba to ugrupowanie popierać. Fachowcowi nie trzeba tłumaczyć reguł gry. Nie boi się też konkursu, bo Jacek Sasin zaznaczył: „Jeśli kończy się kadencja i jest rozpisany konkurs, nie jestem w stanie dziś zapewnić państwa, że w każdym wypadku dotychczasowe zarządy dostaną potwierdzenie mandatu”. W wolnym tłumaczeniu: uważajcie, nic nie jest dane raz na zawsze, kilku z was wyleci, ale zgodnie z regułami sztuki.
Siedzi więc sobie taki zarządzający w londyńskim City, przebił się przez poranne korki albo wyściskał w metrze ze współpasażerami, dotarł do swojego boksu w funduszu inwestycyjnym, zrobił kawę i odpalił terminal Bloom- berga z serwisem informacji. Dowiedział się, że nie musi już czytać strategii polskich spółek, komunikatów giełdowych, wypowiedzi członków zarządu, wystarczy, że ściągnie sobie plik z programem PiS i już wie: kupować Orlen, trzymać KGHM, redukować PKO BP. Tradycja nieszanowania mniejszościowych akcjonariuszy jest w Polsce długa. Prywatyzacja w przypadku wielu największych spółek była pozorowana, bo państwo zjadło ciastko po to, by mieć ciastko. Przychody zostały zrealizowane, a kontrola utrzymana.
Wszystko odbywa się bez większego już oburzenia, a słowa Jacka Sasina są taką oczywistością, że nikt nie podnosi po nich larum. Opozycja zamiast je wykorzystać do pokazania złych praktyk, żałuje, że to jej przedstawiciel nie może ich wypowiedzieć. W spółkowym folwarku nic nie zmieniło.