Rzadko piszę na tematy niezwiązane bezpośrednio z literaturą, ale w wypadku serialu „Jedyna” chodzi właściwie o literaturę wyrażoną innymi środkami. Stworzona przez Vince’a Gilligana (znanego z takich przedsięwzięć telewizyjnych jak „Breaking Bad” czy „Zadzwoń do Saula”) „Jedyna” to w zasadzie jednocześnie zajmująca narracja filmowa i – nader książkowy – esej filozoficzny. Zresztą Apple TV zaczyna się w pewnym sensie specjalizować w tego rodzaju przedsięwzięciach, bo zarówno „Fundacja”, jak i „Silos”, a przede wszystkim znakomite „Rozdzielenie” dają się również interpretować jako społeczne i filozoficzne gry z historią, utopizmem czy zagadką świadomości.
"Jedyna", czyli czuć wściekłość
Zacznijmy od tytułu. Polska „Jedyna” nie zawiera w sobie ani grama stosownego sarkazmu, który przekazuje wersja amerykańska, „Pluribus”. Jest to, rzecz jasna, fragment łacińskiej sentencji założycielskiej Stanów Zjednoczonych: „E pluribus unum” (z wielu jeden). Z wielu stanów jedno państwo. Jeden naród z wielu narodów. Jeden superczłowiek z wielu ludzi? Twórcy serialu potraktowali tę metaforę dosłownie.
Oto bowiem ziemskie radioteleskopy wyłapują z przestrzeni kosmicznej osobliwy sygnał, który okazuje się zakodowaną sekwencją DNA. Laboratoria syntetyzują ową sekwencję, a otrzymaną substancję testują w sterylnych warunkach na myszach. Zgodnie z regułami gatunku – dystopijnego kina katastroficznego – dochodzi naturalnie do kontaminacji: mysz gryzie laborantkę w paluszek, laborantka wpada w katatoniczne drgawki, potem zaś budzi się jako inna osoba. Od niej zaczyna się nieprzerwany łańcuch zakażeń, w wyniku którego zdecydowana większość ludzkości doznaje przemiany. Typowy schemat fabularny zakładałby zombifikację, ale tu postanowiono inaczej: ludzie tracą indywidualną autonomię i łączą się w jeden ponadjednostkowy byt, zostają przy tym zainfekowani szczególnego rodzaju kodeksem etycznym, który zakazuje im zabijać i kłamać. W nagrodę przestają cierpieć – są bezgranicznie spokojni, szczęśliwi i wolni od ciężaru osobowości.
Tylko 13 osób na całej planecie nie poddało się przemianie – nie wiadomo, jaki mechanizm biologiczny o tym zadecydował. W każdym razie jedną z tych osób jest Carol Sturka, mieszkanka Albuquerque („Breaking Bad” także kręcono w tym mieście) w amerykańskim Nowym Meksyku, równie zamożna, co sfrustrowana pisarka w średnim wieku. Sturka seryjnie publikuje tandetne powieści romantasy, gardzi swoimi fanatycznymi czytelniczkami i sobą właściwie też – jak wielu chałturników ma poczucie, że rozmienia się na drobne. Dobrym duchem Carol jest jej agentka, a zarazem życiowa partnerka, Helen. Problem w tym, że Helen nie przeżywa kosmicznej infekcji i umiera na oczach Carol. Carol ma więc kolejny powód, by czuć się wściekła i nieszczęśliwa – nie licząc, oczywiście, końca świata (więcej szczegółowych spoilerów nie będzie – mówimy na szczęście o pierwszym kwadransie całego serialu).
Czy to w ogóle serial o ludziach?
Dziewięć odcinków pierwszego sezonu „Jedynej” to nade wszystko historia konfrontacji Carol z nowym porządkiem rzeczywistości. Nowa ludzkość jest miła, Carol jest niemiła, obcesowa, niewdzięczna, agresywna. Nowa ludzkość oferuje dary, niczego za to nie żądając, ale wiemy przecież, że reguła odwzajemnionego daru to jedna z najsilniejszych norm społecznych: scenarzyści serialu prowokują widza, gdy naburmuszona Carol bierze, co dają, ale nie oferuje nic w zamian, nie okazuje nawet wdzięczności. A może jednak nie jesteśmy zobowiązani do rewanżu wobec istot, co do których nie jesteśmy pewni, czy w ogóle są ludźmi?
