Nie uważam się za osobę wyjątkowo odważną. Choć rzeczywiście mówienie o trudnej historii nie jest u nas powszechne.
Wokół zbrodni polskiego podziemia wciąż panuje głębokie tabu. Ktoś, kto próbuje o tym mówić, najczęściej jest uciszany. W ogóle mówienie o przeszłości z perspektywy innej niż ta narodowa, większościowa spotyka się z oporem nawet (a może zwłaszcza) tam, gdzie dość powszechnie żyją mniejszości. Na przykład na Podlasiu, skąd pochodzę i dokąd kilka lat temu wróciłam. Owszem, akceptowany jest folklor mniejszości i ten cały koloryt sprowadzany do roli atrakcji turystycznej. Ale gdy ktoś próbuje poruszać zamiecione pod dywan sprawy, które wciąż kształtują dzisiejsze relacje mniejszość–większość, rozlega się krzyk, że lepiej nie rozdrapywać starych ran. Tylko że te rany są przez cały czas rozdrapywane, i to wcale nie przez nas. Przecież mamy Narodowy Dzień Żołnierzy Wyklętych, przez wiele miast idą sławiące ich marsze, są im stawiane pomniki, a ulice i ronda nazywane są ich imionami nawet tam, gdzie do dziś żyją ich ofiary.
Publikacje instytucji państwowych nazywają ofiary podziemia zdrajcami, choć nikt im tego nie udowodnił, a np. śledztwo w sprawie „Burego” wręcz temu przeczy. Gdy jednak ktoś z mniejszości próbuje zaprotestować, słyszy: „nie rozdrapuj starych ran”. Zresztą otwarta komunikacja w ogóle nie jest naszą mocną stroną.
Tak. I nie jest to specyfika małych miejscowości na Podlasiu. W wielkomiejskim świecie tylko pozornie jest lepiej. Pamiętam sytuację ze szkoły mojej córki sprzed kilku lat, gdy jeszcze mieszkałam w Warszawie. W Środę Popielcową dzieci zamiast na lekcje zostały zaprowadzone na mszę, bo przyszedł ksiądz i poprosił o to panią dyrektor. Rodzice po cichu szeptali, że im się to nie podoba, ale głośno nikt niczego nie powiedział. Gdy zapytałam na swoim profilu społecznościowym, czy to powszechna praktyka, inni rodzice dziwili się, że tak otwarcie o tym mówię. Na zebraniach zresztą też wypowiedzenie swojego zdania – innego niż to reprezentowane przez szkolną władzę – było traktowane jak akt odwagi. I to działo się w wielkomiejskim środowisku.
Na pograniczu jest jeszcze trudniej. Tu wciąż utrzymuje się rodzaj napięcia. Często jest ono twórcze; nie przez przypadek z pogranicznych terenów wywodzi się wielu artystów. Ale bywa, że w czasie niepokoju może się ono przerodzić w przemoc. Znamy to z historii, nie tylko polskiej i dotyczącej nie tylko mniejszości białoruskiej. Na pograniczu wiele tematów się też przemilcza. Jednym z nich są właśnie relacje grupy większościowej, dominującej z mniejszościami.
Jest ona częścią oficjalnej, mocno promowanej w ostatnich latach przez instytucje państwowe narracji narodowej. Jednocześnie jednak ma wielu przeciwników w polskim społeczeństwie i bardzo je dzieli. Od kiedy ukazała się moja książka, oprócz odzewu ze środowiska prawosławno-białoruskiego dociera do mnie wiele głosów z zachodniej części województwa podlaskiego, czyli z terenów etnicznie jednolitych, polskich i katolickich, oraz z innych regionów. Ludzie piszą albo mówią na spotkaniach, że choć tamtejsze relacje narodowo-wyznaniowe są inne niż na pograniczu polsko-białoruskim, oni sami mają podobne historie: ci, którzy dziś uchodzą za bohaterów, zastrzelili im dziadka albo pobili babcię tak, że po kilku miesiącach umarła. Również tam w wielu rodzinach nie najlepiej się wspomina czas powojenny i chodzące po domach uzbrojone grupy.
Podobne opowieści słyszałam podczas zbierania materiałów także od katolickich mieszkańców Podlasia. Niezręcznie jest takie rzeczy porównywać, jeśli weźmiemy pod uwagę ówczesne okoliczności, ale sytuacja ludności prawosławnej była bardziej dramatyczna.
