Po 20 latach pracy w branży, nazwijmy to, krytyczno-recenzenckiej, odczuwam ogromny przesyt wszystkim, co nowe. Bo też praca ta polega w dużej mierze na próbach odfiltrowania rzeczy literacko wartościowych z rwącego strumienia, w którym płynie również masa szlamu. W efekcie człowiek nastawia się poznawczo na to, co będzie, a nie na to, co było. Cykl życia powieści wchodzącej na rynek to obecnie – naturalnie z wyjątkami, ale nielicznymi – góra dwa miesiące. Nagrody, siłą rzeczy przyznawane z pewnym opóźnieniem, pozwalają grupie wybranych pozycji cieszyć się życiem odrobinę dłużej. I to by było na tyle. Reszta to rzadko odwiedzany cmentarz. Za każdym razem, gdy biorę się za porządki w domowej bibliotece, w moje ręce wpadają książki wydane dosłownie parę lat wcześniej i niemal natychmiast zapomniane. Ten stan rzeczy budzi mój głęboki sprzeciw. Coraz częściej mam ochotę odbywać literackie podróże pod prąd czasu. Czy w epoce komercyjnego kultu nowości i pamięci spłyconej przez media społecznościowe to już kontrkultura?
W kolejce czeka kolejne pytanie, nie bez związku z poprzednim: jakie czynniki decydują, że jedni pisarze i pisarki są po dekadach wciąż czytani, inni zaś giną w mroku zbiorowej amnezji? Zasada merytokratyczna – czyli każdemu wedle zasług – nie zawsze się tu sprawdza: znam wielu świetnych autorów, których książki służą już tylko za karmę dla roztoczy. Może ważne jest, żeby być żywym? Tak, to jest jakiś trop. A gdy mowa o nieżywych – może chodzi nie tyle o samą twórczość, ile o społeczny i kulturowy kapitał zgromadzony przez nich za życia? O to, że szczęśliwie pisało się w bezpośredniej bliskości opiniotwórczych środowisk i towarzyskich węzłów? Oczywiście prawdopodobny jest także inny, banalny powód: taki mianowicie, że zwykle nie zapominamy o tych, których twórczość pozostaje dla nas zrozumiała, bo nieuwięziona w generacyjnych, historycznych czy lingwistycznych kontekstach.
Książka przeciwko niepamięci
Są pytania, odpowiedzi wymagają namysłu. Na razie poświęćmy chwilę uwagi książce, która przeciwstawia się tej entropii i niepamięci. Pod redakcją Ewy Graczyk, Bartosza Dąbrowskiego i Katarzyny Warskiej z Uniwersytetu Gdańskiego ukazał się wybór prozy Róży Ostrowskiej (1926–1975) „Rybka, róża, bunt”. „W naszej nieodległej, bo peerelowskiej, historii, tworzyła niezwykła pisarka, o której, bardzo niesprawiedliwie, zapomnieliśmy, i tylko na Pomorzu istnieje niewielki, ale wierny klub fanek i fanów jej literatury i postaci” – pisze w posłowiu Ewa Graczyk, a ja przyznaję: nie miałem pojęcia o istnieniu Róży Ostrowskiej. Tym bardziej cieszę się z odkrycia – idzie bowiem o twórczynię nietuzinkową i oryginalną.
Róża Ostrowska (z domu Piotrowicz) urodziła się w Wilnie w rodzinie inteligenckiej, postszlacheckiej: ojciec był wojskowym, potem sanacyjnym urzędnikiem, matka przejawiała pewne ambicje pisarskie. Róża uczęszczała do szkół katolickich przy zakonach, także w czasie okupacji. Maturę zrobiła tuż przed repatriacją do Poznania, gdzie studiowała polonistykę, wyszła za mąż za aktora Leszka Ostrowskiego i wraz z nim przeniosła się do Trójmiasta, najpierw do Gdyni, następnie – w 1963 r. – do Wrzeszcza. Jej kariera zawodowa była związana głównie z teatrem: pracowała jako kierowniczka literacka Teatru Wybrzeże i krytyczka teatralna. Po październiku 1956 r. zaczęła też angażować się w działalność społeczną z coraz mocniejszymi akcentami politycznymi – w połowie lat 60. stała się obiektem zainteresowania bezpieki, a po roku 1968, gdy aktywnie protestowała przeciwko wydarzeniom marcowym, terror państwa pozbawił ją pracy i możliwości publikowania. W 1971 r. zaczęła chorować; 23 marca 1975 r. zmarła na raka płuc.
Z zachowanych zdjęć spogląda na nas osoba o wielkiej urodzie i potężnej charyzmie, osoba, która – co niewykluczone – była, jak to mawiają w Ameryce, „larger than life” w czasach, gdy bycie „larger than life” niekoniecznie okazywało się bezpieczną strategią przetrwania: w gomułkowskiej Polsce stawiano raczej na konformistyczną stabilizację. Ewa Graczyk w posłowiu pisze ponadto o „złym wyglądzie”: w gęstniejącej atmosferze lat 60. nie trzeba było zapewne nawet być Żydówką, żeby stać się „królową złego wyglądu”. To napięcie – między marazmem a nieukontentowaniem, narzuconym porządkiem a niechęcią, by się do niego dopasować, systemowymi kulami u nogi a potrzebą wolności i ucieczki, między społeczną (w tym patriarchalną) presją a silnym temperamentem – jest podstawowym składnikiem pisarstwa Ostrowskiej. Drugim jest nostalgia; ostatecznie mówimy tu o biografii rozkrojonej przez wojnę – krajobraz, czas, język pozostawione po tamtej stronie stały się czymś dalekim, nieosiągalnym, istniejącym tylko w zamglonych powidokach.
