Reklama
Z Iharem Iljaszem rozmawia Michał Potocki
Pana żona Kaciaryna Andrejewa dostała dwa lata więzienia za pracę dziennikarską. W jakich warunkach siedzi?
Na razie przebywa w mińskim areszcie numer jeden, w tzw. Waładarce (tuż po naszej rozmowie Andrejewą przewieziono do Żodzina – red.). Jak na warunki białoruskich aresztów jest całkiem znośnie, lepiej niż w dwóch więzieniach, w których była wcześniej, przed procesem. Najgorzej było w innym mińskim areszcie przy Akrescina. Kacia początkowo siedziała w celi, gdzie na 11 osób przypadały tylko cztery miejsca do spania. Nie wydawali pościeli, brakowało wody do picia, posiłki były tragiczne, strażnicy traktowali ich grubiańsko. Ciut lepiej było w więzieniu w Żodzinie, choć tam też panują dość ostre warunki. W Waładarce jest w porządku, choć trzeba pamiętać, że punktem odniesienia są białoruskie, a nie europejskie więzienia.
Kiedy ostatecznie trafi do kolonii karnej?
Tuż przed naszą rozmową poznaliśmy datę rozpatrzenia apelacji. Rozprawa ma się odbyć 23 kwietnia, więc pewnie do maja pozostanie w areszcie. Potem, jeśli wyrok nie zostanie zmieniony, wszystko zależy od decyzji administracji. Bywa, że z jakichś przyczyn dość długo czeka się na etapowanie do kolonii karnej.
Kontaktujecie się?
W ostatnim czasie zaczęto normalnie dostarczać listy. Przynajmniej jeśli chodzi o nas, bo z listami do kolegów i krewnych bywają problemy. Nie chcę zapeszyć, ale na razie nam się poszczęściło. Do tego raz na tydzień odwiedza ją adwokat. Odbyliśmy jedno godzinne widzenie. Stąd wiem, w jakich warunkach siedzi.
Krótkoterminowe widzenia są w obecności klawiszy?
Wyglądają tak jak w filmach. Widzimy się przez szybę, rozmawiamy przez słuchawki. W pomieszczeniu jest strażnik, ale to nie jest tak, że podsłuchuje, stojąc nad głową. Siedzi gdzieś z boku za przegródką i tyle, nie czuć jego obecności. Najgorsza jest ta przegroda. Nie mogę jej dotknąć.
Paczki?
Do 30 kg miesięcznie. I faktycznie te paczki są przyjmowane, a przy Akrescina były z tym problemy. Znów jak na standardy białoruskie to nie tak źle.
W 2020 r. Kaciaryna była drugą najczęściej zatrzymywaną dziennikarką na Białorusi. Ile razy się tak zdarzyło?
Od początku kampanii wyborczej była zatrzymywana czterokrotnie w porządku administracyjnym i raz w ramach sprawy karnej, która zakończyła się wyrokiem. Dwa razy spędziła po trzy godziny na komendzie. W sierpniu potrzymali ją 24 godziny, a we wrześniu już 72 godziny. W żadnym z tych przypadków sąd nie uznawał jej winy i odsyłał protokoły do uzupełnienia. 15 listopada zatrzymali ją najpierw na siedem dni w ramach sprawy administracyjnej, a gdy odsiadywała tę karę, przedstawiono jej zarzuty karne.
Czyli sam fakt zatrzymania 15 listopada nie był niczym niespodziewanym.
Nie był.
Większym zaskoczeniem musiały być zarzuty. W ostatnich latach na Białorusi nie było przypadków wsadzania dziennikarzy do więzień.
Dziennikarzowi groziło najwyżej zatrzymanie, po którym spędzało się parę godzin na komisariacie, mógł zostać spisany protokół, czasem dostawało się grzywnę, zdarzały się przypadki kilkudniowych aresztów. W lipcu 2020 r. presja na media zaczęła rosnąć. Jakiś czas przed wyborami prezydenckimi zaczęto masowo zatrzymywać dziennikarzy relacjonujących protesty i wypuszczać po kilku godzinach. Pod koniec sierpnia zaczęto nas oskarżać o udział w akcjach i karać kilkoma dniami aresztu. We wrześniu długość tych aresztów zaczęła rosnąć, normalną praktyką zaczęło być 15 dni, które potem bywały przedłużane do 30 dni. 1 listopada władze podwyższyły poziom represji i wszczęły kilka postępowań karnych z art. 342 k.k. (organizacja i przygotowanie działań rażąco naruszających porządek publiczny – red.), z którego osądzono potem Kacię, przeciw dziennikarzom, którzy relacjonowali protesty. Ale do aresztów ich nie kierowano, to był strzał ostrzegawczy. Władze dawały do zrozumienia, że następnym krokiem będą sprawy karne.