Złożyło się na to wiele czynników, o których mówią historycy: dopiero co zakończona wojna z całą jej destrukcją i demoralizacją, zniszczenie więzi społecznych, brak struktur państwowych itp. No i przede wszystkim pogranicze z całym swoim napięciem. Struktury podziemne, które przecież nie były monolitem i w wielu kwestiach się bardzo różniły, w większości, zwłaszcza na lokalnym poziomie, marzyły o „wielkiej Polsce narodowej i katolickiej”, bez mniejszości. Wystarczy zajrzeć do wprost o tym mówiących ulotek, które były rozrzucane także w prawosławnych wsiach.
Z drugiej strony była ustanawiająca się władza komunistyczna, która – choć początkowo deklarowała przychylne nastawienie do mniejszości – chciała się ich z kraju pozbyć, a przynajmniej żądała, by swoją narodową tożsamość głęboko ukryły.
A czy mogli zrobić coś innego? Poparcie polskiego podziemia z jego dążeniem do stworzenia narodowej Polski nie wchodziło przecież w grę. Do tego odwoływało się ono do przedwojennych porządków, za którymi Białorusini przecież nie tęsknili. Nie było wyboru. Obietnice nowej władzy trafiały w sedno większości białoruskich bolączek, poczynając od reformy rolnej. Początkowo na zebraniach we wsiach i w miasteczkach deklarowano równe prawa dla wszystkich narodowości i wyznań, zaczęło dynamicznie powstawać białoruskie szkolnictwo. Ale już we wrześniu 1944 r., niewiele ponad miesiąc po przejściu frontu przez te tereny, PKWN podpisał umowę o „wymianie ludności” z Białoruską SRR (i analogicznie z republikami ukraińską i litewską). Urzędnicy zaczęli mówić o tworzeniu państwa jednonarodowego, w którym nie będzie mniejszości, dzięki czemu znikną konflikty. Białoruskie szkoły pospiesznie likwidowano. Do wsi ruszyli sowieccy agitatorzy, by namawiać prawosławnych (przy „wymianie ludności” zastosowano kryterium wyznaniowe, utożsamiając prawosławie z białoruskością, a katolicyzm z polskością) do wyjazdu za wschodnią granicę i kusić opowieściami o tamtejszym „raju”. W zdecydowanej większości Białorusini nie chcieli jednak porzucać swoich domów i bali się, że zostaną przesiedleni siłą. By nie dawać do tego pretekstu, wielu wypełniało nakładane na nich państwowe obowiązki, np. zdawało kontyngenty. Mimo niewielkiego zainteresowania wyjazdami władza jednak nie zdecydowała się na przymus. „Wymiana ludności” ruszyła masowo, dopiero gdy od wiosny 1945 r. zaczęły do niej „zachęcać” tutejsze podziemne oddziały. Nocami nachodziły prawosławne wsie i je rabowały, wybijały okna w domach i biły mieszkańców. W niektórych wsiach zabijano dwie, trzy osoby. Wtedy cała okolica w przerażeniu zgłaszała się do punktów repatriacyjnych i pakowała się do wyjazdu. Tak działo się głównie na terenach polsko-białoruskiego styku, gdzie prawosławni byli w mniejszości. Tam, gdzie mieszkały pojedyncze prawosławne rodziny, słyszały od „życzliwych sąsiadów”, że jeśli chcą pozostać, to muszą przejść na katolicyzm. I tak się często działo. Trudno dziś o tym usłyszeć, bo te konwersje otacza silne tabu.
Na przełomie stycznia i lutego 1946 r. oddział „Burego” urządził swój krwawy rajd…
Mieszkańcy powiatu bielskiego w panice zgłaszali się do punktów repatriacyjnych. Czuli się bezbronni, wiedzieli, że nie wstawi się za nimi także władza, choć starali się być wobec niej lojalni. Trzy tygodnie po rajdzie „Burego” wojewoda białostocki na spotkaniu z wójtami i sołtysami powiatu bielskiego, którzy jeszcze nie otrząsnęli się ze strachu przed oddziałami „Burego”, zapowiedział im, że jeśli chcą wychowywać dzieci w białoruskiej kulturze, to niech wyjeżdżają do ZSRR. Bo tu tworzy się „polskie państwo narodowe”.
