- Nie grozi nam tłok w kolejce do wyjścia z Unii. Natomiast problemem zaczynają być pasażerowie na gapę, którzy chcą kontynuować wspólną podróż bez kupowania biletu - mówi Marek Prawda, szef Przedstawicielstwa KE w Polsce.
Wybory europejskie oznaczają utratę większości przez chadeków i socjalistów w europarlamencie. Będzie trudniej o porozumienie w Europie?
Będzie, ale warto ten trud podjąć. Koniec tego duopolu to nie jest żadna tragedia dla Unii. Chadecy i socjaliści mieli do tej pory 54 proc. mandatów, teraz będą mieli 43 proc. Ten spadek był spodziewany. Klientela tych dwóch rodzin politycznych się kurczy, bo ich sposób objaśniania ludziom świata przestaje wystarczać. Dziś do tego potrzeba także innych. W tym sensie bardziej różnorodny Parlament Europejski ma szansę lepiej odzwierciedlać poglądy wszystkich Europejczyków.
Do tej pory było tak, że te dwie rodziny polityczne wypracowywały między sobą stanowisko i potem dokooptowywały do siebie jeszcze inne grupy, by uzyskać szersze poparcie dla swoich propozycji. Teraz od początku trzeba będzie szukać porozumienia w szerszym gronie, prawdopodobnie trzech, a może nawet czterech ugrupowań, co jest też pewną szansą na zniesienie ograniczeń narzucanych przez duopol partyjny. Czyli w tej nowej różnorodności należy dostrzec także możliwość odebrania istotnego argumentu antyeuropejskim populistom.
Reklama
Triumfujący w tych wyborach lider włoskich eurosceptyków Matteo Salvini ogłosił po wyborach, że Europa się zmienia. Eurosceptycy odnieśli zwycięstwo także we Francji i Wielkiej Brytanii.

Reklama
On miał nadzieję, że partie eurosceptyczne znacząco zwiększą swój wpływ na Unię. Tymczasem góra urodziła mysz, bo zamiast 30 proc. te partie mają 23 proc., czyli około 2 proc. więcej niż do tej pory. To nie jest żadne trzęsienie ziemi, które zmieni sposób myślenia o tym, jaka Unia ma być w przyszłości.
Nowa geografia Europy oznacza przede wszystkim wzrost znaczenia sił progresywnych, takich jak np. zieloni. Tendencję do zwierania szeregów przez proeuropejskie ugrupowania, które się wzmocniły, widać w postawie francuskiego prezydenta Emmanuela Macrona. Próbuje on konsolidować blok progresywny składający się z liberałów, socjaldemokratów i zielonych, który stanie się do pewnego stopnia opozycją do chadeków, co jednak nie wyklucza sojuszu z nimi.
W kontekście programu dla przyszłej Unii widoczne są wysiłki na rzecz wygrania Europy pomysłami, zmierzenia się z nowymi zagrożeniami. Przyszły układ sił będzie premiował tych, którzy wniosą najwięcej do rozwiązania najważniejszych problemów, a nie tych, którzy specjalizują się w psuciu. Europa mówi o zmianach klimatycznych, o opodatkowaniu koncernów międzynarodowych, o stawianiu warunków ekologicznych naszym partnerom handlowym, o niwelowaniu nierówności. Typ tych współczesnych wyzwań będzie promował taką koalicję, która jest na tyle pojemna, by to wyrazić.
To jaką rolę odegrają eurosceptycy?
Przy obecnych przymiarkach personalnych i dyskusjach kierunkowych raczej nikt nie pyta Salviniego i jego kolegów o zdanie. Oni nie będą mieli większego wpływu na Unię, bo nie uczestniczą w budowaniu, w tworzeniu czegoś, co daje siłę. Nie oddychają tym samym powietrzem, którym oddycha większość Europy.
Ale wygrywają w czterech ważnych krajach.
Celem eurosceptyków było zdemolowanie układu centroprawicy i centrolewicy. Próbowali na dwa sposoby. Pierwszy to dopuszczenie radykałów do władzy, do czego doszło w Austrii. Ale (po aferze i upadku koalicyjnego rządu chadeków z nacjonalistami – red.) ten pomysł już nie chwyci. Austria obnażyła słabość sił populistycznych, pokazała, że ich miękkim podbrzuszem jest finansowanie przez Rosję.
Drugi cel eurosceptyków zakładał uzyskanie przynajmniej jednej trzeciej w europarlamencie, co miało dać im większy wpływ na decydowanie o losie UE. Ale i to nie wyszło, bo nie będzie inwazji partii populistycznych.
Myślę, że te wybory pomogą też odczarować wiele mitów eurosceptycznych. Populiści potykają się o własne sprzeczności. Z jednej strony oczekują od Unii, by była w stanie rozwiązywać problemy, ale do tego potrzebne są jej uprawnienia. Oni jednak odwrotnie, pod hasłem odzyskiwania suwerenności postulują przenoszenie kompetencji z powrotem do stolic. Tymczasem to Bruksela zmusiła amerykański koncern Apple do zapłacenia zaległych podatków rządowi irlandzkiemu. W tym sensie pomogła państwu członkowskiemu. A populiści chcą odebrać Unii te kompetencje skazując państwa na „suwerenną bezradność”.
