Polska w przed rozbiorowych granicach, rządzona wraz z Rosją przez Romanowów - ta wizja księcia Czartoryskiego zauroczyła Aleksandra I. Jej realizacja dawała carowi możliwość osiągnięcia pozycji najpotężniejszego władcy Europy.
Na początku XIX w. Polacy zaznali w ekspresowym tempie tego, co stało się udziałem ich potomków przez większą część następnego stulecia. Najpierw, dzięki pokonaniu przez Francję kolejno: Austrii, Prus i Rosji, mogło powstać Księstwo Warszawskie (1807–1815). Jego narodzinom towarzyszył wielki zryw narodowy. Niewielkie państewko potrafiło powołać pod broń i wyekwipować ponad 100 tys. żołnierzy. Do czegoś takiego nie była zdolna o wiele większa i zasobniejsza Rzeczpospolita szlachecka, gdy broniono Konstytucji 3 maja. Również Tadeusz Kościuszko mógł podczas insurekcji jedynie pomarzyć o tak potężnej armii. Wystarczyło kilkanaście lat niewoli, by szlachta i mieszczanie zaczęli zadziwiać Europę swym patriotyzmem. Równie wielki entuzjazm okazywali dla nowoczesności. Chcieli sprawnie działającego, silnego ekonomicznie państwa, które jednocześnie przestrzegałoby swobód obywatelskich. A skoro Francja zdołała pokonać zaborcze mocarstwa, w bezkrytyczny sposób naśladowano wszystko, co francuskie. Wzorce znad Sekwany niemal żywcem przenoszono do zapisów prawnych czy sposobów zarządzania gospodarką. Armia Księstwa Warszawskiego stanowiła wierną kopię wojsk napoleońskich. W podobny sposób zachłyśnięto się Francją w Polsce zaraz po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. Ale Księstwu nie dane było przetrwać nawet dwudziestu lat, bo cesarstwo Bonapartego, osaczone przez pozostałe mocarstwa, musiało w końcu przegrać. Największymi zwycięzcami epoki napoleońskiej okazały się Wielka Brytania i Rosja. Jednak car Aleksander I miał jeszcze większe ambicje. Chciał, tak jak niegdyś Piotr Wielki, uczynić ze swego imperium mocarstwo na wskroś nowoczesne. Ciągle więc próbował przeszczepiać na rodzimy grunt zachodnie wzorce. Temu celowi służył także niezwykły mariaż Rosji z Królestwem Polskim – dwóch państw o zupełnie sprzecznych ustrojach politycznych; dwóch bardzo różniących się pod względem mentalności nacji. Aleksander I zamierzał władać nimi tak, by coraz ściślej przenikały się ze sobą. Liczył przy tym na polityczny pragmatyzm Polaków. Dał im bowiem jasno do zrozumienia, że zachowają własne państwo jedynie wtedy, gdy będą wiernie służyć carowi.

Przyjaciele z młodości

Reklama
„Władca Rosji winien być protektorem wszystkich małych państw, ich pewną ucieczką, twórcą ich związku i ich siły, a gdy do niej dojdą, ich stałym przyjacielem” – pisał w 1803 r. książę Adam Jerzy Czartoryski w memorandum do Aleksandra I. Mało kto w tamtym czasie cieszył się w Petersburgu większym zaufaniem i szacunkiem cara. Czartoryski mógł sobie pozwolić na to, by proponować przeprowadzenie uderzenia armii rosyjskiej na Prusy w celu odbicia Wielkopolski, Pomorza i Śląska. Postulował przyłączenie tych ziem do odrodzonej Rzeczpospolitej, która byłaby związana unią personalną z Rosją. W tej skomplikowanej układance rolę kluczowej postaci odgrywałby Aleksander I jako car, a zarazem król Polski. Przy czym dla