Dane są przerażające - można przyjąć, że w Polsce co piąty zgon nastolatka spowodowany jest samobójstwem. O tym trudnym zjawisku opowiada w rozmowie z Mira Suchodolską Halszka Witkowska, suicydolog.
Coraz więcej mówi się w Polsce o problemie samobójstw nastolatków i dzieci. Temat na dobre pojawił się w przestrzeni publicznej, gdy media opisały Niebieskiego Wieloryba, grę, która miała rozregulować psychikę małych graczy.
Nie wieloryb to nic innego, jak creepypasta – fikcyjna historia, rozpowszechniana za pomocą internetu. Zanim pojawił się internet, mieliśmy legendy miejskie, jak ta o czarnej wołdze, która porywała dzieci. Opowieści na jej temat były przekazywane z ust do ust. Teraz mamy inne strachy, np. Slender Mana. Ten stwór – mimo że istniejący wyłącznie w sieci – ma także porywać dzieci. Te, które bez pozwolenia rodziców weszły do lasu. Wracając do wieloryba, okazało się, że był on wymysłem rosyjskiej dziennikarki. Co się stało, gdy opowieść o nim poszła w świat? To, co często dzieje się z plotkami – zaczął żyć własnym życiem. Choć pierwotnie wcale nie było takiej gry, dzieciaki w nią uwierzyły i zainspirowały się przekazem o niej.
Reklama
Zaczęły w sieci rzucać sobie nawzajem wyzwania – po angielsku challenges. Część z nich była naprawdę przerażająca i mogła faktycznie prowadzić do pojawienia się u uczestników stanów presuicydalnych (stan poprzedzający podjęcie próby samobójczej): „Wstań o trzeciej rano, słuchaj takich, a takich utworów, nie wolno ci zasnąć. Weź żyletkę i wytnij sobie kształt wieloryba na przedramieniu. Z nikim o tym nie rozmawiaj”. Uczucie podenerwowania, zmęczenie związane z brakiem snu, nieustanna presja i już mamy potencjalną ofiarę.
Oprócz fejkowego wieloryba były całkiem realne aplikacje sieciowe mające siać strach, np. Ognista Wróżka przeznaczona dla grupy 7–10-latków czy ostatnio Momo – postać pół kobiety, pół ptaka, która wysyła SMS-y z groźbami poprzez aplikację WhatsApp, boją się nawet starsze nastolatki. Równie przerażające jak te pomysły są komentarze pojawiające się w sieci pod informacjami, że jakiś dzieciak targnął się na swoje życie. Samobójca nie jest ofiarą godną współczucia, ale frajerem, kimś, z kogo można się pośmiać.

Reklama
Pewnie mówi pani o Kacprze, 14-latku zaszczutym przez rówieśników z powodu jego domniemanej odmienności seksualnej. To rzeczywiście było straszne, zarówno śmierć tego chłopca, jak i reakcje w sieci na nią. Hasztagi typu #dobrzezesiezabiles. Pokazują one naszą niemoc, to, jak bardzo młodzi ludzie są samotni w sieci i w realu. Tragedie przeżywają w sposób wyuczony w toku oglądania niemądrych aplikacji. Taka impresja: mamy w popkulturze fazy na superbohaterów. Jak pojawiła się saga „Zmierzch” (amerykańska seria powieści opowiadająca o wampirach – red.), to wszyscy chcieli być wilkołakami bądź wampirami. Teraz mamy samobójczynię Hannah i serial „13 powodów”. Jako rodzice czy pedagodzy powinniśmy śledzić te „trendy”.
magazyn 31.08 / DGP
Tak zwany efekt Wertera (kiedy w II poł. XVIII w. Johann Wolfgang von Goethe opublikował powieść pt. „Cierpienia młodego Wertera”, w której tytułowy bohater strzela sobie z miłości w głowę, zapanowała moda na jego naśladowanie) znamy od lat. Dziś mówi się o tzw. copycat effect (efekcie naśladowania), który wskazuje na związek pomiędzy wzrostem liczby samobójstw a wcześniejszym nagłośnieniem w mediach samobójczej śmierci jakiejś znanej osoby.