Czy ten nowy blok progresywny nie stawia w trudnej sytuacji chadeków, Europejskiej Partii Ludowej (EPL)? Jej podejście chociażby w sprawie klimatu nie jest tak progresywne jak ugrupowań na lewicy. Kanclerz Angela Merkel miała swoje zastrzeżenia do bardzo ambitnych celów dotyczących ograniczania emisji gazów cieplarnianych. EPL znalazło się w rozkroku?
Oczywiście każda z rodzin politycznych musi się trochę posunąć. Na tym polega ta nowa sytuacja. Trzeba jednak dodać, że bez EPL nie da się utworzyć szerokiej koalicji, ona jest siłą do tego niezbędną. Teoretycznie wyobrażalny jest sojusz chadeków, socjalistów i zielonych, bez liberałów, ale już sojusz tych trzech grup bez chadeków nie będzie możliwy. EPL pozostanie najważniejszą partią, chociaż bardzo osłabioną, zwłaszcza gdyby opuścił ją Viktor Orbán. Wtedy chadecy będą mieli niewiele więcej mandatów niż socjaliści. Chadecy znajdą się w nowej sytuacji, nie tak komfortowej, jak do tej pory. Trudne dla nich kompromisy będą nieuchronne.
Jak będzie ze sporem o praworządność? Procedura art. 7 nie została zakończona.
Europy nie stać na niezajmowanie się takimi problemami, tym bardziej że nowa geografia oznacza wzrost znaczenia obozu progresywnego, który będzie dużą wagę przywiązywał do wartości jako fundamentu projektu integracyjnego.
Czy to oznacza, że spór w kolejnej kadencji może się zaognić? Polsce grozi marginalizacja?
Dzisiaj widzimy, że raczej nie grozi nam tłok w kolejce do wyjścia z Unii. Natomiast w stolicach jako problem zaczyna być postrzegane to, że mogą się pojawić pasażerowie na gapę, którzy chcą kontynuować tę wspólną podróż, ale bez kupowania biletu, bez akceptowania reguł. Tacy pasażerowie będą się sami marginalizowali.
Teraz kluczowy jest wybór szefa KE. Tu widzimy spięcie na linii Parlament – Rada Europejska o to, czy powinna to być osoba wcześniej wskazana przez partie europejskie w ramach procedury Spitzenkandidaten.
To jest spór o charakterze ustrojowym. Traktat mówi, że Rada powinna zaproponować kandydatów, a Parlament może ich przyjąć lub nie, więc kompromis jest nieuchronny. Parlament zgłosił jednak propozycję głównych kandydatów z rodzin partyjnych, by spersonalizować debatę, przybliżyć ją obywatelom. Kandydaci mieli jeździć po Europie i szukać poparcia dla programu swoich ugrupowań, zaangażować obywateli, dać im się lepiej poznać. Parlament twierdzi, że nie powinno się tego pomysłu zwalczać, bo byłoby to sabotowanie demokracji. Rada ma jednak prawo wyjść poza te zaproponowane osoby.
Taki kandydat mógłby wyjść z cienia w momencie, gdy dojdzie do blokady pomiędzy kandydatami partyjnymi?
To niewykluczone, ale wtedy będzie trzeba przekonać Parlament, by odstąpił od koncepcji Spitzenkandidaten. Równie dobrze kompromis może polegać na rezygnacji z głównego kandydata jednej rodziny politycznej i zgłoszeniu kandydata drugiej, w zależności od tego, kto będzie mieć większą zdolność stworzenia większości.
Pod tym względem najbardziej kontrowersyjnym pretendentem jest Niemiec Manfred Weber wyłoniony przez zwycięską EPL. Partie progresywne deklarują, że nie poprą go w wyścigu o fotel szefa KE. Europa nie jest gotowa na Niemca?
Tu są dwa podejścia. Pierwsze zakłada, że dla samych Niemiec lepiej byłoby, by najważniejsze stanowiska nie znajdowały się w ich rękach, bo to mogłoby dawać pretekst do zarzutu o wykorzystywanie swojej siły. Drugie podejście oznacza, że mamy trudny czas i kandydaci z dużych krajów, którym się powierzy misję wzmocnienia elementu wspólnotowego, mogliby się skuteczniej postawić ważnym stolicom, które w kryzysie przyzwyczaiły się do odgrywania znaczącej, może nawet nadmiernej roli. Nie rozstrzygam, które podejście jest lepsze.
Niemca nie chce poprzeć Paryż. Mamy do czynienia ze sporem francusko-niemieckim?
Być może tak, aczkolwiek bardziej bym się spodziewał zaangażowania francuskiego prezydenta na rzecz tworzenia szerszego bloku partii progresywnych. To coś innego niż mecz francusko-niemiecki.