Czartoryskiego był to dopiero pierwszy krok w stronę wielkiej unii państw słowiańskich. Jej powstanie oznaczałoby rozbicie monarchii Habsburgów. Po zrealizowaniu tej wizji wschodnią część Europy zdominowałoby wspólne imperium Polaków i Rosjan. Memorandum zatytułowane: „O systemie politycznym, którego winna trzymać się Rosja” zafrapowało cara. Rozmach planów Czartoryskiego w niczym nie ustępował gigantomańskim zamierzeniom Napoleona. A ten udowodnił już wszystkim, że zdeterminowane mocarstwo może wywrócić do góry nogami całą Europę. Wprawdzie sam autor dokumentu był Polakiem, co czyniło go osobą politycznie podejrzaną, lecz car przyjaźnił się z księciem już dziesięć lat. Poznali się dzięki ojcu wizjonera, księciu Adamowi Kazimierzowi Czartoryskiemu, który po upadku insurekcji kościuszkowskiej postanowił zadbać o przyszłość dzieci. Sam uczestniczył w pisaniu Konstytucji 3 maja i był jednym z przywódców Stronnictwa Patriotycznego (SP), znajdował się więc w gronie wrogów cara. Jednocześnie nie zerwał starych znajomości ze sługami imperatora. Dawny poseł rosyjski w Warszawie książę Nikołaj Repin, po insurekcji gubernator ziem litewskich, pomógł mu w umieszczeniu dwóch synów na petersburskim dworze. Tam młody Adam Jerzy Czartoryski został kamerjunkrem w petersburskim Pułku Gwardii Konnej. Nieprzeciętnie inteligentnego, a zarazem przystojnego kawalerzystę uznano za znakomity materiał na adiutanta dla siedem lat młodszego carewicza Aleksandra. Zawiązanej wówczas przyjaźni nie zniszczyło nawet to, że Polak wdał się w romans z żoną carewicza, Elżbietą (przed przejściem na prawosławie księżniczką badeńską Ludwiką Marią). Na dworze plotkowano, iż Czartoryski był ojcem pierwszej, urodzonej przez carównę córki. Jednak wielka polityka okazywała się dla obu ważniejsza niż osobiste szczęście. Gdy w 1801 r. Aleksander zasiadł na tronie, jego adiutant zaczął robić błyskotliwą karierę. Z woli władcy otrzymał miejsce w senacie, a następnie trafił do ministerstwa spraw zagranicznych. Tam uczył się sztuki dyplomacji pod okiem ministra Aleksandra Woroncowa. Swego mentora nie cenił jednak zbytnio i gdy ten poszedł na urlop, Czartoryski napisał memorandum postulujące rewolucyjny zwrot w rosyjskiej polityce zagranicznej. Dla Aleksandra I najważniejszy był wniosek końcowy, wypływający z dokumentu. Po utworzeniu unii Rzeczpospolitej z Rosją byłoby możliwe zbudowanie federacji narodów słowiańskich, sięgającej aż po Adriatyk i Konstantynopol kosztem Prus i Austrii. To przyniosłoby Staremu Kontynentowi nową równowagę sił, opartą na dominacji trzech mocarstw: Wielkiej Brytanii, Francji i Rosji. Wobec śmiertelnej wrogości między Paryżem a Londynem rola arbitra zawsze spoczywałaby w ręku monarchy zasiadającego na tronie w Petersburgu. To marzenie urzekło cara i Czartoryski został ministrem spraw zagranicznych jego kraju. Ale triumfy Napoleona sprawiły, że Aleksander I nie zaryzykował zerwania sojuszu z Austrią i Prusami dla próby zbudowania federacji słowińskiej. Prący do tego celu Czartoryski w 1806 r. został zdymisjonowany. Jednak jego przyjaciel z młodości nie zapomniał o memorandum nawet wówczas, gdy Polacy wyruszyli na wojnę z Rosją.

