Kiedy na skutek pandemii firmy zaczęły lawinowo wysyłać pracowników na pracę zdalną, w sieci pojawił się mem podsumowujący naturę zjawiska. „Kto lub co jest motorem technologicznej przemiany w twojej firmie”, brzmiało pytanie udające ankietę ewaluacyjną wśród pracowników. Odpowiedź „a” brzmiała: „prezes”. Odpowiedź „b” głosiła „dyrektor ds. technologii”. Możliwość „c” stwierdzała po prostu: „COVID-19”.

Praca zdalna nie jest fenomenem, który wymyślono w odpowiedzi na pojawienie się koronawirusa SARS-CoV-2. Biznes z tą formą eksperymentuje od lat, ale pandemia zmieniła reguły gry: praca z domu przestała być opcją, a stała się koniecznością. Tyle że nie objęło to całego rynku w jednakowym stopniu.

– Znam firmy, w których pracownicy otrzymali oficjalny komunikat: wy do biura już nie wrócicie – mówi Przemysław Ruchlicki z Krajowej Izby Gospodarczej.

Praca z domu nie stała się jednak tak powszechna, jak mogłoby się wydawać. Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego, na koniec marca br. – w samym szczycie lockdownu – zdalnie pracowało 11 proc. zatrudnionych. Odsetek ten był większy w sektorze publicznym niż prywatnym – o ile w tym pierwszym do domu został wysłany co szósty pracownik, o tyle w tym drugim – co dwunasty.

NPBP2020

Skąd różnica? Większość prac w gospodarce nie nadaje się do „uzdalnienia”. W przemyśle, rolnictwie, budownictwie, logistyce, handlu i innych szeroko rozumianych usługach wiele stanowisk wymaga fizycznej obecności w zakładzie pracy.

‒ Szacuje się, że w naszym kraju do pracy zdalnej kwalifikuje się jedna piąta pracowników – wyjaśnia Andrzej Kubisiak, zastępca dyrektora ds. badań i analiz Polskiego Instytutu Ekonomicznego (PIE).

Nie wszystko da się uzdalnić

Beneficjentami pandemii stali się specjaliści: menedżerowie, analitycy, programiści – czy szerzej – specjaliści od IT. ‒ Informatycy, którzy praktycznie z dnia na dzień musieli przeprowadzić całą operację przejścia na zdalną pracę, zadbać o bezpieczeństwo danych, wdrożyć nowe rozwiązania do komunikacji czy inne rodzaje oprogramowania, zaczęli być docenianą grupą zawodową – tłumaczy Marek Wróbel, partner zarządzający w firmie konsultingowo-szkoleniowej Optiveum.

Na pracę zdalną część zespołu wysłała firma Rohlig Suus Logistics. Według jej prezesa Tadeusza Chmielewskiego nagle okazało się, że jest cała rzesza ludzi, którzy równie efektywnie pracują z domu i mogą być zainteresowani, żeby kontynuować ten tryb pracy w przyszłości.

‒ W tym kontekście będzie można nawet mówić o pewnych oszczędnościach w dłuższej perspektywie. Technologia wirtualnych spotkań na dobre zagościła w naszej organizacji. To są realne oszczędności czasu i pieniędzy – przyznaje menedżer.

Praca zdalna nie przyjęła się jednak we wszystkich branżach, które na pierwszy rzut oka nadawałyby się do „uzdalnienia”. Przykładem mogą być szkolenia. Prowadzenie kursów na odległość wydaje się proste, ale wiele firm na to się nie zdecydowało. Przyczyną okazały się ograniczenia sprzętowe – zarówno po stronie szkoleniowców, jak i ich klientów. ‒ Wiele dużych firm złożyło zapotrzebowanie na sprzęt w jednym czasie. Akurat wówczas, gdy dostawy z Chin były już wstrzymane – wyjaśnia Wróbel. Efekt był taki, że wielu pracodawców ‒ nawet jeśli miało pieniądze ‒ to nie mogło wdrożyć zmian niezbędnych do wprowadzenia pracy zdalnej.

Jedną z najpoważniejszych jest bariera mentalna. – Wielu pracodawców wciąż uważa, że jak nie widzi swojego człowieka, to ten nie pracuje, tylko pewnie robi zakupy na mieście – mówi nam jeden z ekspertów.

– Pokutuje wciąż mentalność folwarczna: po prostu musi być ekonom, który chłopa będzie smagał kańczugą – tłumaczy bardziej dosadnie drugi.

Dochodzi jeszcze bariera technologiczna. Nowoczesne oprogramowanie pozwala przestawić funkcjonowanie firmy na wirtualne tory – chodzi przede wszystkim o obieg dokumentów, lecz wiele podmiotów zatrzymało się w pół drogi.

