Leon Tarasewicz: Wiem, czym jest polityka. Nie interesuje mnie granie ludzkimi emocjami [WYWIAD]

Leon Tarasewicz Fot. Darek Golik
Leon Tarasewicz, Fot. Darek GolikDziennik Gazeta Prawna / Darek Golik
24 maja 2018

Z Leonem Tarasewiczem o ksenofobii, ruchach narodowych i byciu politykiem rozmawia Robert Mazurek.

Koledzy z podstawówki, których spotykam przed sklepem i których czasem sponsoruję, mówią mi: „Leon, ty nieźle robisz w ch... tych w Warszawie. Nie dość, że paski malujesz, to jeszcze tobie za to płacą”.

To proste, ja od dzieciństwa wypracowałem dualizm – z jednej strony mam podwórko i kolegów, to białoruski świat na miejscu, z cerkwią i prawosławiem, ze swoimi problemami. W tym świecie o sztuce nie ma mowy, ona nie jest potrzebna. Jakbym chciał rozprawiać o sztuce, to mógłbym co najwyżej po mordzie dostać.

To się zaczyna zmieniać, ale mój świat białoruski to był świat robotniczo-chłopski. Ludzie z niego wyrastający chcieli coś zbudować, naśladować innych, ale o tworzeniu nie było mowy. Z kolei świat sztuki nie był specjalnie zainteresowany białoruskością.

Dla moich polskich znajomych białoruskość była co najwyżej ciekawostką albo – jak dla Marty Tarabuły z krakowskiej Galerii Zderzak – pozą, artystycznym wizerunkiem. Gdzie indziej czytałem, że to przez postmodernizm... (śmiech).

Moje warszawskie problemy tam to jak problemy Polaka z Paryża w stanie wojennym – wysłuchają, ale oni tym nie żyją, to inna rzeczywistość. Oni mnie w jakiś sposób doceniają, ale dla nich jestem tym samym Leonem, który chodził z nimi do szkoły. Czasem jeszcze słyszę, jak ktoś woła do mnie „Trampek” i od razu wiem, że graliśmy w piłkę.

Na podwórku od rana do wieczora, do zmroku, ale też w klubie. Do B-klasy doszedłem.

Lewoskrzydłowy. Z kolei na Białostocczyźnie znają mnie jako Leonika, działacza kulturalnego, białoruskiego.

Tak, nie powiem o sobie, że jestem Polakiem. Białorusin z Polski – tak się określam.

Kiedy Armia Czerwona wyzwalała Królewiec, gdzie mama przez dwa lata pod ziemią pracowała w fabryce amunicji, i spytali ją kim jest, to powiedziała, że Białorusinką. No to ją wywieźli na taką Białoruś, że dwa miesiące do domu szła.

Mieć świadomość narodową to znaczyło mieć świadomość historyczną. A chłopi długo jej nie mieli, o czym świadczą historie z powstania styczniowego, gdy włościanie wydawali swoich panów. My, pochodząc z rodzin robotniczo-chłopskich, mieliśmy w domu ten cały świat białorusko-ortodoksyjny, rozmawialiśmy po białorusku, dla mojej mamy w ogóle cały świat rozmawiał po białorusku. Ona jechała do miasta i zawsze się dogadała.

Oczywiście. W domu, z sąsiadami...

Jest parafia katolicka z lat 30., ale katolików jest bodajże 28 proc. Obok mieszkało dwóch przedwojennych poruczników i oni też mówili po białorusku.

Rozmawiamy po białorusku.

Ona czasem próbuje innych wariantów, ale się jej nie udaje... (śmiech).

Tuż po studiach naprawdę mało kto to słyszał, ale dziś, kiedy wróciłem do Walił, słychać to bardziej.

I to z pięknej, prawdziwej wsi – Mieleszki, osiem kilometrów od miasteczka. Jeździliśmy tam do dziadków, dzięki temu zobaczyłem i poznałem prawdziwą, w zasadzie XIX-wieczną wieś bez światła, z wozami drabiniastymi, z etosem pracy w polu.

Jak trzeba było. Pasałem krowy, gdy przychodziła kolejka, to się wyprowadzało wszystkie i rozwijało intelektualnie na łące.

Raz, że tych książek to za bardzo nie było, a dwa, to świat był zbyt ciekawy, by zajmować się wyłącznie czytaniem, życie przerastało literaturę.

Oni byli z miasteczka, z Gródka. To ciekawsza rzecz, bo dziadek Jan Tarasewicz był dróżnikiem i mieszkał przy moście, jego zadaniem było pilnowanie mostu. To było coś, pięć złotych miesięcznie dostawał, można było krowę kupić i żyć.

Gdyby nie to, że grał na akordeonie i nadużywał alkoholu, to by się to pewnie przekładało na jakiś dobrobyt. W każdym razie mieszkali w centrum Gródka, wynajmowali dom od Żyda. Ojciec wychował się więc w sąsiedztwie obu synagog, a jednym z lepszych zarobków było palenie w piątki w piecu.

