Dobre kilka lat zajęło niemieckim politykom i opinii publicznej pogodzenie się z faktem zmiany władzy w Polsce. Prawo i Sprawiedliwość na początku traktowane było jako zło wcielone. Taki obraz nadal kultywuje większość niemieckich mediów. Zmiana widoczna jest natomiast w głosach dochodzących z Bundestagu i urzędu kanclerskiego. W koalicji chadeków i socjaldemokratów, która od ponad roku rządzi w RFN, zaczyna przeważać podejście pragmatyczne. W szczególności w CDU wielu kluczowych polityków widzi w Warszawie nie grabarza praworządności i demokracji, ale po prostu ważnego partnera Niemiec i politycznego gracza, bez którego trudno decydować o kierunku rozwoju Unii Europejskiej. Przewodniczący Bundestagu Wolfgang Schäuble, minister gospodarki Peter Altmaier, czy sama kanclerz Angela Merkel pewnie bez problemu potrafią sobie wyobrazić dalszą współpracę z PiS także po jesiennych wyborach parlamentarnych w Polsce. To nie oznacza jednak, że Berlin będzie trzymał kciuki za ekipę Jarosława Kaczyńskiego. Nadzieja, że opozycji uda się wybory w Polsce wygrać, wciąż łączy różne partie zasiadające w Bundestagu.
Ten wciąż niewielki kredyt zaufania, który politycy PiS uzbierali sobie w trakcie czterech lat kontaktów z Berlinem, może wkrótce gwałtownie stopnieć. Na dwa miesiące przed wyborami w Polsce planowane jest opublikowanie raportu o polskich stratach poniesionych w czasie II wojny światowej. Zespół pod kierownictwem posła PiS Arkadiusza Mularczyka oszacował w tym dokumencie wysokość odszkodowań, jakie Niemcy są winni Polsce. Wiemy, że prace nad dokumentem zostały ukończone i że wysokość roszczeń jest bliska 1 biliona dolarów.
Trudno sobie wyobrazić, żeby zgodnie z obecnymi planami raport ujrzał światło dzienne 1 września, tzn. w 80. rocznicę rozpoczęcia II wojny światowej. W tym dniu prezydent RFN Frank-Walter Steinmeier będzie razem z prezydentem Andrzejem Dudą wspólnie oddawał cześć ofiarom wojny w Wieluniu. Tam Luftwaffe zrzuciło pierwsze bomby na śpiących jeszcze mieszkańców. Wspólny udział prezydentów w ceremoniach to symbol trudnego pojednania i chyba nikomu nie zależy, żeby został on przysłonięty przez publikację wysokości roszczeń. Natomiast nawet przesunięcie premiery na późniejszy termin nie zmniejszy wymiaru kryzysu, jaki nastąpi w relacjach obu państw.
Od kiedy Jarosław Kaczyński niemal dwa lata temu pierwszy raz wspomniał, że temat reparacji nie został zamknięty, strona niemiecka odmawia nawet teoretycznego powrotu do tych rozmów. Również większość polskich historyków i ekspertów nie widzi możliwości uzyskania odszkodowań na drodze prawnej. Zresztą sami politycy PiS, przynajmniej ci zajmujący się sprawami zagranicznymi i relacjami polsko-niemieckimi, pytani o sensowność podnoszenia tej kwestii, nabierają wody w usta i odmawiają komentarza.
Wyciągnięcie tematu roszczeń oczywiście może pomóc zmobilizować twardy elektorat przed wyborami parlamentarnymi. Dodatkowo wystawienie gigantycznego rachunku można uznać za taktykę negocjacyjną. Rząd najpierw postraszy Berlin bilionem dolarów, a później po cichu usiądzie do rozmów na temat realnych rozwiązań: budowy pomnika polskich ofiar w Berlinie, partycypowania strony niemieckiej w kosztach odbudowy Pałacu Saskiego czy innego rodzaju zaangażowania finansowego, które będzie można sprzedać jako symboliczne zakończenie tematu. Nieoficjalnie niemieccy politycy dopuszczają taką możliwość.
Używając takiej taktyki, łatwo jednak przeholować. Już teraz niemiecka opinia publiczna patrzy na żądania polskiego rządu skrajnie nieprzychylnie. Jeśli raport napotka na zmasowaną krytykę, to polska strona będzie musiała brnąć dalej, aby zachować twarz przed wyborcami. A sądowe dociekanie reparacji, kosztowne i ciągnące się latami, jest skazane na porażkę.
Dodatkowo ten wątpliwy proces zostanie uruchomiony w momencie idealnym do otwarcia nowych tematów we wzajemnych relacjach. Koalicja SPD i CDU znajduje się w głębokim kryzysie. Niewykluczone, że Niemcy udadzą się do urn wyborczych niewiele później niż Polacy. Po wyborach zniknie Angela Merkel, która już zapowiedziała przejście na polityczną emeryturę. Wśród pozostałych czołowych polityków RFN brak kogoś, kto znałby się na Polsce. Polityczne stery mogą przejąć Zieloni, z którymi polskie władze nie mają niemal żadnych kontaktów. A zamiast sobie je wypracowywać, polski rząd jest na prostej drodze do zatrucia stosunków z najważniejszym sąsiadem tematem, z którego budżet państwa nie wzbogaci się ani o złotówkę.
Nadzieja, że opozycji uda się wygrać wybory w Polsce, łączy różne partie zasiadające w Bundestagu