Efekty lepszego od spodziewanego wyniku Alternatywy dla Niemiec będą odczuwalne przez całą czwartą kadencję Angeli Merkel.
Reklama
Dziennik Gazeta Prawna
Sytuacja nie ma precedensu: po prawej stronie wyrósł Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej (CDU) konkurent. Można się spodziewać, że w nadchodzącej kadencji chadecja będzie się przesuwała na prawo, aby nie tracić poparcia na rzecz AfD. Otwarcie mówi już o tym zresztą Horst Seehofer, przewodniczący siostrzanej, bawarskiej Unii Chrześcijańsko-Społecznej (CSU).
Presja z Bawarii
Chociaż takie deklaracje padały z ust Seehofera już wcześniej, to kanclerz dotychczas udawało się utrzymać w ryzach premiera Bawarii. Teraz będzie się musiała wsłuchać w jego głos – m.in. z tego względu, że we wrześniu przyszłego roku w Bawarii odbędą się wybory lokalne. Tymczasem CSU uzyskała w niedzielę ok. 38 proc. głosów, czyli 10 pkt proc. mniej niż w wyborach lokalnych w 2013 r. Taki wynik nie daje szans na samodzielne rządzenie, w związku z czym presja z Bawarii na odbudowanie poparcia w sondażach może być duża.
To może pociągnąć za sobą korektę w niemieckiej polityce migracyjnej. Chociaż jeszcze przed wyborami kanclerz Merkel zapewniała w wywiadzie dla „Welt am Sonntag”, że gdyby sytuacja z drugiej połowy 2015 r. powtórzyła się dzisiaj, to podjęłaby takie same decyzje, o tyle już po ogłoszeniu wyników obiecała, że będzie się wsłuchiwać w głos zawiedzionych polityką CDU wyborców. A dominująca interpretacja wyniku chrześcijańskich demokratów jest taka, że Niemcy wystawili Merkel rachunek za politykę otwartych drzwi.
Drzwi te co prawda nie są już szeroko otwarte – chociażby przez wzgląd na zamknięcie szlaku bałkańskiego oraz umowę migracyjną z Turcją – ale można się spodziewać, że Niemcy będą dążyli do dalszego przymknięcia. Trudno powiedzieć, na ile prawdopodobne jest, że pociągnie to za sobą zwiększone naciski w sprawie mechanizmu relokacyjnego, któremu sprzeciwia się Polska (w tym samym wywiadzie kanclerz przekonywała, że jest w stanie się z Polską dogadać, chociaż będzie wymagało to pracy). Niemcy nie wycofają się również z pomysłu wydłużenia maksymalnego czasu przywrócenia tymczasowych kontroli z obecnych dwóch do czterech lat.
Egzotyczna koalicja
Ta ciągnąca na prawo siła będzie dodatkowo utrudniała funkcjonowanie i tak już egzotycznej, chociaż najbardziej prawdopodobnej koalicji czarno-żółto-zielonej (tzw. Jamajki). Szczególny wpływ na politykę zagraniczną Niemiec mogą teraz mieć zwłaszcza liberałowie, którzy sprzeciwiają się takim pomysłom na przyszłość Unii, jak wspólny budżet dla krajów strefy euro czy wprowadzenie euroobligacji (czyli dzielenie długu pomiędzy wszystkie kraje posiadające wspólną walutę). Tak się składa, że orędownikiem takich zmian są Francuzi z Emmanuelem Macronem na czele. Nie na darmo prezydent żartował o swoich pomysłach, że jeśli do władzy w Niemczech dojdą liberałowie, to są „martwe”.
Nie będzie najpewniej rewolucji, jeśli idzie o stosunki z Rosją lub USA. Co prawda lider liberałów Christian Lindner zapowiedział przed wyborami uznanie sytuacji na Krymie za „trwałe prowizorium”. Spotkała go jednak za to w Niemczech krytyka.
Więcej na wojsko
Tarcia czekają nową koalicję także na tle polityki wewnętrznej. Kanclerz Merkel obiecała zwiększenie wydatków na obronność, jednak wzrost z obecnych 1,2 proc. PKB do 2 proc. oznaczałby realnie podwyżkę z 37 do 70 mld euro. Nie będzie to proste do zrealizowania bez cięć w innych obszarach (lub bardziej swobodnym podejściu do wydatków). Zwiększeniu wydatków na wojsko będą się sprzeciwiać zarówno Zieloni, jak i liberałowie – chociaż każde ugrupowanie z innego powodu.
Ci drudzy zapowiedzieli ponadto, że nie podoba im się perspektywa dalszej, wieloletniej obecności Bundeswehry w Afganistanie. Do tego koalicję czeka debata na temat sposobu finansowania szkolnictwa wyższego, włącznie z pytaniem o możliwość utrzymania darmowej nauki na uczelniach.