Sprawa Kaciaryny też była ostrzeżeniem?
To był ten przypadek, kiedy po ostrzegawczym wystrzale przeszli do sprawy karnej. Piątego dnia aresztu postawiono jej zarzuty. Potem była jeszcze sprawa Kaciaryny Barysiewicz z Tut.by, areszty kierowników Press Clubu Belarus. Parę dni temu zatrzymano kolejnego dziennikarza Dzianisa Iwaszyna. Poziom terroru stale rośnie.
Biełsat ma najbardziej na pieńku z władzami. Państwo białoruskie w ogóle nie uznaje was za dziennikarzy.
Władze uznają Biełsat za wroga. Innych niezależnych mediów aż tak źle nie traktują.
Z tym pan wiąże tak drakoński wyrok dla Kaciaryny? Ona dostała dwa lata, Barysiewicz z Tut.by – sześć miesięcy.
Też, ale nie tylko. Jeśli spojrzeć na sprawę szerzej, Kacia jako dziennikarka od dawna była cierniem w oku władz. Podczas protestów prowadziła streamy, długotrwałe relacje na żywo, co na władze działa jak płachta na byka. Drażniła ich też jej wcześniejsza działalność, choćby temat Donbasu. Dawno temu uznano ją za wroga, którego trzeba represjonować. Rolę odegrał też fakt, że pracuje dla Biełsatu, polskiej telewizji, a Polskę publicznie określono mianem wroga, który – jak mówił Alaksandr Łukaszenka – prowadzi agresję przeciw Białorusi. Kontekst prześladowania mojej żony i Barysiewicz był więc nieco inny. Chociaż w sprawie Barysiewicz prokuratura odwołała się od wyroku, więc niewykluczone, że i jej wyrok zostanie wydłużony.
Dlaczego streamy tak ich drażnią?
Bo to skuteczna metoda obnażania kłamstw. Krótkie filmiki pokazujące moment rozpędzania manifestacji czy bicie protestujących zawsze można podważyć, że zostały wyrwane z kontekstu, a wcześniej demonstranci kogoś pobili lub obrzucili koktajlami Mołotowa. Stream pokazuje akcję od początku, więc nie da się nic wymyślić. Dzięki temu mamy dowód przestępstw popełnianych przeciw pokojowo nastawionym manifestantom.
W tym momencie warto powiedzieć, od czego w ogóle zaczęła się ta sprawa. Kaciaryna Andrejewa i Darja Czulcowa relacjonowały protest upamiętniający zamordowanego w połowie listopada 2020 r. przez siepaczy reżimu Ramana Bandarenkę. Obie dostały dwa lata.
Bandarenka został zabity za to, że stanął w obronie barw narodowych na własnym podwórku. Jego śmierć wstrząsnęła Białorusią. Łukaszenka przestraszył się, że to wywoła niekontrolowany wybuch, nową falę protestów, większą od poprzednich. Dlatego ważne było wyczyszczenie tematu śmierci Bandarenki w sposób pokazowo brutalny. Stąd postępowanie karne za stream i nieco późniejsza sprawa Kaciaryny Barysiewicz, która ujawniła w artykule, że wbrew słowom przedstawicieli reżimu Bandarenka był trzeźwy. Władze przekuły strach w represje wobec dziennikarek.
Gdyby dosłownie odczytać wyrok, pana żona siedzi za szkody wyrządzone komunikacji miejskiej, bo jako organizatorka protestów zmusiła kilkanaście linii autobusowych, tramwajowych i trolejbusowych do zmiany trasy. Jak próbowali tego dowieść przed sądem?
