Wybrany w marcu premier Mark Rutte wciąż nie może stworzyć koalicji, która miałaby większość w parlamencie.
Ulga, z jaką w wielu miejscach w Europie przyjęto fakt, że prawicowo-populistyczna Partia na rzecz Wolności (PVV) Geerta Wildersa nie wygrała marcowych wyborów parlamentarnych w Holandii, może się okazać przedwczesna. Jutro mijają trzy miesiące od głosowania, nowego rządu wciąż nie ma, a szanse, że powstanie on bez przynajmniej nieformalnego wsparcia PVV, maleją.
To, że rozmowy koalicyjne trwają długo, nie jest w Holandii niczym nadzwyczajnym – w 2012 r. dojście do porozumienia zajęło 54 dni, a rekord ustanowiony został w 1977 r., gdy rząd powstał dopiero po 208 dniach od wyborów. Ale teraz negocjacje są wyjątkowo skomplikowane, bo nowy parlament jest najbardziej rozdrobniony w historii – Partia Ludowa na rzecz Wolności i Demokracji (VVD), która wygrała, ma zaledwie 33 mandaty w 150-osobowej izbie, a ogółem dostało się do niej aż 13 ugrupowań. W efekcie do stworzenia rządu potrzeba co najmniej czterech partii (dotychczasową koalicję tworzyły dwie), bo nawet gdyby pierwsze trzy chciały ze sobą współpracować, to i tak nie mają bezwzględnej większości. Pole manewru dodatkowo ogranicza to, iż Mark Rutte, lider VVD i dotychczasowy premier, kategorycznie wykluczał wchodzenie w jakiekolwiek układy z PVV, która zajęła drugie miejsce i ma 20 mandatów.
Reklama
Konserwatywno-liberalna VVD próbuje stworzyć rząd z chadeckim Apelem Chrześcijańsko-Demokratycznym (CDA), liberalną D66 oraz z partią, która zanotowała największy przyrost mandatów – Zieloną Lewicą (GL). Taka koalicja miałaby bezpieczną większość 85 mandatów, ale w poniedziałek wieczorem rozmowy między zainteresowanymi ponownie się załamały. – Rozmawiamy, ale wynik jest negatywny – oświadczył prowadzący negocjacje emerytowany polityk Partii Pracy Herman Tjeenk Willink. Rozbiły się one o kwestię polityki migracyjnej. Zielona Lewica nie zgadza się na zawieranie z krajami Afryki Północnej umów analogicznych do tej między Unią Europejską a Turcją, która pozwala na odsyłanie imigrantów, i generalnie chciałaby zliberalizowania polityki migracyjnej. Pozostałe partie – zwłaszcza VVD i CDA – dążą do jej zaostrzenia. Z tego samego powodu nie powiodła się poprzednia próba.

Reklama
Zadowolenia z załamania się rozmów nie ukrywał Geert Wilders. – Najwyższy czas na negocjacje z PVV! Jedynie z nami Holandia może zaostrzyć politykę migracyjną – napisał w mediach społecznościowych. Wilders już wcześniej ubolewał, że Rutte jest gotowy rozmawiać z każdym – nawet z partiami tak odległymi światopoglądowo jak GL – byle nie z nim, choć mógłby liczyć na pełne wsparcie PVV w kwestii imigracji.
Niewykluczone jednak, że Rutte będzie musiał przełamać swój opór, bo liczba potencjalnych opcji się kurczy. Zieloną Lewicę mogłaby zastąpić mająca również 14 mandatów Partia Socjalistyczna (SP), ale jej lider Emile Roemer odmawia współpracy ze zbyt odległą w kwestiach gospodarczych VVD. Z kolei D66 nie zgadza się na włączenie do koalicji niewielkiej Unii Chrześcijańskiej (CU), która jest dla niej zbyt konserwatywna światopoglądowo. Natomiast centrolewicowa Partia Pracy (PvdA), która była koalicyjnym partnerem VVD, właśnie z powodu tego sojuszu poniosła ciężkie straty w wyborach, więc nie chce powtarzać tego błędu.
W tej sytuacji najbardziej prawdopodobnym scenariuszem staje się rząd mniejszościowy VVD, CDA i D66. Ale w dalszym ciągu Rutte musi zawrzeć porozumienie z którąś z pozostałych partii, by móc przegłosować wotum zaufania, budżet czy najważniejsze ustawy – lub za każdym razem negocjować z kimś, kogo poglądy są najbliższe rządowym. Jednym z potencjalnych kandydatów do takiego wsparcia jest znowu PVV, choć Rutte pozostaje sceptyczny. Pamięta bowiem, że już raz – w 2010 r. – poszedł na taki układ z Wildersem i nie skończyło się to dobrze, bo w 2012 r. populiści nie poparli rządowego pakietu oszczędnościowego, co zakończyło się upadkiem rządu i przedterminowymi wyborami. Teraz nie chce być znowu zakładnikiem Wildersa, ale nieformalne poparcie ze strony GL jest równie niepewne.
W Holandii nie ma żadnego wyznaczonego terminu po wyborach, w którym partie muszą sformować rząd, ale przeciąganie obecnej sytuacji nikomu nie jest na rękę. Jeśli gabinet nie powstanie do września, budżet na przyszły rok będzie musiała przygotować dotychczasowa koalicja VVD i Partii Pracy. Nie mówiąc już o tym, że przedłużanie się politycznej niestabilności jest na rękę Wildersowi, który chce być postrzegany jako jedyna alternatywa dla dotychczasowego establishmentu politycznego.