Jak widać, paradoksalnie te interesy jakoś się spotkały. Przemoc rozlała się na społeczeństwo, był na nią rodzaj przyzwolenia. Już nie tylko leśne oddziały szły rabować. Od chłopów z katolickich wsi pogranicza, spod Choroszczy czy Siemiatycz, do dziś można w zaufaniu usłyszeć, jak zwykli mieszkańcy, nie żadni tam partyzanci, ale ojcowie rodzin, którzy za dnia normalnie orali pole, zbierali się wieczorami, żeby „jechać po wieprzaki na białoruskie wioski”. Mienie białoruskie w ich mniemaniu stawało się pobiałoruskie (analogicznie do pożydowskiego), zanim Białorusini wyjechali, a nawet wtedy, gdy wcale nie zamierzali wyjeżdżać. Można było przyjść nocą i po prostu je sobie wziąć.
Nie chcę uogólniać, nie prowadziłam systematycznych badań, ale z dokumentów, które czytałam, zajmując się cywilnymi ofiarami z powiatów sokólskiego, białostockiego i bielskiego, wynika, że tych zbrodni nawet nie próbowano wyjaśniać. Gdy aresztowano działacza podziemia, w śledztwie wciąż dopytywano go o zabitych milicjantów, urzędników i funkcjonariuszy władzy i badano okoliczności tamtych zabójstw. Nazwisk ludzi zastrzelonych w Łosośnie nikt podczas tych przesłuchań nawet nie wymieniał. Także po 1989 r. nikt nie próbował wyjaśniać tych zdarzeń. Jedynie zbrodnia oddziałów „Burego” doczekała się śledztwa IPN, które zakończyło się wnioskiem, że „zabójstwa furmanów i pacyfikacje wsi w styczniu lutym 1946 r. nie można utożsamiać z walką o niepodległy byt państwa, gdyż nosi znamiona ludobójstwa”.
Ten czas obrósł wieloma mitami powtarzanymi jak pewnik, jednak niezgodnymi z faktami. Co do tworzenia list do deportacji, to historycy nie mają wątpliwości, że kategorie wywożonych i listy były tworzone przed 17 września 1939 r. – i nie na poziomie sielsowietu, który był fasadą władzy i o niczym nie decydował. To, ile osób z jego terenu wywieziono, zależało od tego, czy mieszkali tu leśniczy i gajowi, czy byli tu osadnicy wojskowi itp., a nie od łaskawości sielsowietu. W tych wsiach koło mego dziadka akurat tacy nie mieszkali, więc z ich sielsowietu deportowano jedynie dwie albo trzy rodziny, a obok, z sielsowietu kuźnickiego, kilkanaście, bo tam te wszystkie wymienione grupy mieszkały.
Nieprawdziwy jest też mit, że tylko prawosławni należeli do sielsowietów. Gdy w swojej okolicy dociekałam nazwisk pozostałych członków, słyszałam „tam byli tylko ci zabici, sami prawosławni”. Spośród zastrzelonej w Łosośnie czwórki do sielsowietu należały dwie osoby, ale powszechnie mówi się, że wszystkie i że to zamyka sprawę sowieckiej okupacji. Jednak dokumenty, które znalazłam w białoruskich archiwach, pokazały coś innego. Do sielsowietu kuźnickiego należał np. ojciec autora wspomnianych zapisków z IPN: Polak, katolik walczący w 1920 r. z bolszewikami i uznawany za lokalnego bohatera. Byli tam też inni katolicy. Gdy zapytałam autora zapisków, czy jego ojciec komunizował, co zarzucał na podstawie tej przynależności mojemu dziadkowi, usłyszałam, że skądże, że pewnie został wciągnięty siłą, by jako porządny Polak legitymizować pozostałą „hołotę”. Oczywiście na to nie ma dowodów, tak jak na komunizowanie przez mojego dziadka.
