Pandemia zmusiła biznes do zmierzenia się z rzeczywistością, w której pracownicy nie pojawiają się w siedzibie firmy
Kiedy na skutek pandemii firmy zaczęły lawinowo wysyłać pracowników na pracę zdalną, w sieci pojawił się mem podsumowujący naturę zjawiska. „Kto lub co jest motorem technologicznej przemiany w twojej firmie”, brzmiało pytanie udające ankietę ewaluacyjną wśród pracowników. Odpowiedź „a” brzmiała: „prezes”. Odpowiedź „b” głosiła „dyrektor ds. technologii”. Możliwość „c” stwierdzała po prostu: „COVID-19”.
Praca zdalna nie jest fenomenem, który wymyślono w odpowiedzi na pojawienie się koronawirusa SARS-CoV-2. Biznes z tą formą eksperymentuje od lat, ale pandemia zmieniła reguły gry: praca z domu przestała być opcją, a stała się koniecznością. Tyle że nie objęło to całego rynku w jednakowym stopniu.
– Znam firmy, w których pracownicy otrzymali oficjalny komunikat: wy do biura już nie wrócicie – mówi Przemysław Ruchlicki z Krajowej Izby Gospodarczej.
Praca z domu nie stała się jednak tak powszechna, jak mogłoby się wydawać. Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego, na koniec marca br. – w samym szczycie lockdownu – zdalnie pracowało 11 proc. zatrudnionych. Odsetek ten był większy w sektorze publicznym niż prywatnym – o ile w tym pierwszym do domu został wysłany co szósty pracownik, o tyle w tym drugim – co dwunasty.
Skąd różnica? Większość prac w gospodarce nie nadaje się do „uzdalnienia”. W przemyśle, rolnictwie, budownictwie, logistyce, handlu i innych szeroko rozumianych usługach wiele stanowisk wymaga fizycznej obecności w zakładzie pracy.