„Muszę mocno odpowiedzieć, że chylę czoła przed Ziobrą i Kaczyńskim, że zdecydowali się na reformę, o której wszyscy wiedzieli od dawna, że jest konieczna, ale bali się jej jak ognia” – powiedział Jan M. Rokita w wywiadzie dla tygodnika „Wprost”. Chodzi o przebudowę polskiego sądownictwa.
Jeszcze mocniej myśl tę wyraził Rokita w krążącej po internecie rozmowie z dziennikarką TVN Justyną Pochanke. Stwierdził, że trzeba było zlikwidować system korporacyjny, oparty na kooptacji, w którym o karierach i awansach sędziów decydują przede wszystkim sami sędziowie. Nowy model przeżyje władzę PiS, dlatego radość z jego zainstalowania powinna przeważać nad niepokojami związanymi z towarzyszącymi temu okolicznościami: wprowadzaniem do Krajowej Rady Sądownictwa (KRS), a potem do Sądu Najwyższego (SN) ludzi miernych albo znajomych ministra Zbigniewa Ziobry. Czy szerzej – z wrażeniem, że nowa KRS wyłoniona przez samą prawicę ustawia dobór sądowych kadr pod potrzeby obozu rządzącego.
PO nie przeprowadziła reformy
Rokita dotyka istotnych tematów niewygodnych dla obecnych rzeczników liberalno-lewicowej opozycji. Przypomina, że zwolennikiem przebudowy KRS w duchu „antykorporacyjnym” był kiedyś prof. Andrzej Rzepliński. Wprawdzie można by spytać, co złego jest w owym systemie kooptacyjnym i czy rzeczywiście mieliśmy do czynienia z tak absolutną oligarchizacją wymiaru sprawiedliwości? Chętnie przeczytałbym poświęconą temu fachową debatę, wolną od wygłaszanych przez strony sporu ogólników i przerzucania się pojedynczymi, niechby i bulwersującymi, przykładami sędziów kradnących w sklepach.
Reklama
Niepokoje ludzi takich jak sędzia Rzepliński wskazują jednak, że problem istniał, a przejawiał się choćby w niechęci do jakichkolwiek rozliczeń wewnątrz tej grupy, nazwanej przez jedną z jej przedstawicielek – malowniczo – „kastą”. Dało się go również zaobserwować w sposobie obsadzania prezesur sądów – sędziowski samorząd uważał, że ma na to monopol. Choć przecież nie chodziło o niezawisłość w orzekaniu, a o zagwarantowanie sądom administracyjnej sprawności.

Reklama
Platforma Obywatelska przez osiem lat tego problemu nie rozwiązała – także i ja pisałem o tym kiedyś w DGP. Państwo coraz wyraźniej abdykowało, zadowalając się oddawaniem rozmaitych segmentów życia społecznego korporacjom właśnie.
Demokratyzacja? Polityzacja?
Zarazem przy bardziej szczegółowej ocenie tego, co mówi Rokita, zaczynają się kłopoty. Odnoszę wrażenie, że przynajmniej w publicznych wypowiedziach prof. Rzepliński krytykował KRS jako „związek zawodowy prezesów sądów”. To była owa oligarchia. Proponował jednak zupełnie inną kurację niż ta, która dziś jest prowadzona. Chodziło mu o swoistą demokratyzację rady: czy to poprzez zwiększenie w niej reprezentacji sądów niższych szczebli, czy wprowadzenie do niej reprezentantów innych zawodów prawniczych. Notabene taki był również pierwszy pomysł Zbigniewa Ziobry. Kto nie wierzy, niech prześledzi wywiady, których udzielił w 2016 r. i w pierwszej połowie 2017 r. Do zasady przejęcia pełnej kontroli nad wyborami KRS przez parlament obecny minister sprawiedliwości dochodził stopniowo.
Rokita twierdzi, że prof. Rzepliński chciał całkowicie wyrwać sędziom KRS. Możliwe, że w prywatnych rozmowach prezentował stanowisko bardziej radykalne. W końcu zresztą nie o jego poglądy chodzi, ale o wybór optymalnego systemu. Z pewnością dawny polityk, a dziś komentator z Krakowa w jednym ma rację: każda korekta dotychczasowych zasad zostałaby oprotestowana przez środowiska sędziowskie jako zamach na ich święte prawa.
