W marcu 2019 r. Wielka Brytania może wyjść z Unii Europejskiej, jednocześnie w niej zostając. Ostateczny rozwód przeciągnie się w czasie.

Długo oczekiwany szczyt UE w Brukseli w sprawie brexitu nie przyniósł rozstrzygnięcia. Planowane zawarcie umowy określającej warunki wyjścia Wielkiej Brytanii ze Wspólnoty odłożono w czasie, który może się znacząco rozciągnąć. Wszystko za sprawą proponowanego wydłużenia okresu przejściowego. To okres pomiędzy wyjściem przez Wielką Brytanię ze Wspólnoty a ostatecznym zerwaniem wszystkich więzi. Potem miałaby wejść w życie problematyczna umowa regulująca relacje pomiędzy Unią a Zjednoczonym Królestwem jako krajem trzecim. Wówczas drogi Londynu i Brukseli ostatecznie by się rozeszły. Dłuższy okres przejściowy rozwiązuje pewne problemy, ale rodzi nowe. Poniżej przedstawiamy stan gry.

Co oznacza okres przejściowy?

To czas, w którym Zjednoczone Królestwo nie jest już krajem członkowskim i nie ma możliwości podejmowania decyzji, ale nadal przestrzega unijnych reguł. Oznacza to status quo dla Wspólnoty, ale w przypadku Londynu wygląda trochę jak stanie w rozkroku. Do tej pory ustalono, że okres przejściowy będzie obowiązywać 21 miesięcy – do stycznia 2021 r. Teraz jednak może zostać wydłużony o kolejne 12 miesięcy, co zaproponowała w Brukseli premier Theresa May. To oznacza, że do ostatecznego rozwodu mogłoby dojść dopiero sześć lat po referendum w 2016 r., w którym Brytyjczycy opowiedzieli się za wyjściem z Unii.

Reklama

27 krajów członkowskich prawdopodobnie przystanie na dłuższy okres przejściowy. Przewodniczący Komisji Jean-Claude Juncker uważa, że dałoby to więcej czasu na wynegocjowanie umowy określającej przyszłe relacje oraz znalezienie kompromisu dotyczącego granicy irlandzkiej. Propozycja nie zadowoliła jednak brytyjskich polityków zarówno z opozycji, jak i z ugrupowania May. Przedstawiciele jej Partii Konserwatywnej ze skrzydła tzw. twardego brexitu krytykowali szefową rządu, bo w ich ocenie wydłużanie okresu przejściowego to de facto wydłużanie członkostwa Zjednoczonego Królestwa w Unii. A to oznacza m.in. dalsze płacenie Brukseli. Lider Partii Pracy Jeremy Corbyn uznał z kolei brak umowy za porażkę brytyjskiej premier.

Reklama

Kto zapłaci brytyjski rachunek?

Pozytywna reakcja Unii na dłuższy okres przejściowy nie jest specjalnym zaskoczeniem, bo najprawdopodobniej oznacza to, że nie będzie problemu ze spłatą brytyjskich zobowiązań finansowych. Gdyby w ramach twardego brexitu – bez umowy i bez okresu przejściowego – Wielka Brytania miała zerwać wszystkie więzi z Brukselą już w marcu przyszłego roku, w unijnym budżecie utworzyłaby się ogromna luka. Londyn co roku w ramach składki członkowskiej przekazuje do Brukseli około 14 mld euro. Gdy planowano wydatki na obecną perspektywę budżetową do końca 2020 r., brexit nikomu się nawet nie śnił. Dlatego brukselskim urzędnikom i krajom członkowskim trudno jest sobie wyobrazić dokończenie obecnej siedmiolatki bez brytyjskich wpływów. Dłuższy okres przejściowy z dużą pewnością uspokoi brukselskich urzędników i kraje członkowskie, bo swoje rachunki ureguluje sam Londyn.

Co z granicą irlandzką?

W okresie przejściowym ruch pomiędzy Irlandią a Irlandią Północną będzie odbywać się na obecnych zasadach. Co będzie potem, nie wiadomo. Szukanie rozwiązania zajęło długie miesiące, ale bez efektów. To właśnie impas w negocjacjach dotyczących granicy doprowadził do fiaska rozmów o umowie. Obie strony chcą uniknąć przywrócenia twardej granicy pomiędzy Republiką Irlandii a Zjednoczonym Królestwem, bo obawiają się odrodzenia napięć między republikanami a lojalistami w Irlandii Północnej. Bruksela i Londyn nie mogą jednak dojść do porozumienia, jak tę kwestię rozwiązać. Wielka Brytania zaproponowała strefę wolnego handlu, która zapewniłaby swobodny przepływ większości towarów przez granicę. Ale takie rozwiązanie w ocenie UE naruszyłoby integralność wspólnego rynku.

Czy Polacy na Wyspach zachowają swoje prawa?

W okresie przejściowym na pewno tak. W tym czasie przepływ osób między Zjednoczonym Królestwem a Unią będzie się odbywać na dotychczasowych zasadach, co oznacza, że będzie możliwość migracji na Wyspy. W tym czasie mają obowiązywać wszystkie zasady wspólnego rynku: swobodnego przepływu osób, towarów, usług i kapitału. Gdyby w zeszłym tygodniu doszło do podpisania umowy, obywatele 27 krajów członkowskich mieszkający na Wyspach mogliby też odetchnąć z ulgą co do swojej przyszłości w Wielkiej Brytanii po jej ostatecznym rozwodzie z Brukselą. Wynegocjowano, że zachowają oni swoje prawa, podobnie jak Brytyjczycy w krajach Wspólnoty. Brytyjski rząd zapewnia, że nawet w przypadku fiaska negocjacji obywatele krajów unijnych będą mogli pozostać w kraju, ale to tylko porozumienie dżentelmeńskie.

Kto ma największe powody do zmartwień?

Biznes. Brak umowy regulującej przyszłe relacje handlowe oznacza dużą niepewność dla przedsiębiorców, którzy prawdopodobnie będą musieli jeszcze trochę poczekać, zanim dowiedzą się, na jakich warunkach po rozwodzie będą mogli prowadzić interesy z Brytyjczykami. W Polsce najwięcej do stracenia ma branża transportowa, bo co czwarta ciężarówka wjeżdżająca do Wielkiej Brytanii pochodzi z naszego kraju.

Pojawienie się granicy mogłoby zablokować lub znacząco ograniczyć wymianę handlową. Ale nie tylko przewoźnicy mogą odczuć utrudnienia w handlu z Brytyjczykami. Boi się tego również branża motoryzacyjna i spożywcza.

Wydłużając okres przejściowy strona brytyjska i unijna dałyby sobie więcej czasu na wynegocjowanie umowy. Ale więcej czasu nie daje gwarancji, że rozwiązania uda się znaleźć, pogłębia za to niepewność.