Odnawialne źródła energii wspierane błękitnym paliwem – jeszcze do niedawna wszystko wskazywało, że ten właśnie model energetyki stanie się, przynajmniej w perspektywie najbliższej dekady, dominujący w naszej części świata. Gaz miał być pomostem, który częściowo zastąpi moce konwencjonalne oparte na paliwach bardziej emisyjnych – przede wszystkim węglu. Jednocześnie miał zapewnić stabilizację systemu opartego w coraz większym stopniu na źródłach zależnych od pogody do czasu, kiedy tę rolę będą mogły przejąć rozwijające się wciąż technologie bezemisyjne: zielony wodór czy magazyny energii.
Największym orędownikiem, a równocześnie praktykiem dekarbonizacji opartej na gazie były Niemcy. Bezpośrednie połączenie z Rosją i „specjalne relacje” z tym dostawcą miały zapewnić Berlinowi stabilne dojście do gazu w dużych ilościach i możliwość zarobku na sprzedawaniu go do innych krajów Europy.
Reklama
Wszystko wskazywało na to, że niemiecki biznesplan jest skazany na sukces. Od ponad dekady gaz płynie po dnie Morza Bałtyckiego pierwszym Nord Streamem, forsowanym przez Gerharda Schrödera. Gazociąg zresztą do dziś pozostaje dla Rosji preferowanym szlakiem dostaw do Europy (także w ostatnich dniach tłoczono nim więcej surowca niż wszystkimi trzema pozostałymi szlakami, czyli przez Ukrainę, gazociągiem jamalskim przez Polskę i Białoruś oraz południowym Turk Streamem). Mimo licznych przeciwności udało się też doprowadzić do końca budowę Nord Stream 2.
Wymuszona zmiana kierunku

Reklama
Lukratywny plan zachwiał się jednak w posadach pod wpływem agresywnych poczynań Kremla. Napięcie narastało już od jesieni, kiedy Gazprom zaczął ograniczać sprzedaż gazu do Europy mimo zwiększonego zapotrzebowania na surowiec w odbijających gospodarkach, przyczyniając się tym samym walnie do trapiących kontynent wysokich cen energii. Wyszło też na jaw, że zapasów na zimę nie zgromadziły kontrolowane przez Gazprom wielkie magazyny gazu w Niemczech, Holandii i Austrii, ograniczając tym samym odporność Europy na zaburzenia dostaw. O ile Angela Merkel, która zainwestowała w gazową współpracę z Rosją sporo politycznego kapitału, do ostatnich dni urzędowania szła w zaparte, o tyle nowa ekipa rządząca w Berlinie nie mogła już udawać, że nie ma przy skroni gazowej broni Kremla. Mimo że na czele rządu stanął Olaf Scholz, który jako wicekanclerz w poprzedniej ekipie zaangażowany był w wysiłki dyplomatyczne mające na celu odwiedzenie Waszyngtonu od sankcji na NS2.
Dopiero decyzje podjęte przez Władimira Putina w ostatnich tygodniach zmieniły relacje Moskwa–Berlin. Dwa dni przed rozpoczęciem inwazji na Ukrainę, kiedy rosyjski prezydent uznał niepodległość samozwańczych republik ludowych (przypieczętowując tym samym los współfirmowanych przez Berlin porozumień pokojowych z Mińska), niemiecki kanclerz odpowiedział decyzją o wycofaniu pozytywnej opinii rządu w procedurze certyfikacji Nord Stream 2. Bez niej gazociąg, choć ukończony, nie może zostać dopuszczony do eksploatacji. W trzecim dniu wojny w wystąpieniu w Bundestagu Scholz ogłosił przełom w niemieckiej polityce: nowy kurs na niezależność energetyczną od Rosji (tu kluczową rolę odegrać mają OZE oraz budowa terminali do odbioru gazu skroplonego, czyli LNG), do tego bezkompromisowe sankcje nałożone na Moskwę, inwestycje w obronność i wsparcie militarne dla Kijowa. Członkowie niemieckiego rządu nie wykluczyli także odejścia od innych dogmatów niemieckiej Energiewende: wydłużenia pracy bloków węglowych (koalicja SPD-Zieloni-FDP obiecywała przyspieszony coalexit, najpóźniej w 2030 r.) oraz ostatnich trzech reaktorów jądrowych, które zgodnie z forsowanym dotąd harmonogramem miały zostać wygaszone przed końcem tego roku. – W naszych rozważaniach nie ma tematów tabu – deklarował pod koniec lutego wicekanclerz Niemiec, minister gospodarki i klimatu Robert Habeck.
