Podważa miękko, a to poprzez sceptycyzm w głosie, kiedy rozmawia ze zwolennikami szczepień i segregacji, a to poprzez zapraszanie do swoich programów szczepionkowych sceptyków, poprzez zadawanie jednym i drugim – a nie tylko drugim – pytań trudnych. Tarzałbym w pierzu (przenośnia!) tych sceptyków, gorąco wspieram tzw. segregację, dzięki której antyszczepionkowcy nie wchodziliby ani do tramwaju, ani do kina, nie wspominając o szkołach. Przemądrzali patointeligenci doskonale wiedzący wszystko o mutacjach „niby-wirusa”, bo przeczytali o tym w internecie, pozostają moimi wrogami. Ale trudno mi naskoczyć na Rymanowskiego za to, że wpuszcza „tych ludzi” do studia i że zaprosiwszy, traktuje ich jak ludzi. Istotą dziennikarstwa jest dawanie przestrzeni tym, którzy zabierają głos w sprawach publicznych. Ocena tego, co mówią i czego chcą, to następny etap.
Dawanie przestrzeni nie jest równoznaczne z nabożnym kiwaniem głową, to oczywiste, trzeba być czujnym, balansując na granicy – a jest balansowaniem, kiedy zapraszamy do rozmowy pół- i całych fanatyków. Jednak złe jest podejście, że przestrzeń dajemy tylko „słusznym”, natomiast „niesłuszni” mają od dziennikarza co najwyżej obrywać, a najlepiej obrywać, pozostając nieobecni w studiu. Wieczna i jednokierunkowa nagonka jest, być może, skutecznym narzędziem budowania siły mediów. Nie zmienia to faktu, że stanowi groźny, wyniszczający nas wszystkich żywioł. W jakimś nieokreślonym momencie przyjęliśmy za normalne, że dobre medium stało się synonimem pojęcia medium topornego.