Jacek Hołówka – filozof i etyk, profesor nauk humanistycznych, wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego. Autor m.in. książek „Etyka w działaniu” i „O polityce przemocy, O ustroju idealnym, O państwie wynegocjowanym”
W ostatnich godzinach słyszymy wypowiedzi, które przywodzą na myśl najgorsze scenariusze. Wiceszef MSZ Paweł Jabłoński oświadczył, że „zagrożone jest bezpieczeństwo Polski i terytorium Sojuszu Północnoatlantyckiego”. Generał Mirosław Różański ostrzegał, że nasza cyberprzestrzeń może zostać zaatakowana. Politycy nawiązują do II wojny światowej. Czy to są trafne skojarzenia?
Każdy ma takie skojarzenia, jakie zaczerpnął i zapamiętał z literatury, z którą się zaznajomił w młodości. Ja myślę, że sytuacja Polski dziś jest względnie bezpieczna, choć trudno przewidzieć, co się wydarzy. Mnie w sytuacji zagrożenia wojennego w Europie natychmiast przychodzi na myśl książka „Rok 1984” George’a Orwella. Oceania, Eurazja i Wschódazja toczą w niej nieustanną walkę o dominację. Wizja świata przedstawionego jest tam bardzo przygnębiająca. Budzi niepokój, strach, nawet blokuje myśli. To świat wszechobecnej propagandy i inwigilacji. Od fikcyjnego 1984 r. minęło prawie 40 lat. Nauczyliśmy się myśleć, że zagrożenie przewidywane w tej pesymistycznej, apokaliptycznej książce na zawsze minęło. Oczywiście tak się nie stało. Zagrożenia nigdy na zawsze nie mijają. Każdy, kto zna historię, a przede wszystkim interesuje się filozofią polityki, doskonale zdaje sobie sprawę, że są one stałe. Jedynie napięcia wzrastają lub opadają. Podstawowa teza książki Orwella sprowadza się do tego, że nie istnieje nic takiego jak stabilizacja między wielkimi mocarstwami. Idea podzielenia świata na trzy części jest bardzo aktualna. Mamy w tej chwili napięcia związane z Chinami, Stanami Zjednoczonymi i Rosją. Natomiast główne źródło niepokoju nie bierze się obecnie z tego, co się dzieje w relacjach między krajami, choć to ważne zagadnienie. Głównym powodem, dla którego mocarstwa starają się umocnić swoją pozycję, jest dążenie do stabilizacji na własnym obszarze. I jeśli jedno z nich znajdzie się w sytuacji wewnętrznego zagrożenia, to najłatwiej mu rozwiązać swój problem, stwarzając wrażenie zewnętrznego zagrożenia.
Reklama
Tak po prostu?
Tak, bo dzięki temu można wprowadzić stan wojenny, surowe przepisy, sprowadzające się do racjonowania wody, energii elektrycznej, benzyny, rejestrowania pobytów ludności. I każdy obywatel takiego kraju może się spodziewać, że jeśli tylko potrafi się utrzymać na dwóch nogach, zostanie zmobilizowany do udziału w wysiłku obronnym. Kiedyś to było kopanie rowów, wznoszenie umocnień defensywnych. Dziś jeszcze nie wiadomo co. Ale jeszcze istotniejszym problemem, jaki opisał Orwell, jest jedność wewnętrzna. Jeśli się zgodzimy, że konflikty międzynarodowe są najczęściej napędzane przez rozłam w obrębie jednego z wielkich mocarstw – a nie ma wątpliwości, że z tej wielkiej trójki Rosja jest dziś w najtrudniejszej sytuacji wewnętrznej – to przez taki pryzmat należy też oceniać próbę wywołania wojny w Europie. A w konsekwencji stworzenia sytuacji, jaka na naszym kontynencie miała miejsce 50 lat temu – w czasach komunizmu i zimnej wojny.

Reklama
Jaką jedność ma pan na myśli?
