W końcu lawina ruszyła. Coraz więcej mamy ważnych i krytycznych książek o kapitalizmie. I nie są to tylko tłumaczenia. Piszą też rodzimi autorzy.
O książce Kacpra Pobłockiego mówiło się od pewnego czasu. Autor ma renomę badacza patrzącego na kapitalizm ze szczególnej perspektywy. Formalnie to antropolog, ale życie naukowe ułożyło mu się tak, że w pewnym momencie trafił do Nowego Jorku pod skrzydła słynnego geografa Davida Harveya. O Harveyu uważny czytelnik tej kolumny mógł już pewnie słyszeć, bo jego książki zostały całkiem niedawno przetłumaczone na polski. Dość powiedzieć, że to ten ze współczesnych autorów, którzy wywarli największy wpływ na ideologię ruchów miejskich. Twierdząc, że to właśnie tam rozgrywa się dziś najważniejsza batalia o przyszłość świata. Po powrocie do Polski Pobłocki też się więc siłą rzeczy w ruchy miejskie zaangażował. Był współautorem bardzo udanego „Antybezradnika. Prawa do miasta w działaniu” (napisał go wspólnie z Lechem Merglerem i Maciejem Wudarskim), który był rodzajem podręcznika dla działaczy miejskich w przededniu poprzednich wyborów samorządowych. Pobłocki w politykę nie poszedł. Wrócił do pisania.
Jego „Kapitalizm...” można porównać do wielkiego tortu. Jest imponujący i wygląda smakowicie. Nie doradzam jednak nikomu próby pożarcia go w całości. Tym tortem trzeba się delektować kawałek po kawałku, odkrywając przy okazji wiele nieoczywistych smaków. Odsapnąć, a potem nałożyć sobie jeszcze trochę. Pójść na spacer i znowu trochę. Inaczej czytanie Pobłockiego straci sens i magię. Może nawet zacząć irytować.