Tak dorabiał, znał z dzieciństwa trochę słów w jidysz. W 1944 r. wzięli go do wojska, był w Berlinie, a potem trafił do Przemyśla, gdzie jeszcze przez rok władzę ludową stabilizował, za co w 1946 r. dostał nawet medal. Zginął mi gdzieś za moich partyzanckich czasów, ale została mi legitymacja, więc na Allegro odkupiłem i mam.

Tym Gródkiem, o którym mówili „Czerwony Gródek”, bo przed wojną wszyscy ludzie schodzili się tu na 1 maja.

Przeszedłem w podstawówce przez zuchy i harcerstwo. W liceum nie wiedzieliśmy, jak ono zmieniło się w Harcerską Służbę Polsce Socjalistycznej, ale jak wzięli mnie do wojska, bo zabrakło punktu do przyjęcia na ASP, to już do ZSMP nie wstąpiłem. To już było za dużo. A nie, był jeszcze Związek Młodzieży Wiejskiej, do którego trzeba było należeć, żeby dostać zgodę na dyskotekę.

Na studiach zacząłem poznawać niezależną inteligencję białoruską, to byli ludzie starsi od nas, nasi intelektualni rodzice: Sokrat Janowicz, Jerzy Turonek, Jurka Geniusz, syn białoruskiej poetki Łarysy Geniusz, był Jerzy Łatyszonek. Oni stali w opozycji do tych oficjalnych, komunistycznych organizacji mniejszości białoruskiej w Polsce.

Kiedy powstał NZS, my organizowaliśmy BAS, Związek Studentów Białoruskich, do którego dołączyłem na drugim roku. I razem z Jankiem Maksymiukiem, fizykiem, który przetłumaczył „Ulissesa” na białoruski, zaczęliśmy wydawać gazetę studencką „Sustreczy”, czyli „Spotkania”. I kiedy my to robiliśmy w Warszawie, to w Białymstoku ludzie bali się to brać do ręki, bo była radykalna.

Nie, była realistyczna, ale były w niej np. rysunki satyryczne, karykatury znanych postaci, które oczywiście robiłem ja, ale też teksty mówiące o historii. Jednocześnie zaangażowałem się w Bractwo Młodzieży Prawosławnej, byłem w jego pierwszym zarządzie, jeździłem z biskupem Sawą w delegacje...

Nie miałem wyboru, od razu mnie ochrzcili. Zresztą pod innym imieniem.

Ochrzcili mnie jako Leoncjusz, ale jak ojciec poszedł do gminy, to mu wytłumaczono, że nie ma takiego imienia.

W spisie imion polskich nie było i wpisano Leona. Zresztą wszystko i tak od Lwa pochodzi.

Mój przyjaciel, ks. Leoncjusz Tofiluk, miał tak samo, ale on sobie później, jako dorosły, zmienił imię. Mnie się nie chciało.

To dla mnie ważne. Na ile mogę, na tyle staram się uczestniczyć w życiu cerkwi, choć problem w tym, że w soboty i niedzielę często jestem poza domem. I wtedy zostaje mi liturgia w samochodzie.

Wrzucasz płytę i jedziesz.

Ale to nieprawda. Na Białoruś chrześcijaństwo przyszło z północy, i to w wariancie katolickim, łacińskim. Prawosławie przyszło później, przez dzisiejszą Ukrainę, dlatego są Białorusini katolicy jak Janka Kupała, poeta, dla literatury białoruskiej ważny jak Mickiewicz dla polskiej.

I pisał prawdę.

My mówimy, że to na północ od Supraśla i na południe.

Na północ są katolicy, a na południe prawosławni. To spadki po zaborach, bo car Aleksander zajmując te tereny dawał unitom do wyboru dwie konfesje: katolicyzm lub prawosławie. I tak mamy rodzinę Popiełuszki.

Podobno na dwa tygodnie przed śmiercią ks. Popiełuszko mówił w rozmowie, że jest Białorusinem. W domu mówili po białorusku.

I ja to rozumiem, sam mam rodzinę w Białymstoku, która mówi o sobie, że są Polakami, więc tu nie ma problemu. Jeśli ktoś chce się polonizować, to się polonizuje, a ja nie mam takiej potrzeby.

Bez gazet, książek, powszechnej kultury to bardzo trudne, bo trzeba to samemu budować. Ja prócz studiowania malarstwa musiałem robić studia białoruskie – uczyliśmy się czytać i pisać, poznawaliśmy historię, literaturę.

Tam dominuje postawa postsowiecka, białoruskości nie tylko nie ma, ale wręcz państwo jest nastawione antybiałorusko. Mogę to panu wytłumaczyć na przykładzie?