Niezwykle ważnym czynnikiem, również w kontekście bezpieczeństwa naszego kraju, jest jedność wewnętrzna. Jedność narodowa. O nią powinniśmy się teraz szczególnie starać, by nie nasilały się konflikty na naszym terenie. Niech Rosjanie radzą sobie ze swoimi wewnętrznymi problemami, jak potrafią. Niech kto może pomaga Ukrainie. Ale Polska nie jest w sytuacji, w której mogłaby sobie pozwolić na bezpośrednią konfrontację z Rosją. Powinniśmy wykorzystać ten czas na nauczenie się dyscypliny wewnętrznej.
Na czym miałoby to polegać?
To trudne zadanie, szczególnie dla kraju naprawdę demokratycznego, liberalnego, w którym można mówić, co się chce, można wybrać partię polityczną, jaka nam odpowiada, wyznawać religię zgodną z naszą kulturą i historią rodziny. Przez ostatnie 30 lat korzystaliśmy z tego dość rozsądnie. I możemy być z tego dumni. Nie możemy zapomnieć, że jesteśmy krajem, na który w ostatnich dekadach patrzono z zazdrością. Znam naukowców z różnych stron świata. Przyjeżdżali na Uniwersytet Warszawski, widzieli, jakie są tu możliwości nauki i życia. Odnieśli pozytywne wrażenie. Trzeba bronić tego naszego statusu za wszelką cenę.
A pomagać kiedy?
Wtedy, kiedy jesteśmy naprawdę w stanie pomóc. Bez kładzenia na szali narodowej przyszłości.
Jak mamy zdać test z jedności w obliczu zagrożenia zewnętrznego, skoro słyszymy regularnie, że jesteśmy narodem podzielonym?
Nigdy nie uważałem, że jesteśmy krajem murem podzielonym. Owszem, były ostre polemiki, ale wszystko w ramach systemu demokratycznego, liberalnego. Partie, które ubiegały się o władzę, spierały się, walcząc o głosy wyborców. Niedorzecznością byłoby mówić, że w ostatnich dwóch dekadach ktoś sprawował w Polsce totalitarne rządy. Różne sposoby myślenia, kłótnie – nawet te ostre – są wpisane w demokrację. Owszem, są osoby, które przekonywały np., że PiS stara się zaprowadzić w Polsce faszyzm. Ja to traktuję jako niemądrą, zbyt daleko idącą retorykę. Oczywiście PiS był i jest partią konserwatywną, ma silne związki z Kościołem. Nie widzę tu jednak realnego zagrożenia dla systemu politycznego w Polsce. Chyba że zostaniemy podzieleni przez siły zewnętrzne.
Jaki scenariusz jest dla nas w tej sytuacji najbardziej niebezpieczny?
Taki, w którym z jednej strony Rosja, z drugiej Stany Zjednoczone, a z trzeciej Europa na czele z Niemcami będą chciały od nas wyraźnego opowiedzenia się za dalekosiężnymi decyzjami politycznymi. To będzie poważny przyczynek do tego, by pokłócić nas między sobą, również wewnętrznie. I trzeba się tego strzec. Takie zagrożenie wisi w powietrzu, ale nie jest na razie zbyt realne. Sądzę, że Rosja, wbrew temu, jak się ją teraz rysuje, jest na tyle rozsądna, iż nie będzie dążyła do wywołania konfliktu w kilku miejscach naraz. Co do decyzji zapadających wewnątrz Polski, to powinniśmy pilnować, by niepotrzebnie nie brać udziału w sporach, w których nie jesteśmy poważnym partnerem. A nie jesteśmy nim ani dla Ameryki, ani dla Rosji, ani nawet dla UE. Na razie wojna jest ograniczona do konfliktu zbrojnego między Rosją a Ukrainą. Jak to się skończy, zobaczymy. Natomiast trzeba zapamiętać to, co się dzieje dziś i do czego będzie dochodziło w kolejnych dniach. To musi zostać rozliczone. Wszyscy, którzy śledzą rozwój wydarzeń, muszą mieć przekonanie, że nie można po kilku tygodniach przejść nad nimi do porządku dziennego. Jeśli pojawi się nowa administracja na Ukrainie, nie można nawiązać z nią, tak po prostu, nowych stosunków dyplomatycznych. Nie można zapominać, że w lutym 2022 r. wojska rosyjskie podeptały międzynarodowy porządek prawny. I na takie działania dyplomatyczne Polska musi być gotowa.
