Noblista Joseph Stiglitz napisał tekst, który dobrze wyraża nastroje sporej części opinii publicznej. W Polsce również. Bo z jednej strony wiemy, że troska o środowisko naturalne musi być większa.
Bo musimy się przestawiać na energię odnawialną i oszczędzać zasoby (więcej na ten temat też w zamieszczonej obok recenzji książki Ugo Bardiego). Ale z drugiej strony, jak sprawić, by rachunku za zielone pomysły polityczne nie zrzucić całkowicie na słabszych? Nie zrobić kozłów ofiarnych z obawiających się utraty pracy górników i nie alienować tych, którzy na te słuszne ekotyrady odpowiedzą: „Wy się martwicie o koniec świata. Super. Ale zrozumcie, że ja się muszę martwić o koniec miesiąca”?
Dobrym przykładem, jak nie powinna wyglądać polityka nakierowana na ochronę środowiska, były niedawne posunięcia prezydenta Francji Emmanuela Macrona i jego podwyżka podatków paliwowych motywowana troską o matkę naturę. Efektem był bunt „żółtych kamizelek”, który można sprowadzić do przedwojennej maksymy przypisywanej Bertoltowi Brechtowi: „Najpierw dajcie jeść. A potem zacznijcie prawić o moralności”. Postać Macrona (jeszcze nie tak dawno fetowanego jako ostatnia nadzieja obrońców liberalnej demokracji) powinna być przestrogą dla tych wszystkich, którzy chcą na zielonej agendzie budować swój polityczny przekaz. Również w Polsce, gdzie przy okazji szczytu klimatycznego w Katowicach widać było doskonale, jak łatwo sprawy środowiska naturalnego zaprząc do rydwanów bieżącego politycznego sporu.