- Każda postać historyczna jest kontestowana, każda historia ma swoje odcienie - wyznaje w rozmowie z Robertem Mazurkiem, Jarosław Modzelewski, profesor Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, kieruje pracownią malarstwa na macierzystej uczelni. Współtwórca i uczestnik wystaw oraz akcji Gruppy w latach 1982–1992.
Nie, dobrze to wygląda.
Widziałem wizualizacje pomnika smoleńskiego i to jest rzeczywiście niezłe.
Wśród artystów dominuje poczucie, że to jest dobry projekt. Nawet ci, którym z PiS bardzo nie po drodze, krytykują najwyżej sposób, w jaki się ten pomnik stawia, ale nie sam projekt. Stworzył go zresztą dobry twórca – Jerzy Kalina.
Dlaczego? Jest szansa, że to będzie udany pomnik. Nawiasem mówiąc, taki pomnik powinien powstać już dawno.
Dla mnie to oczywiste, że powinny powstać dwa pomniki: zarówno ofiar katastrofy, jak i prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
A co to za argument? Każda postać historyczna jest kontestowana, każda historia ma swoje odcienie. Gdybyśmy rozumowali w ten sposób, nikt nie miałby pomnika.
Hm, ja mam w ogóle kłopot z tym placem, uważam, że pomogłoby mu odbudowanie Pałacu Saskiego. Bez niego on jest jakiś nieskończony, niezamknięty, to wyraźna wyrwa, trochę miejsce bez sensu.
Właśnie, to przynajmniej byłoby logiczne, ale lepszy byłby i pałac, i plac.
Pamiętam to poruszenie, gdy pojawił się ten pomysł. Było wtedy poczucie, że w przestrzeni publicznej stanie się coś dobrego.
On wtedy odnosiłby się do czegoś, zmieniłoby się całe jego otoczenie. Wie pan, było wiele możliwości, tylko trzeba było chcieć. Ale zamiast tego było zabieranie przestrzeni: tu nie damy, tam nie pozwolimy, tutaj nie można, a w tamtym miejscu zabrania konserwator... Wie pan, dobry był pomysł tego pomnika światła i to byłoby najmniej inwazyjne.
Można było przecież zastąpić te dwie tablice jedną, jakąś częścią tego pomnika, były sposoby. Niestety, władze Warszawy przez osiem lat nie chciały tych pomników postawić.
Nie wiem, ale tu może być gorzej. Nie widziałem żadnego naprawdę udanego projektu. Zresztą my nie tylko w Warszawie, ale w całej Polsce mamy kłopoty z pomnikami.
(śmiech) Nie tylko, ale one są złe, prawie wszystkie. No, ale co zrobić, taki jest nasz gust, taki jest gust Polaków, którzy postaci przez siebie kochanej chcą postawić pomnik najpiękniejszy.
To nawet nie jest wina fundatorów.
Cóż, tak jesteśmy wychowani, w takiej przestrzeni. To się wszystko sumuje, to że nasze wsie tak wyglądają, że te miasteczka są takie, jakie są, że nigdy nie było i wciąż nie ma żadnej edukacji estetycznej. Nie mamy żadnych wzorców i przez lata nie można było nigdzie wyjechać, by te wzorce podejrzeć.
Właśnie tak to wygląda. I cóż poradzić?
To coś, co z jakiegoś powodu nas zatrzymuje i każe przystanąć, bo czymś nas łapie.
No to załóżmy przestrzeń większej swobody naszych decyzji. Więc to musi być coś, co skupi naszą uwagę. Mogą być różne powody tego piękna, nie zawsze takie powierzchowne, czytelne.
Tak, to może być na swój sposób intrygujące.
Jego nigdy nie będę bronił.
Tak, jednak tak. Uważam, że należałoby go zburzyć.
No tak, w Warszawie rzeczywiście nigdy nic nie wiadomo.
Ale to, co powstało, jest fatalne, poza tym zepsuło całkowicie widok z Łazienek na Belweder.
Oczywiście ja wiem, że PKiN zwraca uwagę i pełni dość osobliwą funkcję.
Kilkakrotnie go nawet namalowałem. Mało tego, kiedyś nawet namalowałem wschód słońca nad pałacem... (śmiech). Widywałem go codziennie, bo koło dawnego hotelu Forum przesiadałem się z autobusu do tramwaju, kiedy jeździłem do technikum.
