Mniejsze zarobki, większe bezrobocie, inne sympatie wyborcze – blisko 30 lat po zjednoczeniu wschodnia część kraju wciąż odstaje od reszty landów związkowych.
W 2018 r. średni dochód na osobę w Niemczech urósł do ponad 23 tys. euro brutto rocznie. Ogólnokrajową sumę zawyżają jednak zarobki mieszkańców zachodnich krajów związkowych. W pięciu wschodnich landach, które aż do zjednoczenia Niemiec w 1990 r. wchodziły w skład Niemieckiej Republiki Demokratycznej (NRD), przeciętne płace są niższe.
Fundacja im. Hansa Böcklera pod koniec kwietnia wydała publikację o przeciętnych dochodach Niemców z podziałem na regiony. Patrząc na dołączoną do raportu mapę, trudno nie zauważyć, jak spuścizna minionego systemu wciąż ciąży na obszarze byłego NRD. W regionach zachodnich dochód na osobę przewyższa 20 tys. euro rocznie. W najbogatszych landach, znajdujących się na południu Niemiec, Bawarii i Badenii-Wirtembergii, dochód przekracza 25 tys. euro. Absolutnym rekordzistą jest powiat Starnberg znajdujący się blisko Monachium. Przeciętny dochód wynosi tam niemal 35 tys. euro rocznie. To prawie 150 tys. zł.
Reklama
We wschodnich landach, które trzy dekady po zjednoczeniu wciąż nazywa się „nowymi”, przeciętne dochody mieszkańców wahają się przeważnie pomiędzy 18 a 19 tys. euro. Tego rodzaju różnice pojawiają się przy niemal każdym ogólnoniemieckim badaniu. Znacznie gorzej wyglądają też prognozy demograficzne dla tego obszaru. W szczególności prowincja wyludnia się zastraszająco szybko. W znajdującym się na wschodzie mieście Suhl przeciętny wiek mieszkańców przekroczył już 50 lat. To krajowy rekord. W nowych landach większe jest bezrobocie, które obecnie wynosi 6,4 proc., gdy na zachodzie jest to tylko 4,6 proc.
Na wiele różnic ekonomiczno-społecznych nakładają się też polityczne. Po zjednoczeniu Niemiec, na wschodzie tradycyjnie dużo większym poparciem cieszyła się skrajna partia Lewica, w której skład wchodzili m.in. politycy aktywni w czasach NRD. Do największego politycznego pęknięcia pomiędzy dwoma częściami kraju doprowadziła natomiast Alternatywa dla Niemiec (AfD). Jej antyimigrancki i antyestablishmentowy program zdobył w czasie kryzysu uchodźczego duże poparcie we wszystkich pięciu nowych krajach związkowych. Choć ugrupowanie założyli politycy z zachodu, to wschód stał się szybko ich matecznikiem, gdzie osiągają znacznie lepsze wyniki niż na pozostałym obszarze. Ugrupowanie zdobyło tam poparcie osób postrzegających się jako opuszczone i niepotrzebne. Dla wielu mieszkańców byłego NRD pozjednoczeniowa transformacja oznaczała brak pracy i perspektyw.

Reklama
Z tegorocznych badań Fundacji im. Friedricha-Eberta wynika, że w porównaniu z zachodem kraju na wschodzie Niemiec szerzej rozpowszechnione są takie uczucia jak: polityczna bezradność, rozczarowanie demokracją, strach przed globalizacją i zbiorowe niezadowolenie. Poczucie niższości wobec zachodu kieruje wielu wyborców tej części kraju w objęcia partii protestu, na jaką stylizuje się Alternatywa.
W przeprowadzonym pod koniec kwietnia sondażu AfD uzyskało 26 proc. poparcia w Saksonii, tylko o dwa punkty mniej niż rządzące tam od zjednoczenia Niemiec CDU. Również w Brandenburgii i w Turyngii AfD ma apetyt i szansę na zwycięstwo. W tych trzech landach jesienią odbędą się wybory samorządowe. Wygrana AfD choćby w jednym z nich może na krótko przed obchodami 30. rocznicy upadku berlińskiego muru pokazać, jak bardzo żywotne są stare podziały.