W zeszłym roku, kiedy Netflix wypuścił wzmiankowany serial pt. „13 powodów”, w USA rozgorzała dyskusja – czy i w jaki sposób można mówić o samobójstwie w filmie. Serial opowiada o Hannah Baker, szkolnej szarej myszce, która po serii traumatycznych przeżyć odbiera sobie życie. Ale zanim to zrobi, utrwala na kasetach opowieść o przyczynach, które do tego doprowadziły: ktoś ją odrzucił, ktoś zgwałcił. Jej przyjaciel przekazuje kasety wskazanym przez nią przed śmiercią osobom... Wątpliwości wzbudziło kilka kwestii, między innymi to, że serialowa bohaterka z szarej myszki zostaje celebrytką, bohaterką właśnie. Staje się postacią czczoną, jej szkolna szafka zamienia się w istne sanktuarium, gdzie rówieśnicy składają kwiaty, palą świeczki, zostawiają maskotki. Nareszcie jest ważna. Twórcy tej produkcji szczegółowo pokazują widzom, jak pośmiertne wyznania samobójczyni wpływają na losy innych ludzi – tych, o których opowiada na nagraniach. Problematyczne jest również to, że tragedia jest w serialu odmalowana w sposób zarazem brutalny, jak i widowiskowy. Scena samobójstwa przypomina obraz: najpierw widzimy przed lustrem piękną dziewczynę (w delikatnym makijażu, oczywiście), która z uwagą przygląda się swemu odbiciu. Potem przenosimy się do łazienki, Hannah wchodzi do wanny i podcina sobie żyły. Krew płynie, na twarzy nastolatki widać ulgę, nie cierpienie. Kiedy zaprotestowali psychologowie i rodzice, podnosząc, że taki przekaz jest nieodpowiedzialny, że może spowodować copycat effect, Netflix bił się w piersi. Stworzył stronę internetową oferującą wsparcie dla młodych ludzi z samobójczymi myślami, infolinię, a także specjalny odcinek „Beyond the Reasons”, w którym ekipa i aktorzy dyskutowali na temat desperackiego kroku Hannah. Nie wiemy, czy ten serial w jakiś sposób przyczynił się do zwiększenia liczby samobójstw wśród nastolatków, a więc grupy docelowej, do której był skierowany. Pojawiły się doniesienia, że jakaś dziewczynka w Meksyku po jego obejrzeniu targnęła się na życie, że doszło do tego też w innym miejscu. Nie ma jednak dobrze udokumentowanych badań, które by wykazywały taką koniunkcję. W każdym razie w Polsce ich nie ma.
Dlaczego?
Przyczyna jest prosta – brak pieniędzy. Nie będę mówiła, ile razy ja odbijałam się od ściany, usiłując uzyskać granty na tego typu projekty. To jest o tyle zadziwiające, że w naszym kraju z powodu samobójstw ginie rocznie więcej ludzi niż w wypadkach drogowych. Kampania społeczna mająca na celu odczarowanie samobójstwa pod hasłem „Życie warte jest rozmowy”, z którą właśnie ruszamy, podejmuje problem samobójstwa w zróżnicowanej grupie wiekowej, a nie tylko u młodzieży, jak to miało miejsce np. w kampanii „Zobacz znikam” Fundacji „Zobacz jestem”. Miałam ją robić z własnych oszczędności, ale w ostatniej chwili dostałam 10 tys. zł dofinansowania z Narodowego Programu Zdrowia. Dziękuję.
No właśnie, jak często dzieci i młodzież targają się na swoje życie? Słychać, że liczba samobójstw w tej grupie wiekowej dramatycznie wzrasta, ale dostępne dane statystyczne nie są spójne, choć pochodzą z wiarygodnych, wydawałoby się, źródeł – policji i Głównego Urzędu Statystycznego (GUS).