Rewizja kursu, a nie zwrot
Zmiana w myśleniu o bezpieczeństwie energetycznym zawitała także do Brukseli. Jej ostatnim wyrazem jest przedstawiony przez Komisję Europejską we wtorek pakiet rozwiązań dla sektora energii, który ma pomóc Unii wyzwolić się z niezdrowej relacji z Rosją. Na pierwszy ogień ma iść gaz. Dzięki dywersyfikacji dostaw, szybkiej rozbudowie OZE i podnoszeniu efektywności energetycznej (m.in. poprzez termomodernizację budynków) do końca roku zależność od rosyjskiego gazu ma zostać zredukowana o dwie trzecie. W działaniach tych pomóc miałyby pieniądze z rekomendowanego przez Komisję opodatkowania zysków firm energetycznych, które zarobiły na wysokich cenach surowców. Choć na razie wątpliwe pozostają dalej idące ruchy, których domaga się m.in. Polska, jak embargo na rosyjskie surowce energetyczne czy choćby obłożenie ich wysokimi cłami, każdy dzień wojny czyni bardziej prawdopodobnymi kolejne kroki w stronę izolacji gospodarczej agresora.
Wiatr zmian, który pojawił się w europejskiej debacie o energii wraz z konfliktem na Wschodzie, obudził nadzieje krytyków dotychczasowego kursu Unii. Satysfakcję w związku z zapowiedziami Berlina wyrażać zaczęli politycy znad Wisły, którzy od lat kwestionowali nie tylko zależność kontynentu od dostaw rosyjskich surowców, lecz także inne elementy dominującej w UE strategii, domagając się poszanowania dla polskiej specyfiki i zgody na łagodną ścieżkę odchodzenia od węgla. Szefowa resortu klimatu Anna Moskwa wezwała w zeszłym tygodniu do zawieszenia unijnego systemu opłat za emisje (ETS) i pakietu Fit for 55, czyli propozycji KE mających zapewnić realizację przyjętych w zeszłym roku (z udziałem Polski) celów klimatycznych Wspólnoty na 2030 r.
Ale nie tylko rząd w Warszawie dostrzegł w nowej sytuacji szansę. Sektor wydobywczy liczył na nowe otwarcie dyskusji o europejskiej produkcji surowców (konieczność szybkiego zastąpienia rosyjskich paliw miała być argumentem choćby za zwiększeniem pozyskania z holenderskich złóż gazu w Gröningen). Zwolennicy atomu – na renesans tej technologii i dostrzeżenie w niej klucza do bezpieczeństwa energetycznego Europy. Think tanki, które już wcześniej z niepokojem przyglądały się ekspansji błękitnego paliwa w energetyce, odczytały zaś ostatnie wydarzenia jako sygnał, że UE może „przeskoczyć” gaz jako ogniwo w procesie dekarbonizacji, a przynajmniej znacząco skrócić czas jego funkcjonowania.
U progu trzeciego tygodnia rosyjskiej inwazji perspektywy rzeczywistych zmian w europejskiej strategii są jednak niepewne. W krótkim terminie kierunkiem niepodważalnym pozostaje jedynie ograniczanie rosyjskich dostaw surowców. Tempo i zakres tego procesu są już jednak kwestią sporną. Pewne jest, że Bruksela pozostaje jak najdalsza od kwestionowania dotychczasowych celów klimatycznych. Wnioskiem wyciąganym z eskalującego coraz bardziej napięcia wokół rosyjskich surowców jest dla niej raczej przyspieszenie transformacji, a zwłaszcza rozwoju OZE, które – w przekonaniu unijnych strategów – są najlepszą i najszybszą w realizacji metodą wybicia się na energetyczną niepodległość.