Bo byliśmy. O tutejszej ludności prawosławno-białoruskiej do dziś na Podlasiu mówi się, że to „ruscy”. Tyle że nie ma to nic wspólnego z Rosją. Chodzi o Ruś i historię wschodnich terenów. Choć w szkole wałkuje się dzieje Rzeczypospolitej Obojga Narodów, to opowiada się ją tak, że mało kto uświadamia sobie, że dzisiejsza wielokulturowość Podlasia to dziedzictwo Rusi i Wielkiego Księstwa Litewskiego, zresztą całej Rzeczypospolitej. I że prawosławie – w 988 r. Ruś Kijowska przyjęła chrzest z Bizancjum, wiążąc się ze wschodnim chrześcijaństwem – jest jej częścią. W naszej kulturze powszechnie pokazuje się je jako obce. Dlatego tak ważna wydaje mi się jaskółka w postaci popularnego serialu „1670”. Jeden z jego głównych bohaterów to Maciej, prawosławny chłop z Litwy (historycznej). Chyba pierwszy raz prawosławny jest pokazany podmiotowo, jako pełnoprawny mieszkaniec tego kraju, a nie obcy, przywieziony nie wiadomo skąd, cudownie egzotyczny i tak kresowo zaciągający.
Ten mit, że prawosławni są obcy i sprowadził ich tu car, choć nie ma nic wspólnego z faktami, wciąż krąży i kształtuje lokalne relacje. Funkcjonuje nie tylko w opowiadanych po wsiach historiach. Można go znaleźć w aktualnych publikacjach lokalnych historyków udowadniających „odwieczną polskość tych ziem”, wydawanych często za publiczne pieniądze. „Ruskich” korzeni, związanych z Rusią, nie sposób wygumkować, stosuje się więc różne akrobacje, by je ukryć. Na przykład pisze się, że na początku mieszkali tu unici (zupełnie pomijając to, że unici to ludność ruska, która przed unią brzeską wyznawała prawosławie), a potem przyszedł car i w wyniku rusyfikacji pojawili się prawosławni. To bardzo szkodliwe kłamstwo.
Z pewnością, te wszystkie marsze ku czci „Burego” w Hajnówce, publikacje gloryfikujące wyklętych, a ofiarom przypinające łatkę zdrajcy, książki, o których wspomniałam… Pamiętajmy jednak, że mit żołnierzy wyklętych pojawił się wcześniej, a za ustanowieniem Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych w 2011 r. zagłosowało ponad 400 posłów, a więc nie tylko ci z PiS. Wygodnie jest dziś powiedzieć: „to wszystko przez PiS”, ale ten problem jest o wiele szerszy. Weźmy chociażby wyroki sądów z lat 90. rehabilitujące skazanych w powojennych procesach. Odszkodowania popłynęły szerokim strumieniem także do ludzi, o których mówi się w ich okolicach „bandyci”. A projekt umożliwiający wypłatę odszkodowań dla cywilnych ofiar „Burego” od lat leży w zamrażarce, niezależnie od tego, kto ma akurat sejmową większość.
A dlaczego mielibyśmy się wstydzić swojej przeszłości związanej z Rusią i Wielkim Księstwem Litewskim? Wyrugować ją to jakby odciąć nam historię, kulturę i tradycję. Co zostanie? Bez ruskości związanej z Rusią i z historią Rzeczpospolitej obecność prawosławnych oraz białoruskość na ziemiach polskich staje się niezrozumiała. Tak jak nie sposób już opowiadać historii naszego kraju z pominięciem grup wcześniej gumkowanych z historii i w ogóle dominującej narracji: chłopów, kobiet, Ślązaków, Kaszubów, Ukraińców, LGBT itd. To nie przypadek, że ukazuje się coraz więcej książek napisanych z perspektywy mniejszości. I nie jest zaskoczeniem, że przez strażników oficjalnej wersji historii każda z nich jest traktowana jak zamach na polskość.
Jak widać, trudno czasem zaakceptować, że głos tych, którzy dotychczas mieli go nie mieć, zaczyna rozbrzmiewać. Swoją drogą jest coś bardzo narcystycznego w przekonaniu, że grupy mniejszościowe opowiadają swoją historię nie dla siebie, nie po to, by mogła w końcu zostać usłyszana, lecz właśnie po to, żeby zniszczyć polskość. Przecież ten konstrukt „odwiecznej polskości” – heroicznej i szlacheckiej – opiera się na mitach, jest sztuczny i wyklucza większość społeczeństwa.
To, co mówi i jak zachowuje się najwyższa hierarchia kościelna, także katolicka, podczas rosyjskiej agresji na Ukrainę, to dla wielu ludzi spory problem. Podobnie jak katolikom nie jest łatwo pogodzić się ze słowami papieża Franciszka, dla prawosławnych słowa metropolity Sawy były sprzeczne z tym, co czuje i myśli większość wiernych. Tyle że katolicy nie muszą się tłumaczyć, a my tak. ©Ⓟ