W 2017 r. statystyki Komendy Głównej Policji, mocno niedoszacowane, o czym mowa za chwilę, wskazywały na ogólną liczbę 5276 samobójstw przy 2810 ofiarach wypadków drogowych. To niemal dwa razy więcej! Z danych Krajowego Systemu Informacji Policyjnej (KSIP10) wynika, że w 2017 r. co 47 min dochodziło do zachowania (zamachu) samobójczego. Od 2014 r. KGP wykazuje zresztą większą liczbę samobójstw niż GUS. Jeśli chodzi o dzieci, dane są przerażające – można przyjąć, że w Polsce co piąty zgon nastolatka spowodowany jest samobójstwem (w populacji dorosłych to 1,2 proc.). W grupie wiekowej 13–18 lat odnotowano 115 samobójstw i 587 prób samobójczych. Przy czym informacje zawarte w obu bazach są nieporównywalne. A to dlatego, że formularz KSIP10 nie zawiera rubryki PESEL, więc nie wiadomo nawet, czy i na ile przypadki te się pokrywają. Podstawowym powodem rozbieżności danych statystycznych są różnice metodologiczne oraz zachowania ludzi. GUS opracowuje swoje dane na podstawie aktów zgonu. Jednak nie zawsze w przypadku samobójstwa zostaje ono wpisane jako powód śmierci. Wyobraźmy sobie, że dana osoba połknęła jakieś tabletki, nie zmarła od razu, ale w stanie śpiączki została przewieziona do szpitala, gdzie przez kilka dni próbowano ją – bezskutecznie – ratować. Wówczas do aktu zgonu jako przyczyna śmierci może zostać wpisana np. niewydolność krążeniowa, zaburzenia oddechowe etc. Poza tym należy wziąć pod uwagę jeszcze takie czynniki, jak prośby rodziny, by nie wpisywać do aktu zgonu samobójstwa. Powody tego są różne, od strachu przed napiętnowaniem po chęć uzyskania ubezpieczenia, gdyż w większości przypadków, przynajmniej w pewnym okresie, śmierć w wyniku samobójstwa wyklucza wypłatę świadczenia. Z kolei policja (Krajowy System Informacji Policyjnej, KSIP10) swoje statystyki opiera na wezwaniach – kiedy ktoś np. się powiesi czy zastrzeli z reguły na miejsce zdarzenia przybywa patrol. Jednak nie w każdym takim przypadku funkcjonariusze są zawiadamiani. Jeśli dochodzi do zatrucia środkami farmakologicznymi, rodzina wzywa raczej karetkę, prawda? Stąd różnice w liczbach, często olbrzymie – np. w 2011 r. rozbieżność między obiema bazami danych wyniosła niemal 40 proc.
Jeszcze większy problem jest z liczeniem prób samobójczych – nie ma rejestru, w którym takie dane byłyby zapisywane. A powinien być, choćby z tego powodu, że osoby, które raz usiłowały odebrać sobie życie, znajdują się w grupie podwyższonego ryzyka.
Halszka Witkowska suicydolog, członek Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego, doktorantka na Wydziale „Artes Liberales”, w swojej pracy badawczej skupia się na problematyce wizerunku samobójcy we współczesnej kulturze i na listach pożegnalnych. Od 2016 r. prowadzi zajęcia na Wydziale „Artes Liberales” UW dotyczące autodestrukcji we współczesnej kulturze i wprowadzenia do suicydologii. Pomysłodawca i koordynator kampanii społecznej „Życie warte jest rozmowy” / Dziennik Gazeta Prawna
GUS w ogóle nie odnotowuje prób samobójczych, policja jedynie w niewielkim wycinku. Szacuje się, że liczba prób samobójczych w populacji osób dorosłych jest dziesięciokrotnie większa niż samobójstw dokonanych, podczas gdy w populacji nastolatków jest stu- -dwustukrotnie większa. Wiedza o tym jest niezwykle ważna. Takie próby są formą wołania o pomoc; ludzie, którzy raz próbowali targnąć się na życie, powinni być objęci opieką.
