Czasownik „mediować” już niedługo będzie chyba miał nowe znaczenie: prowadzić nagonkę w mediach, nawet kosztem dzieci. Kto jest winny temu, że narracja prowadząca do zrozumienia została (trwale?) zepchnięta na boczny tor przez narrację „zaorania”, trudno ustalić.
Reportaż „Dzieci Norwegii. O państwie nadopiekuńczym” – tak, tak, na temat działalności osławionego Barnevernet – pokazuje natomiast, że dziennikarze zbierający informacje, opowiadający bez pługa, aby wyjaśnić jakieś zjawisko, wciąż istnieją. Książka Macieja Czarneckiego to dziennikarstwo, a nie nagonka, o którą byłoby zresztą łatwo. Nordycki urząd wywożący dzieci od rodziców z powodów, które wielu Polaków uznaje za urojone… Ciemni Polacy niepotrafiący zrozumieć światłych założeń nowoczesnej demokracji, w której istotę prawodawstwa i działań praktycznych państwa stanowi dobro nie rodziny, lecz dziecka… Zimni i na swój sposób ograniczeni Norwegowie godzący się na taki zakres uprawnień służb publicznych, że dobrze by się u nich poczuł sam Gomułka (gdyby, oczywiście, był przy władzy), a kiepsko rozumiejący wrażliwość mieszkających u nich nie-Norwegów… To tylko niektóre tropy. Jeżeli Czarnecki miał pokusę, aby pójść którymś z nich, to pięknie się jej oparł.
Siłę „Dzieci Norwegii” pokazuje to, że mimo przeprowadzonych przez autora rozumnych rozmów z przedstawicielami (przedstawicielkami) norweskich władz oraz z Polkami mającymi życzliwy pogląd na działalność Barnevernetu (bo są i takie) zapałałem do tej instytucji obrzydzeniem. Rodzina nie jest świętością nienaruszalną – podkreślam, ponieważ takie opinie wypowiada się czasem u nas dość bezrefleksyjnie – jednak budowanie więzi między państwem a dziećmi ponad rodzicami mającymi te dzieci wychowywać tak, by nie podpaść władzy, to kuku na muniu.