Także wnioski wyciągane za Odrą są nie tak daleko idące, jak liczyli niektórzy. W debacie o sankcjach, które – obejmując rosyjskie surowce energetyczne – miałyby szansę najboleśniej uderzyć w dochody Kremla, Berlin pozostaje hamulcowym. Mało prawdopodobne wydaje się całkowite zerwanie ze strategią opartą na gazie. Przywrócenie do życia NS2 trudno sobie wyobrazić, ale w grę wchodzi choćby rozbudowa infrastruktury LNG. Dyskusję nad wydłużeniem życia atomu błyskawicznie ucięto. We wtorek niemieckie resorty gospodarki i środowiska ogłosiły, że wyniki przeprowadzonego przez nie audytu nie uzasadniają zmiany harmonogramu wygaszania elektrowni jądrowych.
Na teraz i na przyszłość
Zdaniem Pawła Czyżaka, analityka brytyjskiego think tanku Ember, na razie konflikt na Wschodzie wymusza przede wszystkim adaptację w krótkim terminie, a długoterminowe strategie poszczególnych stolic pozostają bez większych zmian. – W Europie dominującą wizją na dalszą przyszłość pozostaje miks OZE z wodorem i magazynami energii – ocenia ekspert. Dostrzega jednocześnie, że przyjmowane przez UE rozwiązania, które mają zapewnić Unii bezpieczeństwo dostaw, i rozpisany na kilka kolejnych lat plan zastąpienia rosyjskich surowców mogą zmniejszyć atrakcyjność gazu. Nie oznacza to jednak, że uda się przeskoczyć gaz w procesie transformacji.
– Należy się raczej spodziewać potwierdzenia jego ograniczonej roli: jako dopełnienia miksów energetycznych i źródła dyspozycyjnego, uruchamianego w szczytach zapotrzebowania bądź w czasie ograniczanego wytwarzania z OZE – uważa Czyżak. Podkreśla, że powinno to dać do myślenia rządom, które jak Warszawa czy Rzym stawiają gazowi szersze cele – źródła pracującego w „podstawie” systemu, zastępującego w tej roli węgiel. – Pod znakiem zapytania jest rentowność części realizowanych w Polsce inwestycji – alarmuje ekspert Embera.
Czyżak przyznaje zarazem, że lobby gazowe w Europie pozostaje silne. – Na przykład niemiecka klasa polityczna, przemysł i sektor energetyczny sporo zainwestowały w budowanie „gazowego hubu” i bardzo niechętnie odchodzą od tamtych założeń. Wyrazem tego konserwatyzmu są m.in. nakreślone przez kanclerza Scholza plany rozbudowy infrastruktury LNG. Mówi się, że wszystkie te nowe inwestycje mają być kompatybilne z „zielonymi gazami”, ale w praktyce może się okazać, że wdrażanie technologii wodorowych się opóźni, a te instalacje nadal będą opalane przede wszystkim kopalnym gazem – zauważa.
Według Joanny Maćkowiak-Pandery, prezeski Forum Energii, głównym skutkiem wojny w Ukrainie jest trwałe zwiększenie znaczenia bezpieczeństwa energetycznego jako czynnika kształtującego strategię UE. – Gaz ze Wschodu był dotąd postrzegany przede wszystkim w kategoriach ekonomicznych jako tani, pewny, łatwo dostępny surowiec. I to tej perspektywie w dużej mierze zawdzięczał rolę paliwa przejściowego w europejskich kalkulacjach. Teraz to podejście zmienia się bezpowrotnie, Unia dostrzegła, że „gaz ma ojczyznę”. Nawet w polityce niemieckiej raczej nie będzie powrotu do tego, co było – twierdzi ekspertka.
Na trwałość antyrosyjskiego zwrotu w energetyce liczy też Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego. – Deklaracje Olafa Scholza są ważnym symbolicznym przełomem w podejściu Niemiec. Ale zmiana nie ogranicza się do świata polityki, dziś również biznes wycofuje się z relacji biznesowych z Rosją. I bez głębokiej zmiany politycznej po stronie Moskwy trudno będzie o odwrócenie tej dynamiki – uważa ekspert. Zastrzega jednak, że nie oznacza to, że nie będzie prób rozwadniania i rozmiękczania zachodnich sankcji.