Reklama

Najłaskawszy z carów

„Urodzony w niewoli, okuty w powiciu/ Ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu/ Soplicowo leżało tuż przy wielkiej drodze/ Którą od strony Niemna ciągnęli dwaj wodze:/ Nasz Książę Józef i król westfalski Hieronim” – opisywał na kartach „Pana Tadeusza” Adam Mickiewicz. „W mieście pobliskim stanął główny sztab książęcy/ A w Soplicowie oboz czterdziestu tysięcy/ I ze sztabami swemi jenerał Dąbrowski/ Kniaziewicz, Małachowski, Giedrojć i Grabowski” – wyliczał. Na wojnę z Rosją w 1812 r. malutkie Księstwo Warszawskie wystawiło najliczniejsze wojska w dziejach Polski. Również kadra dowódcza w niczym nie ustępowała swą jakością wodzom z epoki wielkich hetmanów: Stanisława Żółkiewskiego i Jana Karola Chodkiewicza. Z emerytury znów powrócił do służby gen. Jan Henryk Dąbrowski. Podobnie uczynił jego przyjaciel gen. Karol Kniaziewicz. Swych wybitnych zdolności dowiódł podczas wojny z Austrią książę Józef Poniatowski. Wszyscy chcieli wraz z Napoleonem iść na Moskwę, wierząc w zwycięstwo. Ale Rosja Aleksandra I była o wiele potężniejszym i rozleglejszym państwem niż ta z czasów Żółkiewskiego i Chodkiewicza. Tylko zimy bywały takie jak dawniej. To mróz, głód i choroby w niewiele ponad miesiąc zdziesiątkowały Wielką Armię, wycofującą się z Moskwy przed nadejściem zimy. Pod koniec listopada 1812 r. nad Berezyną resztki trzech polskich dywizji broniły przeprawy przez rzekę, osłaniając odwrót niedobitków Wielkiej Armii. Na czele 9 tys. żołnierzy stanęło trzech weteranów insurekcji kościuszkowskiej i Legionów, generałowie: Dąbrowski, Kniaziewicz i Zajączek. Przez cały dzień Polacy odpierali zaciekłe szturmy 40 tys. Rosjan, po czym wycofali się w ślad za Francuzami. Wdzięczny Bonaparte osobiście asystował podczas amputowania strzaskanej nogi gen. Zajączka. Dla swych sojuszników nie mógł zrobić wiele więcej. Po raz pierwszy przegrywał bitwy, a skoro przeciwko Francji wystąpiły zbrojnie wszystkie mocarstwa europejskie, los cesarza stawał się powoli przesądzony. Dostrzegali to co bystrzejsi politycy. Do Warszawy, jeszcze przed wybuchem wojny, zawitał Adam Jerzy Czartoryski. Wbrew stanowisku ojca starał się namawiać wpływowe osoby, w tym księcia Poniatowskiego, do porzucenia Bonapartego i zaufania carowi. Gdy wybuchła wojna, pospiesznie wyjechał za granicę do… Francji. Tymczasem w Petersburgu nagle zaczął pojawiać się w otoczeniu Aleksandra I gen. Tomasz Wawrzecki. Zapomniany polityk dwie dekady wcześniej, podczas insurekcji, zaskarbił sobie szacunek rodaków. Kiedy Kościuszko po bitwie pod Maciejowicami (10 października 1794 r.) dostał się do rosyjskiej niewoli, to gen. Wawrzeckiego wybrano naczelnikiem powstania. Po jego upadku spędził dwa lata w niewoli, po czym wypuszczony na wolność wycofał się z życia publicznego. Łaskawe traktowanie generała przez cara stanowiło jasny sygnał dla całej polskiej elity, że z Aleksandrem I warto rozmawiać. Rzecz niezwykle ważna, gdy okazało się, że z wystawionej przez Księstwo Warszawskie armii wróciło do kraju niespełna 20 tys., często straszliwie okaleczonych, żołnierzy. Wprawdzie książę Poniatowski i gen. Dąbrowski postanowili wiernie trwać przy Bonapartem, lecz nie zrobili niczego, aby przeszkodzić innym polskim przywódcom w szukaniu porozumienia z imperatorem. Gros sił zbrojnych Księstwa wycofano w ślad za wojskami francuskimi, pozostawiając Warszawę otwartą dla nadciągającej ze wschodu armii. Gdy weteran insurekcji kościuszkowskiej, szewc Jan Kiliński, zaczął skrzykiwać rzemieślników, aby bronić stolicy przed Moskalami, ku swemu zaskoczeniu trafił do aresztu. Paradoksalnie w tej dramatycznej sytuacji okazało się, że dopiero po rozbiorach kraj nad Wisłą obrodził znakomitymi dowódcami i błyskotliwymi politykami, zdolnymi do gry na wielu fortepianach. Polacy nie mieli szansy na obronienie ojczyzny, a tymczasem zarówno Paryż, jaki i Petersburg zaczęły zabiegać o ich względy.