Proponuję, żebyśmy sobie darowały opowiadanie o tym, jak wygląda, a raczej jak nie wygląda u nas dostęp do pomocy psychologicznej czy psychiatrycznej. Wszyscy wiedzą, że – zwłaszcza na tę w ramach NFZ – czeka się miesiącami.
Co gorsza, problem samobójstw wciąż jest przemilczany – w rodzinach, w grupach społecznych, także w szkołach. Szepcze się, plotkuje, gada po kątach. Mało kto z młodymi ludźmi, którzy zetknęli się z taką tragedią, rozmawia, tłumaczy to, co się wydarzyło. Niektórzy próbują podjąć takie wyzwanie i szukają informacji, jak rozmawiać. Jest ich jednak nadal niewiele, zarówno informacji, jak i samych śmiałków. Pamiętam taką sytuację, gdy odebrała sobie życie 13-letnia dziewczynka. Powiesiła się i cisza – temat przemilczano. Jednak tego typu tragedie zawsze kiedyś wychodzą, i tak było w tym przypadku. Tata jednej z uczennic był policjantem, wspomniał o tym w domu, więc za chwilę mówiły o tej śmierci wszystkie dzieci w szkole. Fascynowały się tą śmiercią, wzajemnie nakręcały, ale dorośli udawali, że nic się nie stało. To bardzo groźna sytuacja, bo dzieci nie wiedzą, co mają myśleć, jak odbierać taki akt autodestrukcji. Są bezbronne. I może pojawić się w głowie któregoś z nich chęć naśladownictwa. Zwłaszcza że one dobrze wiedzą, co to jest śmierć – już czterolatki znają to pojęcie, a dziesięciolatki mają świadomość tego, czym jest samobójstwo. Tyle że dowiadują się o tym chociażby z filmów animowanych, a nie od najbliższych. Więc już niekoniecznie wiedzą, jak taki czyn ocenić.
A czy to nie jest tak, że od wieków dorośli za pomocą bajek opowiadali dzieciom o strasznych, złych rzeczach, których w innej, niemetaforycznej formie maluch nie byłby w stanie przyjąć?
Problem w tym, jakiego typu są to bajki. Bo bywają różne. Mamy generalnie do czynienia z dwoma sposobami przedstawiania samobójstw – w bajkach i animacji. Pierwszy, z którym spotykamy się najczęściej, ma charakter, nazwałabym, slapstikowy – żartobliwy i uproszczony. Można to zaobserwować w różnych animacjach: kot czy pies albo jakiś człowiek przystawia sobie pistolet do głowy, jest wielkie bum, bohater umiera, żeby zaraz ożyć. Zatem nic się nie stało, samobójstwo to nic wielkiego, można je traktować jak sposób na szybkie wyjście z jakiejś sytuacji. Po wszystkim akcja (czyli życie) wesoło toczy się dalej. Drugi sposób to próba mądrzejszego podejścia do tematu, jak w kreskówce pt. „Blue Cat Blues” z 1956 r. (z cyklu „Tom i Jerry”). Kot, czyli Tom, siada na torach i czeka na pociąg, bo zostawiła go dziewczyna. Mysz Jerry stara się go odwieść od samobójstwa, pociesza, ale w końcu się irytuje i odchodzi, bo, jak sądzi, jej to się nigdy nie zdarzy. I wtedy Jerry spostrzega, że także jego dziewczyna odjeżdża z innym. Wraca więc do Toma i siada obok niego na torach... Ładne i niegłupie.