Jak ocenia szefowa Forum Energii, Polsce opłacił się wieloletni kurs na dywersyfikację źródeł gazu, który dziś sprawia, że w scenariuszu zakłóceń dostaw ze Wschodu jesteśmy w lepszej sytuacji niż nasi sąsiedzi zza Odry. Jak podkreśla, dzięki Baltic Pipe mamy szansę dość szybko uniezależnić się od rosyjskiego gazu, ale to nie oznacza, że błękitne paliwo będzie dobrą drogą do dekarbonizacji polskiej energetyki. – Gaz, także ten z Norwegii, będzie w najbliższych latach drogi. Nie do utrzymania będą też wizje skokowej ekspansji, np. podwojenia zużycia do 40 mld m sześc. do 2035 r., o których można było jeszcze niedawno usłyszeć w naszych spółkach gazowych. Myślę, że możliwe będzie co najwyżej utrzymanie obecnego poziomu: dwudziestu, dwudziestu kilku miliardów metrów sześciennych rocznie – mówi Maćkowiak-Pandera.
Na potrzebę głębszej korekty strategii energetyczno-klimatycznej ze względów geopolitycznych wskazuje Marcin Roszkowski. – Zrewidowany zostać musi zarówno model oparty na gazie, jak i alternatywna wobec niego koncepcja przyspieszenia transformacji, która zakłada kluczowy udział nierozwiniętych komercyjnie technologii jak magazyny energii czy zielony wodór. Oba te scenariusze grożą prędzej czy później ulegnięciem pokusie taniego paliwa dostarczanego z użyciem istniejącej już infrastruktury i wpadnięciem z powrotem w rosyjską pułapkę – uważa.
Koniunktura dla węgla
Według rozmówców DGP obecne warunki mogą sprzyjać zbliżeniu stanowisk Warszawy i Brukseli w sprawie przyszłości energetyki węglowej i ścieżki jej wygaszania. Na większą niż dotąd elastyczność po stronie KE wskazywać mogą choćby wypowiedzi odpowiedzialnego za Europejski Zielony Ład Fransa Timmermansa, który zasygnalizował ostatnio możliwość wydłużenia pracy węglówek i ograniczenia roli rosyjskiego gazu w krajach takich jak Polska. Według komisarza postawienie na taką strategię nie musi kłócić się z celami klimatycznymi Wspólnoty.
– To podejście zgadza się z rekomendacjami formułowanymi choćby przez Fundację Instrat. Bardziej opłaca się stworzyć rezerwę węglową niż budować nowe gazowe kolosy, takie jak Dolna Odra czy Ostrołęka C. Takie instalacje będą wypychane z systemu przez OZE. W obecnych warunkach wydłużenie życia węgla wydaje się mieć jeszcze więcej sensu niż w zeszłym roku, kiedy te rekomendacje powstawały. Łatwo sobie wyobrazić, że (pod warunkiem ustalenia racjonalnego i wiarygodnego harmonogramu wygaszania węglówek, np. w perspektywie 2035 r.) KE dałaby zielone światło Narodowej Agencji Bezpieczeństwa Energetycznego czy jakiejś innej formie rządowej pomocy dla sektora – komentuje Paweł Czyżak.
Z poglądem, że w UE poprawia się koniunktura dla energetyki węglowej, zgadza się Joanna Maćkowiak-Pandera. – Gdyby Polska urealniła swoje plany transformacji, mogłaby dziś skuteczniej przekonywać do niego w Europie, budować swój model przemian: trochę dłuższe funkcjonowanie węgla zamiast gazu, ale równolegle szybki rozwój czystych źródeł. Nowych bloków węglowych nie zbudujemy, ale nad modernizacją istniejących jednostek trzeba się zastanowić – mówi. Jak dodaje, towarzyszyć temu powinno ograniczanie zapotrzebowania na surowce kopalne i ekspansja OZE, za którą dodatkowo przemawiać będą w najbliższych latach wysokie ceny surowców kopalnych. W rozwoju źródeł odnawialnych musimy przyspieszyć co najmniej dwukrotnie. Kluczowe będzie zniesienie barier rozwoju dla energetyki wiatrowej.
