Prezydent Vučić chce umocnienia w obliczu protestów. Na dobrych relacjach korzysta głównie Kreml.
Dzisiejsza wizyta Władimira Putina w Belgradzie zbiega się w czasie z kryzysem między Serbią a Kosowem i praktycznym zamrożeniem ich negocjacji. Według serbskich mediów prezydenta Rosji ma witać nawet 200 tys. osób, a niezależni publicyści twierdzą, że władze specjalnie w tym celu planują przywieźć do Belgradu 70 tys. obywateli.
Przez ostatnie pół roku normalizacja stosunków serbsko-kosowskich była tematem numer jeden, a naciski Zachodu na znalezienie rozwiązania są coraz silniejsze. Wczoraj pod presją USA Kosowo częściowo wycofało się ze 100-proc. cła na towary z Serbii, a wkrótce może je całkowicie znieść. Blokada wymiany handlowej nastąpiła w listopadzie 2018 r. w wyniku zaostrzenia konfliktu między Belgradem i Prisztiną.
Reklama
Nic jednak nie wskazuje na to, by Kosowo miało zająć szczególne miejsce podczas rozmów rosyjskiego prezydenta z jego serbskim odpowiednikiem Aleksandarem Vučiciem. Wiadomo za to, że Vučić ma zostać odznaczony Orderem Aleksandra Newskiego za zasługi w rozwoju stosunków z Rosją. Wcześniej Belgrad starał się, by sprzyjająca mu Moskwa bezpośrednio zaangażowała się w rozmowy o Kosowie, prowadzone przy wsparciu Brukseli. Obecnie zapadła cisza, co nie oznacza, że ta sprawa przestała być dla Serbii priorytetem.
Kosowski analityk Haki Abazi mówi DGP, że to celowa zagrywka Vučicia. – Prezydent odwleka rozmowy, dzięki czemu kupuje czas, by nie rozpoczynać reform, które przybliżyłyby Serbię do UE – komentuje Abazi. Vučić w opublikowanym wczoraj wywiadzie dla rosyjskiej agencji TASS powiedział też, że Serbia nie przyłączy się do unijnych sankcji na Rosję, i przypomniał, że to Moskwa uchroniła Belgrad przed stygmatyzowaniem jako sprawcy ludobójstwa. Miał na myśli nałożenie w 2015 r. weta na brytyjską propozycję rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ z okazji rocznicy masakry w Srebrenicy.

Reklama
– Serbska agenda zakłada odkładanie zakończenia negocjacji w nieskończoność, a co za tym idzie – trwałe osłabianie państwowości Kosowa – mówi Abazi. Ale jego zdaniem również politycy kosowscy nie spieszą się, by zawrzeć porozumienie. – Vučić i prezydent Kosowa Hashim Thaçi udają, że chcą układu, by przykryć własne błędy z ostatnich 10 lat – mówi Abazi. Tylko szefowej unijnej dyplomacji Federice Mogherini zależy na ugodzie, bo chce tej jesieni zakończyć swoją kadencję w Komisji Europejskiej z jakimś bałkańskim sukcesem.
Rosja ma inny cel. Utrzymanie obecności na Bałkanach to lepsza pozycja negocjacyjna w targach z USA i UE. – Im silniejsze wpływy na Bałkanach, tym większe pole do negocjacji na temat Syrii czy Ukrainy. Nie chcę przez to powiedzieć, że Serbia nie może utrzymywać stosunków z Rosją, ale powinna się zdecydować, czy chce być w przyszłości szanowanym członkiem Unii, czy też państwem wykorzystywanym przez Kreml do realizacji własnych interesów – zauważa Abazi. Według niego wizyta Putina może zostać cierpko odebrana przez UE, ale w kwestii Kosowa niewiele zmieni.
Urodzona w Chorwacji politolog Tena Prelec z London School of Economics przypomina, że podczas wizyty zostanie podpisanych 20 porozumień. Najciekawsze mają dotyczyć inwestycji w infrastrukturę oraz energetyki. – Mówi się o podpisaniu umowy o reeksporcie gazu dzięki przyłączeniu do rurociągu Turkish Stream. Obecnie Serbia sprowadza gaz tylko na własne potrzeby. Możliwość reeksportu miałaby duże znaczenie dla gospodarki i nie przeszkadzałaby UE – twierdzi Prelec.
Ale zaraz dodaje, że nie oczekiwałaby od Rosji wyjątkowej szczodrości. W przeszłości dobre relacje serbsko-rosyjskie doprowadziły do podporządkowania lokalnych aktywów Rosjanom. I tak Rosnieft przejął naftowego monopolistę NIS, a Gazprom – spółkę Srbijagas. Prelec uważa, że umowy z 2008 r. nieprzypadkowo podpisano tuż po ogłoszeniu niepodległości przez Prisztinę. Serbia miała jedne z najwyższych cen gazu w Europie i ogromny dług wobec Rosji, więc Belgrad przystał na niekorzystne warunki transakcji w zamian za wsparcie w sprawie Kosowa. Na czele Srbijagasu do dziś stoi Dušan Bajaković, którego Vučić w 2014 r., jeszcze jako premier, próbował zdymisjonować, do czego Moskwa nie dopuściła.
Prelec jest zdania, że wizyta Putina w Serbii jest potrzebna Vučiciowi z przyczyn wizerunkowych. Do niedawna prezentował się jako polityk proeuropejski, który przeszłość zostawił za sobą – a był wiernym współpracownikiem obalonego w 2000 r. Slobodana Miloševicia – i pragnie dla Serbii lepszej, europejskiej przyszłości.
– Obecna narracja rządu głosi, że Unia się rozpada, a USA to zło, więc zostaje tylko Rosja – mówi Prelec. Twierdzi, że medal od Putina będzie miał wpływ na wzrost poparcia Vučicia wśród nacjonalistów, którzy od siedmiu tygodni protestują ramię w ramię ze środowiskami liberalnymi przeciwko władzom oskarżanym o przemoc wobec oponentów i kneblowanie mediów.