W ogóle nie próbowali. To jeden z elementów represji. Wmawia się komuś winę polegającą na problemach w kursowaniu komunikacji miejskiej, przy czym jeśli wczytać się w akty oskarżenia, pojawiają się w nich podobnie ogromne sumy. To forma konfiskaty majątku, która była przewidziana w kodeksach z czasów stalinowskich. Co więcej, podczas protestów ruch uliczny wstrzymują służby, a nie protestujący. Poza tym w miejscu, gdzie 15 listopada odbywały się manifestacje, nie ma torów tramwajowych, a akcja odbywała się głównie na osiedlowych podwórkach. Prokuratorzy wrzucili do aktu oskarżenia wszystkie przypadki wstrzymania ruchu tego dnia w Mińsku. W sądzie zapytano przedstawiciela miejskiej spółki Minsktrans, skąd te kwoty. Nie umiał wyjaśnić. Adwokaci chcieli, by zadać to pytanie MSW, ale sąd odrzucił wniosek. Postanowiono, że Dasza i Kacia to przestępczynie i tyle. Nikt niczego nie próbował udowadniać. W poprzednich latach podczas procesów politycznych reżim przynajmniej próbował stworzyć iluzję, że oskarżeni odpowiadają za coś konkretnego, a nie za pracę dziennikarską. Teraz nawet tego nie ma. Uzasadnienie wyroku głosi, że popełniono przestępstwo za pomocą kamizelki z napisem „Prasa”, mikrofonów i statywów, więc praktycznie wprost powiedziano, że to kara za dziennikarstwo.
Wielu obserwatorów zwróciło uwagę na wiek osób zaangażowanych w tę sprawę. Sędzia, prokurator, śledczy – wszyscy to 20-, 30-latkowie. Bardziej doświadczeni nie chcieli się za to brać czy władza chciała pokazać, że „młodzież z Łukaszenką”?
Myślę, że oba te czynniki. Ludzie doświadczeni rozumieli, w co mogą wdepnąć. Zwykły wyrok polityczny jeszcze może jakoś ujść na sucho. Ale wyrok dla dwóch dziennikarek za ich pracę na zawsze przejdzie do historii. Przy każdej zmianie władzy powstaje ryzyko, że zostanie się za to pociągniętym do odpowiedzialności. Starsi zdecydowali się zdystansować od sprawy. Reżim dopuścił się też innej manipulacji: oto los tych młodych też ma w pełni zależeć od Łukaszenki. Powinni go bronić do końca, bo jego upadek będzie wyrokiem także dla nich.
W czasie procesu Kaciaryna i Darja zachowywały się bardzo odważnie, biła od nich ogromna godność. Skąd taka siła?
Trudno mi mówić o Daszy, bo jej nie znam, widziałem ją może trzy razy w życiu. Kacia natomiast jest bardzo silna. Początkowo myślałem, że w sądzie trochę nadrabia miną, ale kiedy porozmawiałem z nią po wyroku, zrozumiałem, że ona naprawdę tak czuła. Powiedziała mi, że ma poczucie wewnętrznej harmonii. I podczas spotkania naprawdę biła od niej pewność siebie. Ona wie, że ma rację i że postąpiła słusznie. Nie tylko w tej konkretnej sprawie, o której wiadomo, że została sfabrykowana, ale też bardziej ogólnie. U nas człowiek może wyjść do sklepu i trafić do więzienia, i też prawda będzie po jego stronie. W przypadku Kaci to był jej wybór i ryzyko, które podjęła, wybierając ten zawód. Sierpień w ogóle przekształcił tę profesję na Białorusi w dziennikarstwo wojenne. Kacia codziennie wychodziła do pracy z torbą, w której były rzeczy potrzebne na wypadek zranienia czy zatrzymania. Rozumiała, że może nie wrócić. Świadomie wybrała tę drogę i pozostaje jej wierna. To poczucie wierności swojemu wyborowi pozwala jej zachowywać się tak odważnie.
To dobrze, bo kondycja psychiczna to jeden z warunków, żeby po wyjściu na wolność szybko dojść do siebie.
Wiele zależy od tego, czy człowiek jest zdolny pokonać trudności psychologiczne. Przecież ludzie wracali do życia po znacznie trudniejszych przejściach, po Auschwitz, Kołymie, Magadanie. Trzeba tylko odnaleźć w sobie tę równowagę. W tym sensie człowiek naprawdę może wytrzymać wszystko.
Kaciaryna może czytać książki?
Tak, chociaż ja nie mogę jej ich przekazywać. System jest nielogiczny. Książki, które jej wysłałem, gdy siedziała w Żodzinie, do niej nie docierały, ale wydano je, gdy przewieziono ją do Mińska. Poza tym w areszcie jest biblioteka. Gdy zapadał wyrok, Kacia czytała „Krąg pierwszy” Aleksandra Sołżenicyna, który jej wysłałem do Żodzina.
Sołżenicyn przeszedł przez cenzurę?
