Niecałe dwa tygodnie temu w narodowokonserwatywnej partii Alternatywa dla Niemiec powstało skrzydło Juden in der AfD. Czego szukają Żydzi w partii oskarżanej o nacjonalizm, antysemityzm i flirt ze środowiskami neonazistowskimi? Czy dają się naiwnie wykorzystywać jako listek figowy? Niekoniecznie.
Publicystka Naomi Bader przypomniała w tygodniku „Juedische Allgemeine” stary szmonces. Nowy Jork. Rok 1940. W kawiarni przy sąsiadujących stolikach siedzi dwóch Żydów. Jeden czyta „New York Timesa”, drugi „Stuermera”. Po minutach ukradkowego zerkania na siebie znad gazet pierwszy nie wytrzymuje: – Dlaczego czyta pan taką szmatę? Drugi na to: – A co pan czyta w swojej? – Że my, Żydzi, jesteśmy prześladowani i nigdzie nie jesteśmy u siebie. Czytelnik „Stuermera” odpowiada z uśmiechem: – Ja wolę czytać, że do nas należą wszystkie banki i że kontrolujemy światową gospodarkę.
Popieranie AfD przez Żydów dla niektórych może też brzmieć jak dowcip. Na pierwszy rzut oka wygląda to tak, jakby 20 członków grupy Juden in der AfD wypierało ze świadomości niektóre wypowiedzi partyjnych liderów. Tak, jakby Alexander Gauland, współprzewodniczący ugrupowania, nigdy nie twierdził, że okres socjalizmu narodowego był „ptasią kupą” w ponadtysiącletniej historii Niemiec. Tak, jakby nie słyszeli, jak Bjoern Hoecke, prominentny działacz AfD z Turyngii, nazywa pomnik Holokaustu w Berlinie pomnikiem hańby. Wreszcie tak, jakby nie wiedzieli o istnieniu Wolfganga Gedeona, deputowanego z Badenii-Wirtembergii, który otwarcie nazywa Żydów w AfD syjonistyczną organizacją lobbingową.