Powrót księcia

Car Aleksander nie darzył już Czartoryskiego zaufaniem, lecz niezmiennie wysoko cenił intelekt Polaka. Nigdy też nie zapomniał o memorandum. W powołanej w marcu 1813 r. Radzie Najwyższej Tymczasowej dla zarządzania okupowanym Księstwem Warszawskim znalazł się gen. Wawrzecki, a nie Czartoryski. Jednak funkcja pomocnika dla generała-gubernatora Wasyla Łanskoja i Nikołaja Nowosilcowa, którzy to przejęli kontrolę nad polską administracją, była poniżej godności księcia. Zaproponował on carowi, aby korzystając z niepowtarzalnej okazji, całe Księstwo Warszawskie połączył z dawnymi ziemiami wschodnimi Rzeczpospolitej, nadał im konstytucję i ogłosił się królem Rzeczpospolitej. Aleksander odrzucił ten plan, lecz postanowił zabrać księcia ze sobą na kongres zwycięskich mocarstw. Z początkiem września 1814 r. do Wiednia ściągnęło ponad 150 monarchów i książąt władających choćby najdrobniejszymi państewkami w Europie. Towarzyszyło im ok. 500 ministrów. Liczba gości chcących załatwić jakieś interesy lub zwyczajnie pokazać się w towarzystwie przekroczyła 100 tysięcy. W tym gigantycznym tłumie jedynym człowiekiem, który próbował zadbać o przyszłość Polski, był Czartoryski. Jego największym atutem było to, że na kongres wiedeński car przybył w glorii zwycięzcy Napoleona. Poza tym Rosja mogła się pochwalić najliczniejszą armią na kontynencie. Imperator początkowo powrócił do pomysłów z memorandum, by szybko przekonać się, że pozostałe mocarstwa w żadnym wypadku nie pozwolą na odbudowę Rzeczpospolitej pod berłem Romanowów. Wielka Brytania forsowała zasadę równowagi sił i nie ukrywała swej gotowości do wystąpienia przeciwko każdemu, kto ją naruszy. Z kolei kanclerz Austrii, książę Klemens von Metternich, w tym samym duchu pracował na koncepcją sojuszu Austrii, Prus i Rosji, gwarantującego zachowanie po wsze czasy tworzonego wówczas porządku. Minister spraw zagranicznych Francji Charles-Maurice de Talleyrand, który w odpowiednim momencie zdradził Napoleona i przeszedł do obozu zwycięzców, dorzucił zasadę legitymizmu. Obaleni przez Bonapartego władcy wracali na swe trony, a nowe, rewolucyjne wystąpienia miały być zgodnie pacyfikowane przez mocarstwa. W tym momencie jakakolwiek próba wyrwania się Polaków spod władzy państw zaborczych oznaczałaby bunt przeciwko panujących monarchom, czyli złamanie świętej zasady legitymizmu. Obserwując rozwój sytuacji, car oraz – wspierający go – Czartoryski postanowili działać metodą faktów dokonanych. Tak, żeby państwo polskie pozostało na mapach Europy, lecz fakt jego istnienia nie naruszał równowagi sił. Gdy Kongres jeszcze trwał, 30 kwietnia 1815 r. Aleksander ogłosił się polskim królem. Jednocześnie na jego polecenie Księstwo Warszawskie zostało oficjalnie przekształcone w Królestwo Polskie. Trzy tygodnie później przyparty do muru przez cara król saski Fryderyk August I zrzekł się tytułu księcia warszawskiego i jakichkolwiek praw do polskiej korony. Po załatwieniu tych formalności Aleksander I zatwierdził 25 maja 1815 r. konstytucję Królestwa Polskiego napisaną przez Czartoryskiego, który notabene wzorował ją na Ustawie Zasadniczej, jaką dla Polaków osiem lat wcześniej przygotował Napoleon. Dorzucił jednak, symbolicznie, niektóre zapisy z Konstytucji 3 maja. Czartoryski postarał się też zapisać w niej, iż między Księstwem Warszawski a Królestwem trwa ciągłość prawna. Od strony formalnej własne państwo Polacy posiadali więc od 1807 r. i istniało ono nadal, choć zmieniało swą nazwę i