Podejście Timmermansa podoba się też Marcinowi Roszkowskiemu. – Dłuższe korzystanie z węgla to jedyne rozwiązanie, które da Europie szansę na przeprowadzenie transformacji energetycznej bez rosyjskiego gazu – przekonuje. Odejście od zielonej ortodoksji w energetyce będzie też – jak twierdzi – jedynym sposobem, żeby ocalić UE przed niszczącym wpływem wysokich cen energii na konkurencyjność jej przemysłu. Jego zdaniem konieczne będzie jednak również wykorzystanie w okresie przejściowym infrastruktury LNG, a w dłuższej perspektywie – postawienie na atom, który może być znaczącym wzmocnieniem dla suwerenności energetycznej Europy.
Sceptyczny wobec zwiększenia roli tej ostatniej technologii jest Paweł Czyżak. Jak zauważa, Europa patrzy dziś co prawda na atom przychylniejszym okiem, ale problemy, które dawały o sobie znać w ostatnich latach, pozostają aktualne. – Długie terminy budowy, trudności z eksploatacją istniejących bloków, awaryjność, konieczność modernizacji – wylicza ekspert Embera. Jak dodaje, dopóki nie nastąpi jakiś technologiczny przełom, np. związany z małymi reaktorami, raczej się to nie zmieni. – Widzimy zresztą, że energetyka jądrowa także nie jest całkowicie wolna od uwarunkowań geopolitycznych. Nakładając embargo na rosyjskie surowce kopalne, USA musiały ominąć wzbogacony uran, którego ważnym dostawcą jest Rosja – wskazuje Czyżak.
Joanna Maćkowiak-Pandera przyznaje, że na drodze do rozwoju energetyki jądrowej stać będą w dalszym ciągu czynniki ekonomiczne. – Obecny kryzys energetyczny już zmienia jednak podejście do tego, co się w energetyce opłaca, a co nie. Jest gotowość, żeby zapłacić więcej za rozwiązania, które zapewnią długofalowe bezpieczeństwo dostaw energii. Atom może na tym zyskać. Pytanie brzmi jednak, na ile z obecnej koniunktury będą umiały skorzystać koncerny jądrowe, poprawiając swoją zdolność realizowania dużych projektów – zastrzega.
Zdaniem ekspertki „przeszeregowanie” na rynku energii może się na tym nie skończyć. – Jeżeli ceny gazu ziemnego utrzymają się na poziomie, jaki zaobserwowaliśmy w ostatnich dniach, nawet ponad 200 euro za 1 MWh, lada chwila okaże się, że radykalnie poprawi się pozycja konkurencyjna technologii uznawanych dotąd za zbyt drogie, np. zielonego wodoru. Podobne zmiany możemy zobaczyć w sektorze motoryzacyjnym, gdzie atrakcyjność napędów elektrycznych czy paliw alternatywnych może raptownie wzrosnąć w obliczu naftowej drożyzny. Historia sektora zna takie przypadki, np. amerykański boom na gaz łupkowy narobił ogromnego zamieszania na rynku kilkanaście lat temu, choć technologia ta rozwijała się już od lat 70. XX w. – zauważa Maćkowiak-Pandera.
Paweł Czyżak obawia się społecznych konsekwencji wysokich ceny konwencjonalnych paliw. – W Polsce możemy mieć podobny problem jak w przypadku „żółtych kamizelek” we Francji. Dobrze funkcjonującej komunikacji zbiorowej nie da się rozbudować tak szybko, jak rosną notowania ropy, a transportowej alternatywy nie zapewniono obywatelom zawczasu. To może przynieść uzasadnioną frustrację – ocenia ekspert. Jak dodaje, już w krótkiej perspektywie konieczne mogą okazać się w związku z tym regulacja cen paliw i wsparcie dla zagrożonych wykluczeniem transportowym. Na dłuższą metę pomóc mogą z kolei instrumenty wspierające zakup pojazdów elektrycznych.
Dzięki dywersyfikacji dostaw, szybkiej rozbudowie OZE i podnoszeniu efektywności energetycznej do końca roku zależność od rosyjskiego gazu ma zostać zredukowana o dwie trzecie