Pokolenia urodzone w latach 70. XX w. i później o wojnie słyszały od swoich dziadków. Miały być tymi, które nie doświadczą konfliktu zbrojnego tuż przy granicy kraju. Wojna – jak już miała być – to daleko. Dziś ci ludzie mówią, że obudzili się w innej, złowrogiej rzeczywistości.
Młodzi ludzie tak mają. Młodzi, bo mówię z perspektywy swoich niemal 80 lat. Młodzi śpią głęboko, przesypiając różne istotne dla gospodarki i polityki wydarzenia, a potem włączają swoje media i przeżywają szok. Doskonale pamiętam czasy żelaznej kurtyny. Mówię o tym dlatego, że – jak sądzę – zapadnie żelazna kurtyna XXI w. – między krajami należącymi do NATO i krajami na wschód od Polski, Litwy, Łotwy. Co się stanie z obwodem kaliningradzkim, dziwacznym trójkątnym kawałkiem Rosji wciśniętym nad Bałtykiem przy polskiej granicy? Tego nie wiem. To może być ostra zadra w relacjach z naszym sąsiadem, powód spięć lokalnych. Bo nie mam wątpliwości, że Ukraina nie jest w stanie bronić się długo i skutecznie przed siłami rosyjskimi. Być może efektem będzie tam nowe status quo, które również stanie się wyzwaniem dla naszej dyplomacji. Tym bardziej że nadal trudno zrozumieć, o co Putinowi na Ukrainie chodzi. Czy o żyzne pola pszenicy, jak w XX w.? Czy o dostęp do Morza Czarnego? Prestiż? Czy o to, co jest w komunikatach oficjalnych – by Ukraina nie weszła do NATO i trafiła na orbitę rosyjską? W polityce opłaca się prowadzić wojnę, wygrać i szybko zawrzeć pokój. Czy Rosjanie są do tego zdolni? Patetyczne słowa jej przywódców, że Rosja nigdy nie wszczynała wojny, to dyrdymały. Ciekawe, jak silna jest pozycja samego Putina. Czy będzie w stanie długo prowadzić swoją politykę tak, jak prowadzi ją w tej chwili? Czy szybko ogłosi zwycięstwo, jakiekolwiek by ono było?
W Polsce mieszkają i pracują setki tysięcy Ukraińców. Zostawili w swojej ojczyźnie rodziny. Dziś słyszymy, że próbują je ściągnąć do nas.
To zrozumiałe, ci ludzie wybrali Polskę jako kraj, gdzie będzie im się żyło lepiej, gdzie zarobią więcej. Często są to ludzie gotowi do ciężkiej pracy, tacy, co nie starają się budować własnej partii politycznej, która pilnowałaby lokalnie ich interesów. Mam wrażenie, że w ostatniej dekadzie zawarliśmy z nimi cichą przyjaźń. To wszystko powoduje, że zdecydowana większość Polaków opowiada się w tym konflikcie właśnie po stronie Ukrainy. Dlatego jest w nas silna potrzeba rozliczenia Rosji za jej działania. Powtórzę, że jako kraj możemy podejmować rozsądne działania dyplomatyczne. Bo poza wszystkim trudno mi uwierzyć, by XXI w. okazał się bardziej dziki od poprzedniego. Mam nadzieję, że nie dojdzie do masakry na skalę tej, jaka wydarzyła się podczas II wojny światowej. Na radykalne kroki w nabrzmiałym konflikcie gotowi są gracze, którzy czują się przyparci do muru. Dziś powinniśmy się modlić przede wszystkim o to, by nikt nie stracił do końca zimnej krwi i nie nacisnął czerwonego guzika.
Czy historia naszego kraju pozwala nam nie czuć strachu w tej sytuacji? Polscy politycy mówią, że od 1945 r. zagrożenie nigdy nie było tak blisko.
