Ze względu na wejście w życie nowych przepisów RODO zmieniliśmy sposób
logowania do produktu i sklepu internetowego, w taki sposób aby chronić dane
osobowe zgodnie z najwyższymi standardami.
Prosimy o zmianę dotychczasowego loginu na taki, który będzie adresem
e-mail.
Czasem myślę o sobie, że jestem jak deputowana francuskiej Partii Radykalnej, która sto lat temu wykrzyknęła: „Jestem radykalnie umiarkowana!”.
Umiar w polityce jest często traktowany jako unik: ktoś stara się nie wejść w starcie i zalecając jednocześnie wszystkim stronom umiar. Przy odwiecznym problemie cenzurowania treści pornograficznych zawsze jakiś inteligent, nie chcąc być podejrzewany o pruderię i zapędy cenzorskie, ale też nie chcąc stawać po stronie pornoli, będzie nas przekonywał, że „najgorszy jest ten niski poziom artystyczny tego typu produkcji”. Inny przykład jest boleśniejszy – kiedy ktoś nawołuje „obie strony konfliktu”, czyli napadniętą Ukrainę i agresorkę Rosję, do rozmów.
W obu tych przykładach deklarowany umiar ubogacony przez symetryzm jest tylko pretekstem, by kłamliwie, lecz wygodnie dla siebie, przedstawiać rzeczywistość. Wygodnie, bo można wymigać się od walki po stronie moralności publicznej, a ta walka, powiedzmy sobie prawdę, zawsze dokleja obrońcom gębę dulszczyzny lub kaptur świętej inkwizycji. Można lizać buty Putina i prezentować się jako szlachetny miłośnik pokoju, a nie ruska onuca. Tyle że umiar traktowany poważnie nie jest unikiem. Owszem, w pewnych sprawach prowadzi do zejścia z linii bitwy na inwektywy – wtedy, kiedy strony zgodnie fałszują rzeczywistość. Nie jest bowiem prawdą, że PiS dokonał zamachu stanu, i nie jest prawdą, że głosując na Tuska, stawiasz na Berlin.