Tak, do elektronicznego, przy ul. Zajączka.
Jestem, ale elektronika to już nie to samo, proszę mnie nie pytać.
Nie zwraca, bo jest służebne, zwyczajne.
Może być.
Mamy jakieś wyobrażenia tego, jak może wyglądać krzesło, i na tle pozostałych to uznajemy za ładne. Nie musimy się nim ekscytować, ale jest wygodne i lubimy je za to.
(śmiech) Proszę mówić.
To nie byłaby najważniejsza część mojej definicji. Może później, kiedy zaczyna się pan zastanawiać, dlaczego coś jest ładne, ale tak, proporcje są ważne.
O nie!
Te relacje są tak ukształtowane, że się jakoś domykają. U mnie też postaci raczej są proporcjonalne, z małymi wahnięciami, ale ludzie przecież są różni.
Proporcje też są po to, by widzieć od nich odstępstwa.
Oczywiście, to chyba naturalne.
Chodziło się tak, pamiętam, w dzieciństwie. No, ale Bereś to artysta...
Ale jak pan sobie przypomni te jego akcje, jego rzeźby, to do nich taki chłopsko-siermiężny styl, jakieś skóry, oplatanie się powrozem bardzo pasowało. To tworzyło jedną całość, było spójne.
Nie założyłem różowego tużurka i turkusowych spodni. A że szaro? Tak się dziś czuję, że najchętniej bym się gdzieś schował.
To prawda, normalnym.
No nie, nasze życie w nim zbudowało to wnętrze i różni się od domów sąsiadów, ludzi, których znamy.
Bałagan. Nagromadzenie wielu potrzeb, mnóstwo książek, ślady działań moich, żony, dzieci. To nie jest tak, że mamy gustowne, wymyślne wnętrze, ładny wazon, a wszystko pochowane w szufladach.
To jest dom żywy, ja się tam czuję u siebie. Tak jest ładnie.
Skoro się w tym bałaganie państwo dobrze czują, to jest ładnie.
To niech pan sobie teraz wyobrazi, że wszystko byłoby na jeden strychulec, takie idealne miasto zaprojektowane od A do Z.
A przecież takie utopie, takie przestrzenie powstawały, ale nie jestem pewien, czy to wychodzi nam na zdrowie.
Dla nas jak widać to, co mamy. Oczywiście się wkurzamy, irytujemy, jedzie pan drogą i nie znajdzie ani jednego budynku, który wzbudza zainteresowanie.
Ma pan perwersyjne przyjemności. A ja jeżdżę codziennie do miasta i te całe przedmieścia to tragedia.
Wczoraj tam byłem, przeżyłem, ale nie było łatwo.
Kompletne bezhołowie. To oczywiście nie jest ładne, ale może być intrygujące. Kiedyś codziennie przejeżdżałem koło sklepu z miotłami i szczotkami. To było tak niesamowite, że namalowałem swoje „Zjednoczone narzędzia”, myślę, że jeden z moich lepszych obrazów. Ta przestrzeń mi to dała.
(westchnięcie) Tak, ale nie jestem pewien, ile w tym jest zżycia, zasiedzenia. Ja się tu urodziłem i wychowałem. Moje pierwsze wspomnienie to porozbijane po wypadku tramwaje na pl. Narutowicza.
No brzydka, brzydka...
Najbrzydszy jest ten niebieski wieżowiec koło pl. Zawiszy. Zresztą cały plac jest nieszczególny, bo i hotel Sobieski też jest brzydki. Fatalne jest cała okolica Arkadii, wszystko tam jest zmasakrowane.
Tą koło Cmentarza Powązkowskiego, z wieżyczkami? Straszna.
(cisza)
Niedaleko pl. Powstańców Warszawy, budynek na miejscu dawnego pawilonu, naprzeciwko Wedla, gdzie jest Naczelny Sąd Administracyjny. To jest coś, co jest w mieście, ale się nie narzuca, jest elegancko wpasowane, bezpretensjonalne. Nowoczesne, ale pasuje do miasta. Drugi taki budynek to giełda przy Książęcej.
Jak widać, może też być bogato i brzydko. Bloki budowane za duże pieniądze również mogą być okropne.