Jakimś cudem tak. Dziwne. Zanim sędzia weszła do sali, Kacia poprosiła adwokata, by mi przekazał, że się nie boi wyroku. Mówiła, że czyta u Sołżenicyna o czasach, kiedy ludziom dawali po 25 lat łagru i oni przeżywali, więc w porównaniu z tym dwa lata można jakoś przetrwać. Wypowiedziała te słowa chwilę przed tym, jak rzeczywiście dostała taki wyrok.
Tymczasem 26 marca odbędzie się proces waszej wspólnej książki „Biełorusskij Donbass” o białoruskich kontekstach wojny na Donbasie. Ponoć wykryto w niej ekstremizm. Czyli właściwie co?
Nie wiem. Ludzie, którzy podpisali ekspertyzę, najpewniej jej nie czytali. Świadczą o tym sformułowania, które się znalazły we wnioskach ekspertyzy. Rzekomo znaleziono nieomal instrukcje budowy ładunków wybuchowych, które mogą posłużyć do wysadzenia obiektów cywilnych i wojskowych. Kompletna bzdura. Albo że książka rozpowszechnia nazistowską symbolikę, chociaż nie ma w niej żadnych ilustracji. Ci ludzie nawet jej nie otworzyli, tylko podpisali, czego chciał od nich Komitet Bezpieczeństwa Państwowego (KGB).
Jak w ogóle doszło do tej sprawy?
W grudniu 2020 r. nasz kolega pojechał w delegację do Kijowa i chciał przywieźć dwa egzemplarze. Jeden dla siebie i jeden dla nas, bo my po wydaniu książki na Ukrainie nawet nie mieliśmy jej w rękach. Zatrzymali go na granicy, najwyraźniej był na liście osób podlegających dodatkowej kontroli. Znaleźli książki, skonfiskowali je, a jemu wytoczyli sprawę za przewóz i rozpowszechnianie. 26 marca odbędzie się rozprawa, na której sąd zdecyduje, czy wpisać książkę na czarną listę. Znajdują się na niej faktycznie różne ekstremistyczne, antysemickie czy nazistowskie materiały, ale i tytuły, które umieszczono tam z oczywistych przyczyn politycznych. Jest np. album białoruskich zdjęć prasowych z 2012 r., są książki znanych brytyjskich i amerykańskich historyków z Cambridge czy Oksfordu, klasyka literatury historycznej.
Wystarczy Hitler w tytule.
Jakoś tak.
Wasza książka jest unikatowa, bo opisuje wszystkie białoruskie aspekty wojny na Donbasie. Długo nad nią pracowaliście?
Zacząłem pracę nad tematem Donbasu w lutym 2016 r. Kacia dołączyła nieco później. Zaczęło się od rozmów z białoruskimi uczestnikami konfliktu. Ale im dłużej pracowaliśmy, tym wyraźniejsze się stawało, że wnioski przeczą oficjalnej linii, jakoby Białoruś traktowała obie strony z jednakowym dystansem. Łukaszenka, KGB i MSW przekonywali, że będą ścigać każdego, kto pojechał na front, niezależnie od strony, po której walczył. W zasadzie wszyscy wierzyli w szczerość tych deklaracji. Nam wyszło, że ci, którzy walczyli po stronie Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych (DRL/ŁRL), swobodnie wracają do kraju, za to ci, którzy walczyli po stronie Ukrainy, mają problemy. Wywiady przerodziły się więc w śledztwo dotyczące działalności naszych służb. Potem zaczęliśmy się przyglądać, jak wygląda handel z DRL/ŁRL. Ostatecznie, po wielu artykułach opublikowanych w Swabodzie, doszliśmy do wniosku, że ten ogrom roboty wymaga kropki nad „i” w postaci książki. Jej głównym zadaniem jest rozwianie mitów dotyczących roli Białorusi i jej obywateli w tej wojnie. Wizja neutralnego Łukaszenki była kłamstwem, na którym przez pięć lat budował swoją międzynarodową pozycję. I to skutecznie, bo temu przecież zawdzięcza zniesienie sankcji. Próbował przekonywać, że sam cierpi przez rosyjski naciski i walczy z rosyjską agresją w regionie. Dlatego nasze publikacje wywoływały rozdrażnienie. Dostawaliśmy pogróżki z KGB. Wydarzenia powyborcze pokazały, że mieliśmy rację, bo Łukaszenka zaprezentował się jako najwierniejszy sojusznik Rosji. Gdy tylko reżim się zachwiał, pierwsze, co zrobił, to poprosił Władimira Putina o pomoc wojskową. To dowiodło po raz kolejny, że Łukaszenka jako obrońca suwerenności to kłamstwo. My je obnażyliśmy jeszcze w 2016 r.
