Wtorkowe wysłuchanie Polski w sprawie wszczęcia procedury art. 7 bez fajerwerków. Rozpoczęło się wieczorem. Zdaniem rozmówców DGP nowa prezydencja austriacka, która zaczyna się w lipcu, nie będzie przyspieszać prac, ale we wrześniu temat wróci. I już nie tylko dla nas, ale też dla Węgier.

Do uruchomienia kolejnego, drugiego punktu art. 7 potrzeba wniosku 1/3 państw członkowskich lub – w punkcie pierwszym, bowiem mówimy o ryzyku naruszenia praworządności, w punkcie drugim o jej zagrożeniu. Rada może zdecydować o zawieszeniu niektórych praw wynikających z traktatów, przy czym ich katalog nie jest określony, za to jest zapis o możliwości zawieszenia prawa do głosowania. Tyle tylko, że by do tego doszło, w UE konieczna jest jednomyślność. A tej nie będzie, ponieważ w Unii zapadły właśnie decyzje o wszczęciu analogicznej procedury wobec Węgier, niewykluczone, że następna w kolejce będzie Rumunia, która od stycznia 2019 r. przejmie prezydencję.

Nasi rozmówcy w Brukseli twierdzą, że choć bezpośrednio nie odczujemy konsekwencji obecnej sytuacji, to pośrednio w nas to uderzy. Przede wszystkim będziemy jednak pamiętani jako pierwszy w historii kraj, wobec którego tę procedurę zastosowano. A polska administracja musi angażować spore moce dyplomatyczne w sprawie art. 7 zamiast negocjować w tym czasie korzystniejsze dla siebie prawo UE.