Niestety rzadkie. W popularnym serialu „Simpsonowie” występuje seryjny samobójca, niejaki Moe Szyszlak. To dość złożona osobowość, o zmiennym nastroju. Co roku o tej samej porze, w okolicach świąt Bożego Narodzenia, próbuje się zabić na różne – tyle zabawne, ile nieskuteczne – sposoby. Ale postać Moe to i tak szczyt wyrafinowania w porównaniu z tymi komediowymi samobójstwami, o których wspominałam. W literaturze pisanej także nie brak jest motywów śmierci zadawanej z własnej ręki. Od mitów greckich poprzez „Przygody Sindbada Żeglarza” Bolesława Leśmiana – tam bodaj w czwartej opowieści Sindbad żeni się z Królewną Kaskadą, która czuje przymus, by skoczyć z jakiejś skały, i choć główny bohater nieustannie jej pilnuje, kobieta w końcu znajduje sposobność, aby się zabić. Albo Mała Syrenka – ona także umiera na własne życzenie. Małemu Księciu w zabiciu się pomaga żmija. Wymieniam te tytuły, aby uświadomić wszystkim, że motyw samobójstwa jest bardzo popularny w kulturze. Jednak nawet najpiękniej przedstawiony – bez komentarza, wyjaśnień mądrego dorosłego – może wyrządzić psychice dziecka szkody.
Dobrze. Jeśli więc mój syn czy córka nagle zaczyna się ubierać na czarno, słucha ciężkiego rocka, a na przedramionach ma sznyty, to wiem, że może dziać się coś niepokojącego. Zarazem może to być typowy bunt nastolatka. Jak rozróżnić te groźne sygnały, skoro nie zawsze są one oczywiste?
Nie tylko patrzmy na dzieci, ale zauważajmy je, dostrzegajmy. Kiedy młody człowiek mówi, że nie chce mu się żyć, nie bagatelizujmy tego. Nie mówmy: „Przesadzasz, inni mają większe problemy”. Rozmawiajmy. Stawajmy się czujni, gdy dziecko zaczyna wysyłać mocniejsze sygnały – gdy zmienia się jego zachowanie, wygląd, nawyki. Dokonanie przez dziecko samookaleczenia zawsze jest wołaniem o pomoc. Zwracajmy uwagę na to, jak komunikujemy się z dziećmi. Gdy młody człowiek marudzi, że nie chce mu się żyć, nie odpowiadajmy, że nie wie, o czym mówi, bo przecież nie ma żadnych problemów. Taki przykład z życia mojego przyjaciela, ojca dwóch dziewczynek: wrócił do domu, a tam na stole list. Pożegnalny. Napisany ręką jego 11-letniej córki. „Żegnajcie, przebaczcie”. Na szczęście dziewczynka nie podjęła realnej próby samobójczej, napisała „tylko” list. Okazało się, że była zafascynowana swoją starszą o dwa lata koleżanką, która wciąż mówiła o samobójstwie, miała obsesję na tym punkcie. Stało się więc jasne, że problem był palący, a obie dziewczynki były w niebezpieczeństwie. Jednak mój przyjaciel obawiał się rozmowy ze swoim dzieckiem. Zamiast podjąć dialog, chował głowę w piasek jak struś. Myślał zresztą o tej sprawie, posługując się stereotypami. Pierwszy z nich głosi, że człowiek, który mówi o tym, że chce się zabić, faktycznie nie jest w stanie tego zrobić. Błąd. Ludzie mali czy duzi zwykle najpierw mówią, dają sygnały, proszą o pomoc. Jeśli ta nie nadchodzi, mogą przejść do czynów. Mam takie określenie – żywy samobójca. To człowiek, który nie chce żyć. Miota się. Tylko jeśli nie lekceważy się jego słów, można go uratować. Kolejny stereotyp mówi o tym, że jeśli ktoś już raz próbował się zabić, to nie ma sensu go ratować, bo i tak nie będzie chciał żyć. Bzdura. Z rozmów z wieloma niedoszłymi samobójcami wynika, że gdy już zrobili ten – jak sądzili – ostateczny krok, to żałowali. Człowiek, który skoczył z dachu wieżowca, kiedy tylko zaczął spadać, błagał wszystkie siły, aby go uratowały. Tak bardzo chciał żyć.
To co mają zrobić dorośli, kiedy widzą, że ich dziecko popada w dziwne stany? Szukać natychmiastowej pomocy u psychologa czy psychiatry? Pod warunkiem że będzie ich stać na taki wydatek.