Ilu Białorusinów pojechało na front?
Nie mniej niż 1 tys. osób, czyli Białorusini byli trzecią co do liczebności grupą narodową po Ukraińcach i Rosjanach. Z tej liczby jakieś trzy czwarte walczyło po stronie Rosji.
Jakie były ich motywacje? To nie taka prosta decyzja pojechać na cudzą wojnę.
Mówi się, że jechali dla pieniędzy albo idei. W rzeczywistości ci, którzy jechali walczyć za DRL/ŁRL, to w większości ludzie, którzy bardzo pragnęli awansu społecznego. Tutaj byli nikim, gdzieś na marginesie, życie im się nie ułożyło, aż tu nagle rosyjska propaganda dała im szansę zostać bohaterami i bojownikami z faszyzmem. Skorzystali z tego. Chcieli udowodnić sobie i innym, że mogą coś osiągnąć. Więcej romantyków było wśród tych, którzy walczyli po stronie Ukrainy. Wielu wywodziło się ze środowisk patriotycznych, narodowych, których ideały były sprzeczne z tym, co reprezentuje Łukaszenka. Choć i po tej stronie byli ludzie szukający awansu społecznego.
Niektórzy wracali. I jak się z nimi obchodziło państwo białoruskie?
Tu się właśnie zarysowywała różnica. Z czterech osób walczących za Ukrainę, o których wiem, że wrócili na Białoruś, trzy od razu po przyjeździe dostały wyroki więzienia. Czwarty uciekł z Białorusi i to tylko dlatego, że nie znaleziono na niego dowodów. Dlatego większość nie próbowała wracać, rozmawialiśmy z nimi przez Skype’a. Ci, co walczyli po stronie DRL/ŁRL, czuli się swobodniej. Bywali wzywani na rozmowy do KGB, sprawdzano, czy nie przywożą broni, bo niekontrolowanej broni boi się każda dyktatura. Ale były przypadki, że ktoś tracił na wojnie dokumenty, przyjeżdżał wyrobić nowe, trafiał na rozmowę do KGB, po czym spokojnie wracał na wojnę. To się przejściowo zmieniło, gdy w 2017 r. Łukaszenka chciał poprawić relacje z Ukrainą. Wtedy dwóch uczestników wojny po stronie rosyjskiej skazano na dwa lata kolonii, dwóm innym dano wyroki w zawieszeniu i ograniczenia wolności. Ale z tych, którzy walczyli po stronie Ukrainy, na Białoruś raczej nikt nie wracał.
Zostawali na Ukrainie?
A kilka osób wyjechało do was. Na Ukrainie kończyły im się dokumenty, bali się deportacji na Białoruś i poprosili o status uchodźcy w Polsce. O ile wiem, dwie osoby żyją w Warszawie.
Wspominał pan o pogróżkach, które dostawaliście podczas pracy.
Jeden z bojowników, z którymi rozmawialiśmy, dzwonił potem do Kaci i groził, że jej utnie głowę. Kacia poszła na milicję, ale nic z tym nie zrobiono. Powiedziano, że nie mogą ustalić tożsamości tego człowieka. W styczniu 2017 r. dostaliśmy pogróżki od KGB. Opublikowaliśmy wywiad z bojownikiem, który nie tylko przyznał się, że walczył na Donbasie, lecz także powiedział, że po powrocie współpracował z KGB. Wtedy się zaczęły pogróżki pod adresem redakcji. Ze mną nikt się nie spotykał. Najpewniej rozumieli, że opowiedziałbym o wszystkim publicznie. Kagebiści rozmawiali za to z Walancinem Żdanką z mińskiego biura Swabody. Przez niego przekazali mi zawoalowaną groźbę, że niby złapali na granicy dwóch atoszników (ukraińskich weteranów – red.), którzy mieli przy sobie mój adres i jechali, żeby się ze mną policzyć. Biorąc pod uwagę kontekst, było jasne, że mam to traktować jako groźbę fizycznej rozprawy. Zresztą po tym materiale redakcja nałożyła nieformalny zakaz poruszania tego tematu i materiały o Donbasie przestały się ukazywać. Temat był groźny, bo na kłamstwie o swojej neutralności Łukaszenka budował pozycję polityczną. Teraz to już trochę straciło na aktualności, bo przed reżimem stoją zupełnie inne wyzwania. Ale wiedziałem, że książka zostanie zakazana, dlatego nawet nie próbowaliśmy jej przywieźć z Ukrainy, bo sądziliśmy, że i tak nam ją skonfiskują.