konstytucję, a na tronie Fryderyka Augusta I Wettyna zastąpił Aleksander I Romanow. Berlin i Wiedeń nie protestowały. Do Prus wracała Wielkopolska, przekształcona w autonomiczne Wielkie Księstwo Poznańskie. Jednocześnie symbolicznie oderwano od Królestwa Polskiego Kraków, nadając mu statut wolnego miasta, kontrolowanego wspólnie przez trzech zaborców. Te rozwiązania mocarstwa zaakceptowały podczas kończącego się w Wiedniu Kongresu. „Winniśmy wdzięczność wieczną cesarzowi (Aleksandrowi – przyp. aut.) za wskrzeszenie już zaginione imię Polski – tak chwalebne dla nas” – pisał Tadeusz Kościuszko do Czartoryskiego w liście datowanym na 20 czerwca 1815 r. Sam poddał się już wcześniej, rozumiejąc, iż powstały w Europie układ sił nie pozwoli nic więcej osiągnąć. „Ja jadę do Szwajcarii, nie mogąc zdatnie służyć Ojczyźnie” – informował księcia były naczelnik insurekcji. Ostatecznie nadzieję Polaków, że można ugrać coś więcej, ucięło sygnowanie 26 września 1815 r. w Paryżu Świętego Przymierza. Car Aleksander I, cesarz Austrii Franciszek I oraz król Prus Fryderyk Wilhelm III zawarli sojusz mający gwarantować, że nikt nie podważy ustanowionego w Europie porządku. Dla suwerennej Rzeczpospolitej zabrakło na Starym Kontynencie miejsca. „Gdyby Polska była otrzymała (…) istnienie odrębne i granice bardziej rozszerzone i właściwie, jakie pragnął dać jej cesarz Aleksander, byłby uczyniony olbrzymi krok w kierunku normalnego stanu sprawiedliwości i trwałego bezpieczeństwa, do którego Europa ciągle dąży, nie mogąc go nigdy osiągnąć” – pisał 15 lat później z wielki żalem Czartoryski.

Nowe nadzieje

„Królem polskim będzie odtąd cesarz Aleksander. Polska nie będzie owem przedrozbiorowem, rozległem Królestwem, ale zmniejszona wiele. Żal stąd niemały, lecz i za to należy się wdzięczność, że kiedy na wiedeńskim Kongresie nic nas obronić nie mogło, uratowano przynajmniej choć mniejszą część kraju” – pisał do ojca zaraz po objęciu posady namiestnika Wielkiego Księstwa Poznańskiego Antoni Radziwiłł. Wyrażone w liście rozczarowanie było jak najbardziej zasadne. Królestwo Polskie zostało przecież pomniejszone w stosunku do Księstwa Warszawskiego. Jego terytorium liczyło 128,5 tys. km kwadratowych, a liczba mieszkańców wynosiła niewiele ponad trzy miliony. Ponad cztery miliony Polaków pozostało obywatelami państw zaborczych. Mimo to, gdy jesienią 1815 r. gruchnęła wieść, że Aleksander I przyjedzie do Warszawy, by oficjalnie nadać Królestwu konstytucję, w stolicy zapanowało radosne ożywienie. Wśród mieszkańców zebrano pieniądze na zbudowanie tymczasowego łuku triumfalnego na placu Trzech Krzyży oraz pomnika cara, który następnie zamierzano tam postawić. Wówczas monarcha w specjalnym liście nakazał za zebrane fundusze wznieść katolicki kościół (obecnie kościół św. Aleksandra). Gdy przybył w połowie listopada, warszawiacy powitali go entuzjastycznie. Wiernopoddańcze przemówienie wygłosił prezydent miasta Stanisław Węgrzecki, deklarując, iż: „Nieść Ci tylko umiemy w ofierze te serca, któreśmy Tobie zaprzysięgli, i które dochować Ci zawsze potrafią niezłomną wierność”. Aleksander I przez następny miesiąc okazywał Polakom wciąż nowe łaski. Oficerowie i żołnierze walczący przeciwko Rosji w 1812 r. mogli bez przeszkód zacząć służbę w armii Królestwa. Zagwarantowane zostało, że wszyscy ich dowódcy będą Polakami. Jedynie wodzem naczelnym miał być brat cara, wielki książę Konstanty. Weteranom walk o niepodległość zaczęto wypłacać godziwe emerytury. Otrzymał ją nawet, znany