Jest jeszcze trzeci element: Kaszuby. Od wczesnych lat 50. Ostrowska jeździła z Trójmiasta w okolice Wdzydz, gdzie nie tylko odnalazła fragmenty utraconego pejzażu Wileńszczyzny, lecz także nieskrępowaną szczerość międzyludzkich kontaktów w epoce strachu i obłudy.
Utopia kobiecej swobody
Na tom „Rybka, róża, bunt” składają się cztery utwory. Książkę otwiera debiutanckie opowiadanie „Itka Fejgus” z 1948 r., rzecz o starej żydowskiej sklepikarce, która w przeddzień wojny czuje pismo nosem, mając osobliwą metaświadomość końca świata (narratorka, już po wojnie, wie, że ów koniec świata naprawdę się wydarzył). Następna w kolejności jest nowela „Dziesięcioro przykazań siostry Imeldy” z 1956 r. (stanowiła jeden z trzech tekstów w zbiorze opowiadań „Premiera”) – w pewnej mierze autobiograficzna historia o uczennicach szkoły zakonnej, poddawanych różnego rodzaju tresurze i moralnemu szantażowi. Tu już się czuje duże pisarstwo, Ostrowska potrafi bowiem operować na wielu poziomach znaczeniowych i narracyjnych jednocześnie. Z jednej strony jest to więc rzecz o wtłaczaniu wzorców kobiecego posłuszeństwa z pozycji autorytetu, z drugiej – ponura powiastka o zakłamanym do szczętu świecie dorosłych, z trzeciej wreszcie medytacja o istocie totalitaryzmu, który oczekuje od swoich ofiar, że obdarzą go szczerą miłością.
Potem przychodzi nieduża powieść „Wyspa” (oryginalnie wydana w 1960 r.), egzystencjalistyczna utopia o prowincjonalnym, prywatnym wszechświecie, ale też po prostu piękna, sensualna proza. Oto aktorka z trójmiejskiego teatru, uwikłana w toksyczny związek z reżyserem (albo szerzej – w toksyczny, depresyjny związek z rzeczywistością), wyjeżdża na letnisko na Kaszuby. W małej wsi Rybaki znajdzie ukojenie, przyjaźń i miłość, znajdzie tam również okruchy utraconej młodości z jej swobodą życiowych wyborów i pochwałą niekonsekwencji. Nazywam ten tekst utopią, choć jest on może bardziej projekcją utopii, o której się przecież wie, że jest niemożliwa. Mówimy tu o utopii kobiecej swobody, odrzuceniu pojęcia grzechu, o buncie przeciw konstrukcji świata. W PRL takie offowe – w tym erotyczne – poszukiwania (weźmy choćby mitologię Bieszczad) były raczej domeną mężczyzn, więc „Wyspa” i w tym sensie jest inna niż wszystko, co się wtedy pisało.
Książka finiszuje opracowanym i wydanym pośmiertnie w 1977 r. szkicem do powieści „Mój świat osobny” – miała być to prawdopodobnie część większego cyklu. Ostrowska pracowała nad „Moim światem osobnym” już w momencie politycznie indukowanej izolacji, także w latach choroby. Zamiast jednak głębiej zapuścić się w obszary utopii, dokonuje dekonstrukcji osobistej mitologii: wieś kaszubska ukazuje się tu bez sielankowych ozdobników, rozorana biedą, alkoholizmem, rabunkową modernizacją, przemocą w rodzinie.
Narratorka (jak zwykle będąca swego rodzaju alter ego autorki) siedzi na wsi, bo w mieście nie ma dla niej pracy. Zarabia na życie, świadcząc usługi biurowe koledze z dawnych wileńskich czasów. Kiedyś była pisarką, dziś znajduje swoje rękopisy w sławojce (nie wiemy, kto je tam umieścił, może ona sama?), w roli papieru toaletowego. Z rękopisów tych wyłaniają się fragmenty nostalgicznej powieści o dojrzewaniu w przedwojennym dworku. Ale być może najciekawszy jest język „Mojego świata osobnego”: wspomniane fragmenty napisane są wzorcową, modernistyczną polszczyzną, ale sama narracja współczesna ma melodię i składnię gwary wileńskiej, choć przecież opowiada o melancholii schyłku w kaszubskiej checzy. Tak jakby autorka uciekała w ostatnie bezpieczne miejsce – do języka swojego dzieciństwa.
Może doczekamy się także reedycji zbioru opowiadań „Siódme piętro”, powstałych w trakcie paryskiego stypendium pisarki na początku lat 60. Tak czy owak, Ostrowska jest warta ponownego odkrycia. Składam podziękowania redaktorom i wydawcy, bo to jednak ryzykowna sprawa, takie sabotowanie nieubłaganej strzałki czasu. ©Ⓟ