Być Białorusinem w Polsce to jak urodzić się w polskiej rodzinie w Niemczech. Bo Polak na Białorusi czy Ukrainie ma Kartę Polaka, pomoc polskiego państwa i jakby co może w ogóle wyjechać do Unii Europejskiej – ma lepiej niż inni. A Polak w Niemczech na pewno nie ma lepiej.

Chodzi do niemieckiej szkoły i jak bardzo chce, to może polskość kultywować poza nią, ale nie jest ona mile widziana publicznie, a tym bardziej nie pomaga w znalezieniu pracy, w ogóle w życiu.

Przed wojną to byli posłowie białoruscy z list mniejszości...

Przepraszam bardzo, ale Unii Wolności zabrakło takiej wyobraźni – wprowadzili do Sejmu Mirka Czecha jako Ukraińca, ale Sokrata Janowicza jako Białorusina już nie.

Dla mnie to są urzędnicy mniejszości. Dla mojego pokolenia Syczewski był tak jak Jaruzelski, a dla Czykwina kultura białoruska też jest drugorzędna. To nie są dobre przykłady.

Jeśli chce być Białorusinem tak.

Po studiach uciekłem do siebie, na Podlasie, ale przyszedł rok 1989, samorządy, i najprostszą rzeczą było przejąć władzę. Stworzyliśmy listę białoruską i wygraliśmy w Gródku wybory. Wtedy znowu, jak na studiach, robiłem gazetę „Wiadomości Gródeckie”, które były wydawane po polsku i po białorusku, Andrzej Mleczko zgodził się robić dla nas rysunki, nakład był 500 egzemplarzy, ale jak był numer na Boże Narodzenie, z kalendarzem ze świętami katolickimi i prawosławnymi, to i z tysiąc sztuk się rozchodziło. Bardzo fajne czasy.

Namawiali mnie później, bym kandydował do Senatu, ale ja wiem, czym jest polityka, wystarczająco się naoglądałem, nauczyłem, nie interesuje mnie granie ludzkimi emocjami. Poza tym to, że artyści idą do polityki, było dobre na początku, ale teraz?

Jak się za długo w tym siedzi, to się cały czas gra, to ważne tylko dla interesów. W polityce dla romantyków nie ma miejsca.

Mam, ale jako artysta mogę załatwić więcej niż polityk. W końcu polityk musi uważać na słowa, a ja – zestresowany artysta mogę na rynku w Białymstoku zrobić co chcę.

Wie pan, te marsze ONR w Białymstoku czy Hajnówce przyjemne nie są, ale sytuacja jest bardziej skomplikowana.

W tym ONR jest całkiem sporo Białorusinów, takich polskich neofitów.

Do Białegostoku zjechali ludzie z okolicznych wsi – Janki i Wacki spod Moniek oraz Iwanki i Iwaśki spod Hajnówki. Do tego przyjeżdżali ludzie z Polski centralnej, którzy tu po wojnie znaleźli pracę. To wszystko się wymieszało, ich dzieci nie miały już żadnej tożsamości. Często nie wiedzieli jak się nazywa dziadek.

Za to lgnęli do jakiejś wspólnoty, organizacji, która ich łączy, daje siłę, poczucie wielkości. Zawsze tak było i jest nie tylko wśród Polaków. Moi młodsi koledzy Białorusini założyli Związek Młodzieży Białoruskiej – chodzili w czarnych spodniach, glanach, czarnych koszulach z krzyżem jagiellońskim na ramieniu.

Owszem, ale im przeszło, bo z tego się wyrasta i to jest optymistyczne.

Tak sądzę.

Wszystko rozwiążą Fenicjanie, czyli pieniądze. Białoruś jest na mapie tylko dlatego, że jest potrzebna Moskwie, która trzyma tę kolonię, zresztą bardzo zrusyfikowaną i – jak każda kolonia – obsadzoną swoimi ludźmi.

To zależy kto, bo zwyczajni Białorusini przyjmują mnie bardzo dobrze, a władza łukaszenkowska protestowała przeciwko mojej wystawie w Mińsku, co było logiczne, bo oni nie tolerowali żadnej białoruskości.

W książkach może i tak.

Wcześniej, jeszcze na studiach, hodowałem gołębie. Wie pan, że dzięki temu poznałem kilku bandytów z mafii? Też hodowcy.

Kury są po to, żeby nikt tego nie rozumiał. Jak mam dość artystów, to idę do kur.

Dwa lata temu zdobyłem europejskiego championa, to już na tym poziomie. Jeżdżę nawet na zebrania federacji europejskiej.

3344546-magazyn-okladka-25-maja.png

Jestem w stanie się tym zajmować. Gdybym chciał na tym zarabiać, to wiem, jakie kury się podobają i takie bym hodował, ale mnie to nie interesuje.

Muszę, żeby utrzymać hobby kury i hobby akademię.

Profesura to akurat bardzo drogie hobby – trzeba utrzymać mieszkanie w Warszawie, dojechać tu, być sponsorem studentów. Więc muszę sprzedawać, by mieć z czego dokładać.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: MAGAZYN Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.