– Pod wpływem pandemii niektóre firmy przeprowadziły informatyzację w bardzo doraźny sposób, ograniczając się często do darmowego oprogramowania – mówi Ruchlicki. Dodaje, że nawet tam, gdzie poczyniono poważne zakupy, wszechstronne pakiety czasami wykorzystywane są wyłącznie do telekonferencji, ale już nie do zdalnej koordynacji pracy zespołów.

Z pracą zdalną jest jeszcze inny problem – została ona uregulowana prawnie dopiero w tym roku za pomocą tarczy antykryzysowej. Z zapowiedzi rządowych wynika, że miałaby trafić na stałe do kodeksu pracy, w którym z kolei od dawna jest już telepraca. Podstawowa różnica między jedną a drugą formą jest taka, że praca zdalna nie zakłada całkowitego przeniesienia się pracownika do domu; pracodawca nie musi też pytać w jej przypadku podwładnego o zgodę.

Są i minusy

Upowszechnienie się pracy zdalnej powoduje również pewne negatywne zjawiska. Jak zauważa dr Piotr Maszczyk ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, prowadzi to przede wszystkim do pogłębienia segmentacji rynku pracy. ‒ Część pracowników zyskała możliwość lepszego zbilansowania życia zawodowego i prywatnego. Dla pozostałych nic się nie zmieniło. Nikt im nigdy nie zaoferował możliwości pracy zdalnej, ponieważ ich stanowiska wymagają fizycznej obecności – tłumaczy ekonomista.

Andrzej Kubisiak dodaje, że praca zdalna może przyczyniać się również do pogłębienia nierówności społecznych. – Na zdalną pracę z reguły nie mogą sobie pozwolić osoby pracujące w nisko opłacanych zawodach. Zatem to ich najczęściej dotyka redukcja zatrudnienia – wyjaśnia ekspert PIE.

Kubisiak dodaje, że praca zdalna rodzi również problemy ze zmęczeniem i wypaleniem zawodowym. Zdalnie często pracujemy dłużej i mamy więcej obowiązków do wykonania. ‒ Dało się to zauważyć zwłaszcza w kontekście wirtualnych spotkań. Z badań wynika, że choć były krótsze niż te w tradycyjnej formie, to było ich znacznie więcej. Do tego, jak się okazuje, są bardziej wyczerpujące i stresujące – dodaje ekonomista.

Piotr Maszczyk zwraca również uwagę na przesunięcia w obrębie samego rynku pracy, np. w handlu, gdzie nacisk ze sprzedaży stacjonarnej przeniósł się pod wpływem pandemii na logistykę, co ma związek z zakupami przez internet. ‒ Globalny popyt na pracę zmniejszył się tylko nieznacznie, ale za to zmienił się charakter pracy, na którą jest zapotrzebowanie. Ta nowa praca jest znacznie bardziej sprekaryzowana (mniej pewna, oferowana na gorszych warunkach – red.) niż ta stara, ze wszystkimi tego konsekwencjami społecznymi – mówi ekonomista. ©℗

opinia

Kula śniegowa, której nie będzie można już zatrzymać

Praca zdalna upowszechnia się od paru dobrych lat, ale proces ten uległ znacznemu przyspieszeniu na skutek pandemii. Jesteśmy świadkami narastania kuli śniegowej, której nie sposób już zatrzymać, bo napędzają ją korzyści: dla pracodawców, pracowników i środowiska czyli tak naprawdę dla nas wszystkich.

Praca zdalna niesie korzyści dla pracodawców, bo pozwala na ograniczenie kosztów, przede wszystkim związanych z powierzchnią biurową. W przypadku rezygnacji tylko z jednej piątej dotychczasowej powierzchni biurowej oszczędności są tak duże, że nikt nie będzie dyskutował z tym argumentem.

Na pracy zdalnej zyskują również pracownicy. Chodzi o oszczędność czasu, przede wszystkim związanego z dojazdami. Ale nie tylko – tam, gdzie pozwala na to typ wykonywanego zawodu, praca zdalna redefiniuje kompletnie pojęcie „czasu pracy”; 40-godzinny tydzień odchodzi do lamusa. Oczywiście podczas lockdownu część osób skarżyła się na komfort pracy zdalnej w związku z tym, że w domu zostały dzieci. Ale jeśli dzieci wrócą do szkoły, dla większości ta sytuacja z pewnością wychodzi na plus.

Korzyści odnosi również środowisko. Jeśli udałoby się ograniczyć nawet o niewielki procent liczbę samochodów, jakie codziennie wjeżdżają do Warszawy, to już stanowiłoby znaczący, środowiskowy zysk. Wiele miast na świecie – w tym Londyn eksperymentuje z administracyjnymi sposobami na redukcję liczby aut w centrum, zmniejszając m.in. dostępne miejsca parkingowe. Pandemia po prostu przyspieszyła ten proces u nas. ©℗

npbp2020