Należy pamiętać, że to właśnie do nas, bliskich, należy „psychiczna pierwsza pomoc” – którą promujemy w naszej kampanii. Jeżeli zauważymy drastyczne zmiany w zachowaniu naszego dziecka, jeżeli wspomina o przytłaczających problemach lub o tym, że ma wszystkiego dość, nie bagatelizujmy tego. Rozmawiajmy. Dajmy poczucie wsparcia i zrozumienia. Rodzice bardzo często mówią do dzieci, a nie rozmawiają z nimi. „Byłeś w szkole – tak, odrobiłeś lekcje – tak, zjesz obiad – nie” – to nie jest rozmowa. To jest jednostronna wypowiedź. Często dajemy dzieciom wykłady, a nie rozmawiamy. Dzieci często zamykają się przed rodzicami i rozmawiają tylko z rówieśnikami, bo tam właśnie są słuchane, pocieszane i zrozumiane – a co najważniejsze, wśród rówieśników nie ma ciągle tej surowej oceny każdej młodzieńczej opinii. Czasem samo wsparcie bliskich i rozmowy nie wystarczają, wtedy należy udać się do specjalisty. I przestrzegałabym przed taką kompletną medykalizacją problemu samobójstw. Bo jeśli wszystko oddamy w ręce specjalistów, będziemy mieć pretekst, by samemu umyć ręce. A, jak już mówiłyśmy, profesjonalna pomoc jest trudno dostępna. Więc mamy do czynienia z błędnym kołem: człowiek potrzebuje pomocy, ale jej nie otrzymuje od specjalisty, my nie pomagamy, bo od tego są inni. To tzw. zamknięte pole dialogowe. Podobnie czyni Kościół, który miałby wielkie pole do popisu, jeśli chodzi o prewencję, zwłaszcza wśród osób starszych. Wprawdzie samobójcy już nie są chowani pod płotem, jak jeszcze w latach 60. XX w., uznano bowiem, że ktoś, kto się targa na swoje życie, jest chory psychicznie. Ale jeśli chory, to powinien iść do psychiatry, nie księdza. A psychiatrów brakuje. Niedawno powstała infolinia rządowa dla ludzi z myślami samobójczymi. Obsługuje ją pięć osób. Pięć! Praktycznie nie sposób się na nią dodzwonić. Tak nawiasem mówiąc – wszyscy mówią o problemie samobójstw w grupie najmłodszych, nikogo nie obchodzi to, że starsze osoby się zabijają, choć w najstarszej grupie śmierć zadawana z własnej ręki to prawdziwa plaga.
Powody, dla których odbierają sobie życie młodzi i starzy, są zapewne odmienne.
Seniorzy nie chcą żyć, aby nie być obciążeniem dla dzieci, zwłaszcza jeśli są chorzy i bezradni. Decyzji o samobójstwie nigdy nie powoduje jeden czynnik, to cały ciąg przyczynowy. Porównuje się to do szklanki, do której partiami nalewamy wodę. Człowiek bez problemów jest jak naczynie. Konflikt w rodzinie to łyżka wody w tym naczyniu. Śmierć współmałżonka – coraz bliżej brzegu. Ten ostateczny powód, który przepełni szklankę, może być sam w sobie błahy, ale w połączeniu z poprzednimi sprawia, że woda się przelewa przez brzegi. Dlatego proszę nie wierzyć w powtarzaną często maksymę, że co cię nie zabije, to wzmocni. Jeśli chodzi o najmłodszych samobójców, jest podobnie, przyczyny się na siebie nakładają. Przy czym dla dorosłych każda z nich może być nieistotna, głupia, zupełnie nieadekwatna. Jednak pamiętajmy, że oni żyją w swoim własnym świecie, w którym obowiązują inne wartości i prawa. Wrył mi się w pamięć list pewnego gimnazjalisty. Napisał go w zeszycie do biologii, tuż pod tematem lekcji. Słowa pożegnania wplótł w tekst piosenki Lady Pank „Na co komu dziś”. Mówiły o tym, jak słabo idzie mu nauka, jaki sam jest beznadziejny. Gdy poszedł na wagary, jechał bez biletu i złapał go kontroler. Bał się, że do domu przyjdzie mandat i wszystko wyjdzie na jaw. Pisał, że jeśli w czwartek przyjdzie listonosz, będzie musiał „to zrobić”. Ten chłopiec się powiesił. Nam się może wydawać to absurdalne, ale w jego przypadku to właśnie było katalizatorem samobójstwa. Profesor Hołyst powiedział kiedyś takie mądre zdanie: „Ludzie zabijają się nie dlatego, że chcą umrzeć, ale dlatego, że nie mogą żyć”. Jako dorośli musimy zrozumieć, że jedynka z jakiegoś przedmiotu, filmik zamieszczony przez złośliwych kolegów w internecie, kłótnia z koleżanką mogą być tymi wydarzeniami, które wyzwolą wielki kryzys.