Zarazem pojawia się pytanie o model, w którym źródłem legitymizacji sędziowskiej władzy jest nie korporacja, lecz władza polityczna. Otóż, wbrew temu co nam wmawiają krajowe i międzynarodowe środowiska prawnicze, system z Krajową Radą Sądownictwa nie jest jedynym znanym w demokracji modelem.
Instytucję tę wprowadzono po II wojnie światowej w wielu, ale nie we wszystkich, krajach jako gwarancję niezależności sędziów wobec prób politycznej manipulacji. Jednak choćby w Niemczech, gdzie inicjatywa należy do środowisk sędziowskich, decyzje kadrowe są w gestii władz politycznych: ministrów sprawiedliwości do spółki ze specjalnymi gremiami parlamentarnymi. Są i takie państwa, gdzie nikt by nie pytał, czyimi sędziowie są znajomymi, bo wskazują ich wyłącznie politycy – jak w USA, gdzie sędziów federalnych mianuje prezydent za zgodą Senatu. Choć gwoli uściślenia, w różnych krajach regułą było raczej przyznawanie samorządom sędziowskim coraz szerszych uprawnień. PiS poszedł wbrew obserwowanej przez lata tendencji, która jednak nie była ani konsekwentna, ani do końca spójna.
Formułka „oddali wybór sędziów politykom” okazuje się zatem frazesem, pożytecznym jedynie dla potrzeb opozycyjnej retoryki. W ewentualnej debacie Rokita, cieszący się z zachodzącej w polskim systemie sprawiedliwości korekty, mógłby zyskać tu punkt. Mógłby, powtórzę, gdyby nie dwie okoliczności.
Sędziowie jednak nieusuwalni
Po pierwsze, owszem, w USA prezydenci od zawsze mianują na sędziów, i to nawet niższych sądów federalnych, kogo chcą (bywa, że polityków, bywa, że przyjaciół, którym chcą coś wynagrodzić), ale potem ci ludzie stają się niezależni od każdego. Nawet od praw emerytalnych – bo im nie podlegają; na emeryturę przechodzą wyłącznie dobrowolnie. Tak też jest w tych państwach europejskich, w których czynnik polityczny uczestniczy w decyzjach o sędziowskich karierach.
Usuwając część sędziów Sądu Najwyższego (w tym jego I prezes) wyłącznie przy użyciu kryterium wieku, przy braku innych argumentów, PiS złamał tabu. Można ten ruch uzasadniać na różne sposoby: peerelowską przeszłością niektórych sędziów czy ich udziałem w antyrządowych kampaniach. Niemniej polityka kadrowa będzie się teraz odbywała w cieniu tej zmiany.
Lęk przed kolejnymi „czystkami” pozostanie immanentną cechą polskiego sądownictwa. Strach, czy to przed kolejnymi korektami dokonywanymi zwykłą ustawą przez obecny obóz rządzący, czy przed odwetowym czyszczeniem przez obecną opozycję, kiedy wygra ona wybory. To pierwsze może rodzić konformizm lub bunt wobec obecnej władzy. To drugie – spowodować chęć pomocy obecnej ekipie za wszelką cenę, bo przecież może być ona jedynym gwarantem przetrwania.
Nie da się tej obserwacji zbyć uwagą, że to jakieś przejściowe trudności towarzyszące rodzeniu się czegoś dobrego. Wielu Polaków jest dziś przekonanych, że sędziowie to zwykli urzędnicy. Źle postępują, trzeba ich wyrzucić. Rozumiem, że dla pisowskiego obozu Sąd Najwyższy okopany na swoich pozycjach byłby kłopotem, a doczekanie do końca kadencji sędziów (w tym I prezes SN) – wyrzeczeniem. Jednak – pomijając już fakt, że jego skład w związku z nowymi funkcjami i tak można było uzupełnić – czystka otworzyła drogę do przetrącenia kręgosłupa moralnego sądownictwu. Ono jest na drodze do utraty niezależności i niezawisłości.