Na pewno sytuacja Polski i Ukrainy są zasadniczo różne. Polska jest w NATO i strukturach unijnych. Mamy tradycję łacińską, katolicką (bez względu na to, jaka jest dziś kondycja wiary w społeczeństwie). To składa się na naszą kulturę i mentalność. Udało nam się osiągnąć coś, o czym inne kraje leżące na wschód od nas tylko marzyły. Co do samej wojny – na pewno w tym wieku mają one inne scenariusze. Drony i nowoczesne technologie wojskowe atakują cele strategiczne w kraju. Armia przejmuje zadanie żandarmerii, która ma zaprowadzać nowy ład na zajmowanych terytoriach i zmusić ludność, by nie walczyła, tylko naprawiała to, co zostało zniszczone. Ale najeźdźcy ciężko będzie zdobyć sympatię lokalnej ludności. Stąd trudno przewidzieć finał. Tym bardziej że w Rosji wciąż żywa jest chęć znalezienia się wśród panów tego świata. Na rozmaitych międzynarodowych sympozjach słyszałem w wypowiedziach tamtejszych naukowców żal, co się z ich krajem stało. A zaraz obok niego wielką potrzebę odbudowania potęgi – w sensie dosłownym. To trockizm w najczystszej postaci. Lew Trocki chciał, by komunizm rozlał się na cały świat i powstał nowy ład, w którym partia komunistyczna będzie rządziła wszystkimi. Te nadzieje w Rosji nie zostały zapomniane? Trocki do dziś jest w Rosji popularny. A to, że Stalin kazał go zabić czekanem, tylko wzbudziło wobec niego więcej sympatii.
Szukanie analogii z 1939 r. jest nieuzasadnione?
Oczywiście, że nie jest uzasadnione. W 1939 r. Hitler napadł na Polskę, bo miał wizję podboju całego świata. Rosja nie ma takich ambicji. Chce przechwycić Ukrainę, bo nie jest w stanie poradzić sobie z wewnętrznymi problemami. Potrzebny jest jej doraźny wróg zewnętrzny.
A nie jest to gotowanie żaby? Załóżmy, że w tej roli występuje Europa. Siedzi w garnku z wodą, której temperatura rośnie.
Aż w końcu zaczyna wrzeć? Ale człowiek się różni od żaby tym, że co jakiś czas rozgląda się i nachodzi go refleksja. Wątpię więc, żebyśmy gremialnie przespali moment, w którym Putin zechciałby jednak pójść dalej. Tu sięgnąłbym jeszcze do rosyjskich realiów genialnie opisanych przez Hannę Arendt, filozofkę i publicystkę. System polityczny w Rosji komunistycznej polegał na stworzeniu trzech wielkich kręgów organizacji życia politycznego i społecznego. Pierwszy, najbardziej elitarny, to komitet centralny otoczony instytucjami niezbędnymi do podejmowania decyzji. Drugi to doradcy ślepo zapatrzeni w rządzących, wykonujący wszystkie rozkazy, znajdujący do tego konieczne techniczne rozwiązania i niewolniczo posłuszni. Arendt tych ludzi nazywa straceńcami, bo ryzykują wszystko: opływają w dostatki, czerpią korzyści z wykonywanych rozkazów, ale jeśli popełnią błąd, to więzienie lub kara śmierci. Dziś najbardziej przypomina ich elitarna grupa oligarchów. Udają pokorę, ale zbijają interesy dla siebie i dla władzy. Jest jeszcze trzeci krąg – ci, którzy ślepo podążają po śladach innych, wyżej ulokowanych w hierarchii. To karierowicze biurokratyczni. Gorliwi i bezwzględni. Aspirują, by przejść krąg wyżej. System polityczny Rosji pozostaje autokratyczny od czasów carskich. Nie opiera się na klasach społecznych określonych przez poziom dochodów, wykształcenie czy inne kulturowe wyznaczniki. Tam ważne są ustalenia czysto siłowe. W pierwszym kręgu nadal jest władza egzekwująca decyzje w sposób radykalny. W drugim są ci, którzy próbują sprostać zadaniom. W trzecim próbuje się przekładać decyzje na program budowy i funkcjonowania państwa, który ma się spodować całemu społeczeństwu. Jeśli ci ostatni zaczną wątpić, cały system runie. Bo jego moc opiera się na mitach. Dlatego mity w Rosji kultywuje się za wszelką cenę.
Powinniśmy pilnować, by niepotrzebnie nie brać udziału w sporach, w których nie jesteśmy poważnym partnerem. A nie jesteśmy nim ani dla Ameryki, ani dla Rosji, ani nawet dla UE