ze swej wrogości do Moskali, szewc Jan Kiliński. W ogłoszonej zaraz po urodzinach cara 24 grudnia 1815 r. konstytucji (antydatowano ją na 27 listopada) gwarantowano obywatelom pełnię swobód religijnych, a także nietykalność osobistą i majątkową. Prawo wyboru posłów do Sejmu otrzymywali wszyscy obywatele mogący wykazać się odpowiednio wysokim dochodem, nawet chłopi. Dzięki zapobiegliwości Czartoryskiego, chcącego ochronić Polaków przed wywózkami na Syberię, wprowadzono do ustawy zasadniczej zapis, że: „skazany na karę ponosić ją będzie w Królestwie. Nikt nie będzie mógł być z kraju wywożonym, wyjąwszy w przypadkach prawem oznaczonym”. Sam książę był dla rodaków murowanym kandydatem na namiestnika Królestwa. Tymczasem Aleksander nie zamierzał podejmować ryzyka oddania władzy w Warszawie komuś wykazującemu tyle politycznego talentu. Tuż przed wyjazdem do Petersburgu namiestnikiem mianował gen. Józefa Zajączka. „Z Zajączka car zrobił sobie królika” – zaczęli wkrótce żartować warszawiacy. Dawny bohater wojen napoleońskich szybko zapracował sobie na pogardę rodaków, okazując nieustający serwilizm wielkiemu księciu Konstantemu oraz Nikołajowi Nowosilcowowi – carskiemu komisarzowi przy administrującej Królestwem Radzie Stanu. Przez następne miesiące car realizował kolejne obietnice. Królestwo otrzymało własny, bardzo postępowy kodeks karny, a od ziem rosyjskich oddzieliła je granica celna. Choć car był zwierzchnikiem Cerkwi prawosławnej, to zadbał, żeby katolicyzm utrzymał tam, gdzie był królem, uprzywilejowaną pozycję. Temu służył zawarty z Watykanem w 1818 r. konkordat. Prymas Jan Paweł Woronicz, utrzymujący z imperatorem bardzo przyjacielskie relacje, załatwił u niego w 1817 r. zgodę, by ciało poległego w bitwie pod Lipskiem księcia Józefa Poniatowskiego przenieść uroczyście z kościoła Świętego Krzyża w Warszawie na Wawel. Rok później sprowadzono do Krakowa prochy innego bohatera narodowego, Tadeusza Kościuszki. Symboliczne gesty, będące wyrazem łaskawości cara, zjednywały mu Polaków. Coraz powszechniej widzieli oni w Romanowie swego króla. Przecież na polskim tronie w przeszłości zasiadali: Litwini, Francuz, Węgier, Szwedzi, Niemcy z Saksonii. Na pierwszy rzut oka zaczynały wracać stare porządki. Jednak były to jedynie piękne złudzenia.
Dziennik Gazeta Prawna
Car przybył ponownie do Warszawy w 1818 r. na otwarcie obrad pierwszego wybranego w demokratyczny sposób Sejmu. W Rosji istnienie organu przedstawicielskiego, wybieranego przez obywateli, było nie do pomyślenia. W imperium Romanowów nie obowiązywała nawet konstytucja, której zapisy ograniczałyby samodzierżawie imperatora

Różnice nie do przezwyciężenia

„Boże! Coś Polskę przez tak liczne wieki/ Otaczał blaskiem potęgi i chwały/ I tarczą swojej zasłaniał opieki/ Od nieszczęść, które przywalić ją miały/ Przed Twe ołtarze zanosim błaganie/ Naszego Króla zachowaj nam Panie!” – wzywała oda opublikowana 20 lipca 1816 r. na łamach „Gazety Warszawskiej” przez Alojzego Felińskiego. U poety, który niegdyś był adiutantem Kościuszki, zamówił ją wielki książę Konstanty, tak chcąc uczcić swego brata Aleksandra I. Do „Pieśni narodowej za pomyślność króla” podniosłą muzykę dopisał Jan Nepomucen Kaszewski. Minął rok i w miejsce strofy „Naszego Króla zachowaj nam Panie!”, lojaliści zaczęli śpiewać „Ojczyznę wolną pobłogosław Panie”, a rewolucjoniści „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie!”