Erdogan traci na awanturze dyplomatycznej

Prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan
Prezydent Turcji Recep Tayyip ErdoganShutterStock
28 marca 2017

Sondaże wskazują na lekką przewagę przeciwników wzmocnienia uprawnień prezydenta.

Jeśli celem dyplomatycznych konfliktów prezydenta Turcji Recepa Tayyipa Erdogana z rządami Niemiec, Holandii i Austrii było zmobilizowanie rodaków do poparcia zmian w konstytucji, to plan najwyraźniej się nie udaje. Na niecałe trzy tygodnie przed referendum w tej sprawie przeciwnicy wzmocnienia uprawnień głowy państwa zyskują nieznaczną przewagę.

Referendum odbędzie się w niedzielę 16 kwietnia, ale już wczoraj rozpoczęło się głosowanie wśród tureckiej diaspory w Niemczech, Austrii, Belgii, we Francji, w Szwajcarii i Danii, a w kolejnych dniach dołączą do tego obywatele Turcji mieszkający w innych państwach. Ogółem do udziału w plebiscycie uprawnionych jest ok. 3 mln Turków mieszkających za granicą.

Właśnie prowadzenie wśród nich kampanii – co jest zresztą sprzeczne z tureckim prawem – zachęcającej do poparcia zmian w konstytucji stało się w połowie marca przyczyną ostrych sporów dyplomatycznych między Ankarą a Berlinem, Hagą i Wiedniem. Władze Niemiec, Holandii, Austrii, a także Danii i Szwajcarii zakazały przedstawicielom tureckiego rządu agitowania na terytorium ich krajów. Szczególnie ostrą formę przybrały spory z dwoma pierwszymi państwami, bo Erdogan oskarżył niemiecką kanclerz Angelę Merkel o stosowanie „nazistowskich praktyk”, Holendrów nazwał spadkobiercami nazistów, całej Europie zaś zarzucił, iż prowadzi krucjatę przeciw islamowi i wraca do klimatu sprzed II wojny światowej. W odpowiedzi europejscy przywódcy wyrazili wątpliwość co do sensu kontynuowania rozmów z Turcją na temat jej wejścia do Unii Europejskiej – co i tak jest bardzo wątpliwe.

Jedną z głównych hipotez w sprawie motywacji, którymi się kierował Erdogan, eskalując spór dyplomatyczny, jest to, że chciał w ten sposób umocnić wśród rodaków swój wizerunek jako silnego przywódcy, co mogłoby się przełożyć na poparcie w referendum. Ale nie do końca się to udało. Z jednej strony nawet szef opozycyjnej Republikańskiej Partii Ludowej (CHP), która jest przeciwna poprawkom konstytucyjnym, w sporze z Holandią poparł rząd, ale z drugiej – wcale nie przekłada się to na poparcie dla reformy. A wręcz przeciwnie.

Jako że tureckie władze coraz mocniej ograniczają swobodę działania mediów, wiarygodność badań opinii publicznej jest trochę wątpliwa i trudno przewidzieć, czy sondaże będą miały jakiekolwiek odzwierciedlenie w faktycznych wynikach, szczególnie że wciąż jest duży odsetek niezdecydowanych, ale pewien trend jest widoczny. O ile w sondażach robionych w grudniu, po tym jak propozycje poprawek skierowano do parlamentu, czy w styczniu, gdy zostały one przyjęte przez deputowanych, liczba ich zwolenników i przeciwników rozkładała się mniej więcej po równo, o tyle w tych przeprowadzonych w ciągu ostatnich dwóch tygodni – czyli po sporach z zachodnią Europą – częściej wygrywają ci drudzy. Przewaga nie jest duża, bo zwykle nie przekracza 3–5 pkt proc. i o niczym to jeszcze nie przesądza, niemniej dla tureckiego prezydenta i rządzącej Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) powinien to być powód do zaniepokojenia.

W kwietniowym referendum pod głosowanie poddany zostanie pakiet 18 poprawek do konstytucji, w efekcie których w Turcji zostałby wprowadzony system prezydencki. Obecnie formalnie władzę sprawuje premier, a uprawnienia prezydenta są głównie reprezentacyjne, ale wskutek dominującej osobowości Erdogana, który w latach 2003–2014 sam był premierem, to on faktycznie o wszystkim decyduje, a szef rządu Binali Yildirim znajduje się głęboko w cieniu. Jeśli reforma zostanie zaaprobowana, nie będzie stanowiska premiera, ministrowie zaś będą podlegali bezpośrednio prezydentowi mającemu wyłączne prawo do ich powoływania i odwoływania. Nie będą też musieli odpowiadać na interpelacje członków parlamentu. Inne ważne nowości to wydłużenie kadencji parlamentu do pięciu lat i zsynchronizowanie jej z prezydencką oraz zwiększenie liczby posłów z 550 do 600, zniesienie obowiązku zawieszenia członkostwa w partii przez prezydenta, przyznanie mu prawa wprowadzania stanu wyjątkowego i utrudnienie wymogów formalnych do rozpoczęcia parlamentarnego śledztwa w sprawie ewentualnych przestępstw popełnionych przez prezydenta. Zdaniem zwolenników zmian skończą one z istniejącym nakładaniem się kompetencji, a Turcji potrzebny jest przywódca mający realne uprawnienia. Przeciwnicy uważają z kolei, iż głowa państwa będzie mieć zbyt dużą władzę i jest to kolejny krok świadczący o tym, że Turcja odchodzi od demokracji w kierunku autorytaryzmu.

Tym, co do tej pory trochę powstrzymywało władze w Ankarze, były prowadzone od 2005 r. negocjacje akcesyjne z UE. Być może już niedługo argument w postaci oddalania się od członkostwa też przestanie być aktualny. W miniony weekend Erdogan zapowiedział, że po referendum konstytucyjnym władze w Ankarze zastanowią się nad swoimi relacjami z Unią i być może zorganizowany zostanie jeszcze jeden plebiscyt – czy kontynuować rozmowy o członkostwie, czy je zerwać. 

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.