„Jedyna” jest niezwykle pojemną metaforą. Można ją interpretować na wiele sposobów. Tym, co zwraca uwagę od samego początku, jest umiejętnie rozegrane napięcie między dystopią a utopią – bo owszem, stary świat trafił szlag, ale to, co przyszło w jego miejsce, nie wydaje się jednoznacznie złe. W pewnym sensie twórcy „Jedynej” bawią się motywami zaczerpniętymi z dziejów pierwszych chrześcijańskich wspólnot i wszystkich późniejszych, idealistycznych prób powrotu do stanu pierwotnej, ewangelicznej czystości. Ludzkość po przemianie nie tylko przestrzega większości biblijnych przykazań (na zasadzie, jak mówi sama o sobie, „biologicznego imperatywu”), lecz także mówi prawdę, nie zna własności prywatnej, nie stosuje przemocy, żyje zgodnie z ideałem absolutnego egalitaryzmu, kocha wszystkich i wszystko.
Wspaniałe jest tu zawieszenie między tonem serio a zjadliwą ironią: mesjanistyczne religie uniwersalne projektują nam przecież analogiczne wizje raju – chcieliśmy i po części nadal chcemy w nie wierzyć – ale gdy przychodzi co do czego, jakoś (niechętnie) solidaryzujemy się z rozjuszoną Carol, która za żadne skarby nie chce rzucić swojego indywidualnego bytu na pastwę globalnej miłości. Podobnie zresztą jak chrześcijaństwo owa inicjatywa ma charakter misyjny – należy przypuszczać, że Ziemia stanowi tylko pojedynczy paciorek kosmicznego różańca. A zatem owszem, inwazja porywaczy ciał. Ale my w sumie znamy tych porywaczy.
Da się analizować „Jedyną” też przez pryzmat czysto amerykańskich, wolnościowych lęków. Tamtejszy indywidualizm zostaje skonfrontowany z wizją skrajnego kolektywizmu, w którym pojedyncze osobowości po prostu ulegają roztopieniu. A może kreatorzy serialu pozwolili sobie na złośliwą satyrę wymierzoną w trumpistowską propagandę, ukazującą Unię Europejską jako totalitarne imperium, trzymające swoich mieszkańców w niewoli przepisów i zakazów?
Innym kluczykiem, który otwiera ten serial, jest kwestia AI – zgodnie z tym spojrzeniem, „Jedyna” byłaby historią o człowieku konfrontującym się z osobliwością technologiczną, czyli takim momentem w rozwoju sztucznej inteligencji, w którym zaczyna ona przewyższać ludzkość intelektualnie i sterować postępem zgodnie z własną, wewnętrzną logiką, niepojętą dla białkowych obserwatorów. Coś w tym jest – sposób, w jaki komunikują się zainfekowani bohaterowie „Jedynej”, bardzo przypomina ugrzeczniony, znormalizowany ton, charakterystyczny dla LLM-ów (Large Language Models – Dużych Modeli Językowych). I – podobnie jak w wypadku LLM – zawsze mówią oni to, co chcesz usłyszeć. Masz więc do czynienia z istotą, która brzmi jak człowiek, stara się może nawet bardziej niż człowiek, ale nie jest człowiekiem.
Co napędza społeczeństwo?
Ostatecznie w „Jedynej” padają pytania o to, co w sobie, jako ludziach, cenimy najbardziej. Co jest samym jądrem naszego jestestwa? Czy aby naszej autonomii nie konstytuują i nie strzegą cechy oraz zachowania negatywne: złość, upór, mizantropia, nieufność?
Główna bohaterka krąży po opustoszałym Albuquerque, miasto jednak nie pogrąża się w rozkładzie, lecz trwa. Są to obrazy jak z proroczych snów introwertyka, który zamarzył sobie, żeby ludzie wreszcie przestali mu przeszkadzać w kontemplacji pejzażu. Puste miasto wszelako traci charakter ożywionej przestrzeni, zaczyna przypominać naprędce ustawione, martwe dekoracje. Stąd przypuszczenie, że ta historia o ostatnim człowieku (sfilmowana niemal w 200-lecie publikacji pierwszej postapokaliptycznej powieści w dziejach, czyli „Ostatniego człowieka” Mary Shelley) jest w istocie historią o etapach żałoby. ©Ⓟ