Bez tego można odczytać przesłanie ludowców tylko jako trawestację zawołania byłego szefa MSW Bartłomieja Sienkiewicza do skinheadów: „Idziemy po was!”. No, idziemy, idziemy, aby po wyborach zająć waszym kosztem nam przynależne stanowiska…
Niewiarygodne, ale projekt utrudniający partyjnym liderom upychanie wiernych działaczy na lukratywnych posadach państwowych powstał – i to wiele lat temu. Jego autorem był Jan Krzysztof Bielecki, doradca, mentor nawet, Donalda Tuska. Premier Tusk po prostu wyrzucił do kosza ten odrażający pomysł, a jego stosunki z mentorem uległy zamrożeniu. Bo wiele lat temu lider PO stał się cynicznym politycznym zombie – a takim postaciom żadne transparentne, pożal się Boże, uzależnianie nominacji od kwalifikacji nie jest potrzebne.
Po ówczesnej antypaństwowej decyzji Tuska w Platformie zawrzało. Żartuję! Nie zawrzało, lider utrafił bowiem w moment oczekiwania aktywu partyjnego na ogłoszenie wprost, że oto wreszcie mamy koniec snów o moralnej przebudowie kraju etc., etc. W PSL, w którym takich snów nikt i tak nie miał, cynizm szefa rządu potraktowano jako kolejny dowód, że Tusk wyrósł z niemądrych, liberalnych rojeń, że wreszcie „dorósł”, że już jest „normalny”. Koalicja PO-PSL zgodnie wysysała zatem słoiczki z konfiturą, aż przyszła Zjednoczona Prawica, na głodzie.
Gdyby dzisiejsi przywódcy PSL chcieli wywołać efekt wstrząsu, powinni moralnie słuszną akcję tępienia „tłustych kotów PiS” uzupełnić wyjęciem belki z własnego oka (i przy okazji z oka PO, co akurat mogłoby być miłe dla wskazujących z PSL). Wskazać na własnych nominatów z dawnych, dobrych lat, którzy teraz, skruszeni, przepraszaliby za praktyki ówczesnej władzy i przysięgaliby, że „nigdy więcej”. Do tego ludowcy powinni podać listę publicznych przedsiębiorstw, które zostaną nareszcie sprywatyzowane, oraz wskazać na szlachetny sposób mianowania członków tych rad nadzorczych i zarządów, których sprywatyzować się nie da.
W krzepiącej komedii familijnej tak by się mogło stać, w komedii polskiej polityki, no cóż, nie może.