Mówiła pani, że jeszcze nikt internetu nie złapał za rękę, że może on mieć bardzo negatywny wpływ na nasze dzieci. Ale właśnie internetowe nagrania wrzucane do sieci niejednokrotnie powodowały, że jakiś młody człowiek targał się na życie. Dlaczego to takie ważne?
Bo coś uznanego za wstydliwe nagle staje się publiczne. Nie wystarczy zmiana szkoły czy nawet miejsca zamieszkania, bo „to” wciąż tam będzie, pewnie zaraz ktoś z nowego otoczenia znajdzie, udostępni i gehenna zacznie się od nowa. Dzieci są bardzo okrutne wobec siebie. Przypominam sobie taką historię: chłopcy nagrali, jak dziewczynka przebiera się w szatni na lekcję WF-u, i opublikowali na jednym z portali. Natychmiast pojawiły się hejterskie komentarze w sieci, ale wyśmiewano ją też w realu. Dziewczynka nie była sobie w stanie poradzić z falą nienawiści i wstydem. Ona też się powiesiła. Wszystkim rodzicom polecam film Jana Komasy „Sala samobójców”. Tam śmierć głównego bohateraa Dominika nie jest gloryfikowana. Chłopak, który nie może znieść presji otoczenia po tym, jak zamieszczono w sieci wstydliwy film z jego udziałem, zażywa prochy. Umiera w brudnej toalecie, w obskurnym pubie, wijąc się z bólu, błagając o pomoc ludzi, którzy mu się przyglądają. Ale oni się tylko śmieją i go filmują.
Na kampanie mające zwiększyć bezpieczeństwo w ruchu drogowym wydaje się ciężkie miliony. Takich, które uświadamiałyby zagrożenia, na które wystawiona jest psychika dzieci, jest jak na lekarstwo. Dlaczego?
Bo to temat trudny i złożony. Nie ma prostych narzędzi, by się z nim zmierzyć. Nie wystarczy postawienie znaków ograniczających prędkość, fotoradarów czy położenie „śpiących policjantów” na drodze. Poza tym to niewygodny temat, bijący w każdy rząd. Bo jeśli obywatele jakiegoś państwa się sami zabijają, to oznacza, że coś w tym państwie jest nie tak, że nie za dobrze się w nim żyje, prawda? I tak to działa, niezależnie od epoki i ustroju. Gdy prof. Brunon Hołyst napisał pierwszą w Polsce książkę na ten temat pt. „Samobójstwo – przypadek czy konieczność”, władze robiły wszystko, żeby jej nie wydał. Udało się dopiero w 1983 r. Podobnie jest w innych krajach, choć zdarzają się przykłady dobrych akcji społecznych. Ja znam dwie. W Londynie na dachach domów umieszczono manekiny ubrane w odzież ludzi, którzy naprawdę popełnili samobójstwo. Stały na krawędziach, kiwając się, jakby za chwilę miały skoczyć. I jeszcze jedna – Projekt Średnik. Ludzie po próbach samobójczych i ci, którzy ich wspierają, tatuowali sobie na nadgarstkach średnik, będący symbolem przerwy, która nie kończy życia. Po prostu dzieli je na części.