Polityka to kompromis
Po drugie, choćby w Niemczech gremia parlamentarne współdecydujące o sędziowskich nominacjach ucierają swe stanowiska w międzypartyjnym kompromisie. Bo do powołania sędziego potrzebna jest tam większość dwóch trzecich głosów. Jan Rokita wspomniał w rozmowie z Justyną Pochanke o propozycji prezydenta, aby przy wyłanianiu polskiej KRS wymagana była większość kwalifikowana. Finał, a więc niewykorzystanie przez opozycję pewnych ustawowych gwarancji wprowadzonych dzięki Andrzejowi Dudzie, skwitował zaś uwagą: „to nie zafunkcjonowało z powodu atmosfery zażartej walki politycznej”.
To prawda, walka jest zażarta. Zgadzałem się z Bartłomiejem Radziejewskim, kiedy jeszcze niedawno na łamach DGP ganił opozycję za bojkot procedury wyłaniania członków KRS, a środowiska prawnicze za odrzucanie możliwości wejścia do Sądu Najwyższego. W zasadzie nadal tak uważam, chociaż…
PiS w swojej pierwszej wersji ustawy chciał wyborów zwykłą większością. Zamierzał wziąć KRS jak partyjny łup. Kiedy prezydent wymusił wetem ustępstwa, trudno było wierzyć, że wewnątrz nowej KRS mniejszość będzie mogła mieć cokolwiek do powiedzenia.
Efekt tylko utwierdza w tym przekonaniu. Choć część prawników zdecydowała się ostatecznie, ryzykując środowiskowy ostracyzm, zgłosić swe kandydatury, widać, że w procesie wyłaniania sędziów gorszy pieniądz często wypierał lepszy. Wygrywali faworyci ministra Ziobry, choć ich wcześniejsze kariery prokuratorskie niekoniecznie są dobrą rekomendacją do karier sędziowskich, a w jednym czy dwóch przypadkach postawiono na osoby wręcz skompromitowane, których jedyną zasługą było udzielenie obozowi rządowemu poparcia w ostatnich sporach.
Pomysł, aby wprowadzić do Izby Dyscyplinarnej SN Mariusza Muszyńskiego, był znowu swoistą deklaracją intencji. Nie ukrywano, że ma tam trafić, aby „pilnować sędziów”. W końcu się z tego wycofano, i dobrze, choć odbyło się to jak w znanym szmoncesie, na zasadzie usunięcia kozy z zatłoczonego mieszkania. Bo cała reszta wygląda tak, jakby PiS lepił sobie Sąd Najwyższy na swoją modłę.
Reforma nie będzie trwała
To właśnie odbiera moim zdaniem Janowi Rokicie wszelkie powody do radości. Bo mowa nie o wypadku przy pracy, a istocie tej reformy. I skąd w ogóle przekonanie, że okaże się ona trwała?
Jest przesądzona zwykłą ustawą i zwykłą ustawą można ją cofnąć. Podejrzewam, że obecna liberalno-lewicowa opozycja wybierze powrót do systemu korporacyjno-kooptacyjnego. I tak może liczyć na życzliwość większości sędziów. Będzie to zarazem okazja do kolejnej czystki, możliwe, że na większą skalę niż ta, którą dziś obserwujemy.
MAGAZYN DGP / DGP
Zgadzam się z Janem Rokitą, gdy tłumaczy dziennikarzom „Wprost”, że Jarosław Kaczyński zawłaszcza kolejne instytucje nie dla czystej żądzy władzy, a po to, żeby jakoś zmieniać społeczeństwo. Gdy za jedyne narzędzie tej zmiany uznaje się własną partię, taka metoda wydaje się właściwa. Łączy nas też z Rokitą niesmak wobec korporacyjnych sędziowskich ekscesów. To nie wygląda dobrze, gdy SN przyznaje sobie nieistniejące kompetencje zawieszania przepisów ustawy – stając się sędzią we własnej sprawie.
Różni nas ocena zastosowanej przez PiS kuracji. Rokita jej skutki uboczne bierze za przesilenie, a w całej terapii upatruje zbawienia. Ja dostrzegam ryzyko definitywnego popsucia bardzo ułomnej maszynerii, ba, przetrącenia środowisku kręgosłupa. Widzę też otwierającą się drogę do późniejszego chaosu. I chętnie wysłucham, w czym się mylę.
Lęk przed kolejnymi „czystkami” pozostanie immanentną cechą polskiego sądownictwa. Strach, czy to przed kolejnymi korektami dokonywanymi zwykłą ustawą przez obecny obóz rządzący, czy przed odwetowym czyszczeniem przez obecną opozycję, kiedy wygra ona wybory