Bo nie ma żadnej myśli, nikt nad tym nie panuje. To strasznie trudno opisać, bo nie chciałbym, by urzędy regulowały wszystko, w końcu miasto musi się jakoś rozwijać. Duża dowolność wpływa na różnorodność miasta i powinna być zachowana, ale jednocześnie niezbędna jest jakaś delikatna czujność.
Dopuszczamy to, że dzielnice, ulice się między sobą różnią, ale jakaś forma inteligentnej uwagi na to, co się dzieje w przestrzeni, jest zwrócona. Zgodzimy się, że taka całkowita wolna amerykanka nie jest możliwa, choć miasto ma się rozwijać.
Ale bezmyślnie.
Nie wiem, czy urzędnikom, ale architektom i urbanistom.
Jakaś forma kontroli przy zachowaniu wolności jest niezbędna. Powinien istnieć estetyczny osąd tego, co powstaje.
Coś strasznego.
Tu popełniono błąd i musimy się przyjrzeć dlaczego.
Może tak być. Okazało się, że na Trakcie Królewskim można właściwie zrobić wszystko oprócz postawienia pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej.
Nic o tym nie wiem, ale nie sądzę. W stolicy króluje Świątynia Opatrzności Bożej, której się nie da obronić.
Te same problemy co wszędzie – decydenci. Jeśli o. Tadeusz Rydzyk buduje to swoje zagłębie, z tym straszliwym pomnikiem ofiar rzezi wołyńskiej, to co to jest, jak nie grzech śmiertelny? To obraza boska. Tak się niszczy w ludziach poczucie piękna i to czymś podpiętym pod sferę sacrum. Tak się kojarzy diabła z Bogiem! (śmiech)
Jeszcze nie, widziałem zdjęcia...
No tak, to pasuje do całej reszty, do wsi, miast.
Bo tu miał kumulację, wszystko w jednym. Powinniśmy zwrócić uwagę na edukację. W Polsce nikt nigdy nikogo nie uczył tego, co ładne.
Właśnie, a to nie na tym polega. Tu ważniejsze byłoby, by z dziećmi dokądś pojechać, coś im pokazać, nauczyć ich obcowania ze sztuką, dobrą architekturą. Na tym powinno polegać całe wychowanie artystyczne, a nie na topornym rysowaniu.
To jest ważne, ale lepsze byłoby przejście na system włoski, gdzie jeden dzień jest poświęcony na tak zwane arte, czyli rysunki, zajęcia teatralne, muzykę, wyjście ze szkoły...
Tylko że nikt tym nie jest zainteresowany, a edukację estetyczną Polacy zdobywają w internecie.
Bo nie ma korzeni, nie ma w Polsce takiej tradycji.
Ale tej klasy mieszczańskiej w Polsce nie ma. Kiedy miała powstać, w PRL?
Tylko że się tworzy na niczym, bez podglebia. Tu nie ma żadnej tradycji, przeszłości, zwyczajów z domu rodzinnego. Ale znowu, kiedy miały powstać?
Na przykład. Dlatego teraz ten margines odbudowuje rynek. Zresztą są już projektanci mieszkań, którzy namawiają swoich klientów, mówiąc, że dobrze byłoby, by tu się pojawiło dzieło sztuki. I pan się może z tego śmiać...
Jakkolwiek by to było, to jest to jakaś forma posuwania tego do przodu. To trwa powoli, bo też ta klasa średnia jest bardzo wątła.
To prawda, była przecież ta wyśmiewana trochę tradycja nawiązywania do szlacheckich korzeni, te portrety przodków...
Ja też mam, kupiliśmy na Allegro.
No to pan jest lepszy.
Przecież kolekcjonerzy, ludzie, którzy kupują dla siebie dzieła sztuki, to zawsze będzie margines i tego pan nie zmieni.
Politycy nie mają w domu dzieł sztuki?
A współczesne?
No widzi pan, w takim razie to się zmienia. Poza tym pan ma obrazy i są tacy ludzie, nawet młodzi. Czasem zdarza mi się z nimi rozmawiać, mówią, że to ich interesuje i na razie kupują sobie inkografię, bo na to ich stać. Ale w przyszłości, może kiedyś...
W każdym razie jest w tym coś budującego.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu