Przeciwnie – w tym samym kierunku zamierza iść wiele krajów rozwiniętych. Komisja Europejska zaleca, by kraje członkowskie orientowały się na płacę minimalną w wysokości 60 proc. mediany zarobków w gospodarkach narodowych. Podobny cel wskazał ostatnio dla Wielkiej Brytanii premier Boris Johnson. Z kolei niemieckie ministerstwo finansów jest ambitniejsze – chciałoby podciągnąć płacę minimalną do 70 proc. mediany (dziś wynosi ok. 45 proc.). W Ameryce prezydent Joe Biden wprawdzie trochę spuścił z tonu, ale jednak od 2025 r. federalna minimum wage ma pójść w górę do 25 dol. za godzinę. I tak dalej, i tak dalej.
W ostatnich latach faktycznie udało się przełamać klincz, który towarzyszył od lat 80. rozmowom na temat płacy minimalnej – bo każda propozycja podwyżki była przez liberalnych przeciwników przedstawiana jako zbrodnia na biznesie. Ruch, który przyniesie nieuchronny wzrost bezrobocia i załamanie koniunktury. Pracodawcy bardzo tę narrację lubili, bo pozwalała im trzymać koszty pracy na niskim poziomie i notować olbrzymie zyski. Musiał dopiero nadejść kryzys 2008 r. i cała dekada gospodarczego spowolnienia, by neoliberalne tabu wokół płacy minimalnej zostało podważone.