Amerykańscy właściciele Swabody zareagowali na presję KGB?
Publicznej reakcji nie było. Nie wiem, jak długo ten zakaz obowiązywał. Wszystko zdarzyło się w styczniu 2017 r., a pod koniec lutego odszedłem ze Swabody. Do tego czasu nie mogliśmy pisać o Donbasie. Usunięto nawet jakieś materiały archiwalne ze strony internetowej. Nieprzyjemna historia. Latem nasz tekst ukazał się na stronie ukraińskiej Swobody. To niby jedna korporacja (Radio Free Europe/Radio Liberty – red.) i nie powinno być problemów z przedrukiem. Tłumaczenie ukazało się na białoruskiej Swabodzie, ale po kilku godzinach zostało zdjęte.
W 2019 r. o węglu z Donbasu dużo pisała dla Swabody Alena Litwinawa, więc zakaz najwyraźniej zniesiono.
Możliwe.
W książce opisujecie, jak na wojnie zarabiają białoruskie firmy państwowe.
Przede wszystkim chodzi o eksport. Do DRL/ŁRL trafia białoruski alkohol i żywność. Można się domyślić, że zgoda w tak ważnej sprawie musiała zostać wydana przez kierownictwo państwa na zasadzie „handlujcie, z kim chcecie”. Łukaszenka wtrąca się w każdą sprawę gospodarczą, więc taka kwestia, jak handel z DRL/ŁRL, nie mogła ujść jego uwadze. Po drodze trzeba było rozwiązać problem logistyczny, bo nie dało się zawrzeć kontraktów z firmami z Doniecka. Białoruś nie uznaje DRL, nie ma takiego państwa. Wykorzystano fikcyjnych pośredników z Rosji, czasem firmy z DRL/ŁRL udawały spółki ukraińskie. Były też rzadkie przypadki importu, ale nim Białoruś nie była szczególnie zainteresowana.
O ile pamiętam, chodziło o słodycze.
Pewna spółka sprzedawała ciastka z Doniecka. Należała do jednego z ukraińskich oligarchów związanych z dawną Partią Regionów, który miał fabryki i w Rosji, i w Doniecku. Jeśli wierzyć słowom biznesmena, z którym rozmawiałem, formalnie podpisał umowę właśnie ze spółką z Rosji i był przekonany, że dostanie towar rosyjski. Okazało się, że na pudełku ciastek jest podpisana wytwórnia z Doniecka. Po naszym artykule ten produkt zniknął z białoruskiego rynku.
Pośrednictwem w handlu donieckim węglem też się zajmują firmy państwowe?
Nie spółki państwowe, lecz ludzie bezpośrednio związani z władzą. Tutaj rola Białorusi sprowadzała się do tranzytu i pośrednictwa. Choć bez akceptacji administracji Łukaszenki nie mogłoby się to odbywać.
Jak się pracuje z własną żoną? Da się oddzielić sprawy zawodowe od prywatnych, zwłaszcza jeśli się zajmuje tak trudnymi, stresującymi tematami?
Świetnie się pracuje. My się poznaliśmy w pracy i w czasie, gdy zajmowaliśmy się tematem Donbasu, nawiązaliśmy relację osobistą. Związek nas dodatkowo motywował, a praca wzmacniała naszą miłość. Jesteś blisko niezwykle utalentowanego człowieka, który ciągle coś robi, więc nie chcesz zostawać w tyle. Symbioza. W ostatnim półroczu fakt, że oboje jesteśmy dziennikarzami politycznymi, pomógł nam rozumieć się wzajemnie w tej stresującej sytuacji. Zastanawiałem się, czy gdybym zajmował się biznesem albo nauką, rozumiałbym, po co Kacia wychodzi na streamy w każdy weekend, skoro wie, że może nie wrócić. Pewnie byłoby mi to trudno przyjąć i kłócilibyśmy się o to. Ale ponieważ rozumiałem jej motywację, nie miałem wątpliwości. Nawet o tym za bardzo nie rozmawialiśmy, to było dla nas oczywiste. Identycznie patrzyliśmy na sytuację i na własne wybory życiowo-zawodowe. Jednakowo przeżywaliśmy to, co się działo, jednakowo traktowaliśmy ryzyka, które się z tym zawodem wiążą. I to jest naprawdę fajne.