. Tak narodziła się pieśń, która o mały włos nie została po 1918 r. polskim hymnem – co, być może, byłoby najsłuszniejszym wyborem, jako że w idealny sposób oddaje wieczne rozdwojenie narodu. W czasach Królestwa Polskiego ów stan uległ szczególnemu nasileniu, choć pierwsze symptomy nie przedstawiały się jeszcze niepokojąco. Car przybył ponownie do Warszawy w 1818 r. na otwarcie obrad pierwszego wybranego w demokratyczny sposób Sejmu. W Rosji istnienie organu przedstawicielskiego, wybieranego przez obywateli, było nie do pomyślenia. W imperium Romanowów nie obowiązywała nawet konstytucja, której zapisy ograniczałyby samodzierżawie imperatora. Aleksander I, świadom tych różnic, podczas wystąpienia przed polskim parlamentem obiecał rozciągnięcie ustroju konstytucyjnego na całe imperium Romanowów, czym wzbudził szczery entuzjazm słuchaczy. Jednak wystarczył jeden dzień dyskusji na forum sejmowym, zdominowany przez liberalnych opozycjonistów głównie z województwa kaliskiego (stąd nazwa kaliszanie) i władca zaczął czuć „wstręt do podobnych obrad”. Pomimo deklaracji demokracja na wzór angielski była dla cara czymś zupełnie obcym. Podobnie jak trzymanie się zasady, że prawa (nawet nadanego przez siebie) należy przestrzegać. Zagwarantowanie Polakom swobód, o jakich nie mogli marzyć nawet Rosjanie, bardzo szybko zaczęło ciążyć imperatorowi oraz jego otoczeniu. Ograniczanie wolności, jak to zazwyczaj bywa, rozpoczęto od swobody wypowiedzi. Od 1819 r. zaczęła działać na terenie Królestwa Polskiego cenzura prewencyjna. Przy kancelarii wielkiego księcia Konstantego utworzono biuro Wyższej Tajnej Policji. Kierujący nią płk Jerzy Kempen sukcesywnie budował sieć konfidentów pomagających tropić Rosjanom spiski zawiązywane przez Polaków. Znamienne, że policja polityczna działała wcześniej, niż powstała pierwsza tajna organizacja „Panta Koina” (z greckiego „Wszystko wspólne”). Założył ją ze studentami lekarz wojskowy Ludwik Mauersberger. W tamtym czasie spiskowanie przeciwko rządom cara nie przychodziło jeszcze większości Polaków do głowy. Cała elita polityczna, włącznie z zapatrzonymi w angielskie wzorce kaliszanami, opowiadała się jednoznacznie za współpracą z Aleksandrem I jako prawowitym królem Polski. Nie zmieniało to faktu, iż suwerenność Królestwa Polskiego okazywała się coraz bardziej papierowa. To do Rosjan należało ostatnie zdanie. Poza tym wzorce, które usiłowali przeszczepiać na polski grunt, ciążyły coraz bardziej. Nawet ich wierny sługa gen. Zajączek zapisał w pamiętnikach, że Moskale to osobny gatunek człowieka: „innej cnoty prócz ślepego posłuszeństwa nie znający”. Podobne wrażenie odnosił dawny adiutant Kościuszki, historyk Julian Ursyn Niemcewicz. „To posłuszeństwo zastępowało stopniowo od najwyższych do najniższych, drżał pułkownik przed jenerałem, major przed pułkownikiem, sołdat przed kapralem. Raz u stołu ojca mego dał pułkownik policzek majorowi, prócz nas nikogo to nie zdziwiło i obiad kontynuował się dalej” – notował prezes Towarzystwa Przyjaciół Nauk. Oficerowie armii Królestwa Polskiego, nieprzywykli do publicznego poniżania, nie umieli znieść tego, jak traktował ich wielki książę Konstanty. Potrafił on zrugać, spoliczkować lub kazać obić knutem podwładnego. To owocowało epidemią samobójstw wśród młodszej kadry oficerskiej. Z kolei Konstanty i jego przyboczni Rosjanie nie mogli się nadziwić polskiej nadwrażliwości na coś, co dla nich było powszechnie akceptowaną normą. Naturalne cechy wschodniej despotii sprawiały, że dni dobrowolnej unii Rosji z Polską od samego początku były policzone.