Reklama
Artykuły prasowe trafiają do czytelników nie tylko w postaci klasycznych wydań papierowych czy elektronicznych, ale również zestawień przygotowywanych przez firmy zajmujące się monitoringiem mediów. Odbiorca określa w zamówieniu, które tytuły go interesują, jakiej tematyki mają dotyczyć artykuły, a nawet jakie słowa kluczowe mają się w nich pojawiać. Po zawarciu umowy dostaje dostęp do serwisu internetowego, gdzie każdego dnia znajduje teksty pogrupowane zgodnie z jego indywidualnym zamówieniem. Problem w tym, że dwie największe firmy świadczące takie usługi, czyli Press-Service Monitoring Mediów oraz Instytut Monitorowania Mediów, od lat nie zawierają umów licencyjnych ze Stowarzyszeniem Dziennikarzy i Wydawców Repropol, które reprezentuje 77 wydawców i 503 tytuły prasowe. To zaś oznacza, że nie odprowadzają opłat należnych za korzystanie z publikacji. W ten sposób mogą oferować niższe ceny niż czterech usługodawców, którzy takie umowy zawarli i płacą wynagrodzenie na rzecz wydawców za korzystanie z ich artykułów.
– Mówiąc wprost – dwie największe firmy nie muszą w swych kalkulacjach uwzględniać jednego ze znaczących kosztów, czyli opłat na rzecz wydawców. Im więcej artykułów ma być prezentowanych w wynikach, tym większe są koszty, a więc tym wyższe muszą być ceny ofertowe usługodawców, którzy respektują prawo – tłumaczy przedstawiciel jednej z firm, które zawarły umowę z Repropolem, zastrzegając swą anonimowość.
O tym, że firmy udostępniające artykuły prasowe muszą zawierać umowy licencyjne z wydawcami (lub Repropolem), świadczy jednoznacznie niedawny prawomocny wyrok Sądu Apelacyjnego w Poznaniu. Potwierdza on, że spółka Press-Service Monitoring Mediów przez lata naruszała prawa autorskie wydawcy „Dziennika Gazety Prawnej” bezprawnie udostępniając jego artykuły (wyrok z 31 grudnia 2020 r., sygn. akt I AGa 92/20).
Bez żadnych warunków
Pojawia się pytanie, dlaczego klienci firm monitorujących prasę nie zwracają uwagi, czy te ostatnie dysponują prawami do udostępniania artykułów prasowych wszystkich zamawianych tytułów.
– Część z nich prawdopodobnie nie zdaje sobie sprawy z tego, że powinni wymagać zawarcia umów licencyjnych, które uprawniają do udostępniania publikacji. Część zaś woli kierować się najniższą ceną – mówi Maciej Hoffman, prezes Repropolu.
Brak takich wymagań dziwi szczególnie w przypadku publicznych przetargów czy zapytań ofertowych. Administracja publiczna nie tylko bowiem powinna respektować prawo, ale też dawać przykład etycznym działaniem. Tymczasem specyfikacje przetargowe najczęściej w ogóle milczą na temat konieczności uzyskania licencji. Czasem zamawiający wprost ignorują taki wymóg, nawet gdy zostaną powiadomieni o konieczności respektowania praw autorskich.
Tak było w przypadku niedawnego zapytania ofertowego Narodowego Instytutu Dziedzictwa. Stowarzyszenie Repropol wysłało do niego dwa pisma, w których zwracało uwagę na konieczność wprowadzenia wymogu dotyczącego wykupienia licencji.
„Uznajemy bowiem za niedopuszczalne finansowanie ze środków publicznych działalności sprzecznej z prawem i godzącej w interesy autorów oraz wydawców prasy” – podkreśliło w jednym z nich.
NID uznał, że taki wymóg nie jest konieczny, i wybrał ofertę Instytutu Monitorowania Mediów. Chyba najbardziej dziwi to, że NID jest instytucją podległą Ministerstwu Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu, a więc resortowi, który zatwierdził tabele wynagrodzeń z tytułu korzystania z publikacji periodycznych i stoi na straży przestrzegania praw autorskich w Polsce. Jednocześnie podmiot przez niego nadzorowany zdecydował, że przegląd prasy dostarczać mu będzie firma, która nie zawarła umowy ze stowarzyszeniem reprezentującym krajowych wydawców. Podobne zdziwienie może wywoływać fakt, że również sądy i większość ministerstw zlecają przegląd prasy firmom, które nie odprowadzają wynagrodzeń należnych wydawcom.
Wyrok bez reakcji
Czasem w przetargach czy zapytaniach ofertowych pojawia się wymóg posiadania umów licencyjnych z wydawcami. Tyle że w praktyce najczęściej i tak nie jest on weryfikowany. Zamawiający poprzestają na oświadczeniu własnym firmy składającej ofertę. Tak stało się w odpowiedzi na niedawne zapytanie ofertowe Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Postawiono w nim wymóg, by do oferty załączyć oświadczenie, że „działalność wykonawcy nie narusza przepisów prawa, w szczególności, że posiada stosowne licencje uprawniające wykonawcę do korzystania z wycinków z mediów (...) bądź też wnosi stosowne opłaty do właściwej organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi lub prawami pokrewnymi”.
Za najkorzystniejszą UOKiK uznał ofertę spółki Press-Service Monitoring Mediów. Wyboru dokonał 28 grudnia 2020 r. Trzy dni później Sąd Apelacyjny w Poznaniu wydał wspomniany wyrok zabraniający wybranej spółce udostępniania artykułów „Dziennika Gazety Prawnej”. Tymczasem tytuł ten również ma być uwzględniany w przeglądzie prasy. Press-Service wciąż nie zawarł umowy z Repropolem, który reprezentuje wydawcę DGP.
Takie przykłady można mnożyć. Zdecydowana większość administracji publicznej, włączając instytucje mające stać na straży prawa, korzysta z monitoringu mediów dostarczanego przez jedną z dwóch spółek, które nie płacą wynagrodzenia wydawcom. Pozostałe, respektujące prawa wydawców, nie są zaś w stanie konkurować cenowo o publiczne zamówienia.
We wspomnianym prawomocnym wyroku Sąd Apelacyjny w Poznaniu zakazał udostępniania przez Press-Service wszystkich tekstów publikowanych w DGP (choć pozew dotyczył jedynie 41 wskazanych konkretnie artykułów). Mają one zostać usunięte z bazy firmy. Sąd zabronił też dalszego zwielokrotniania i udostępniania kolejnych wydań, w tym artykułów prasowych. Ponadto spółka miała powiadomić klientów, że przekazywała im artykuły DGP w sposób bezprawny, oraz opublikować stosowne oświadczenie w prasie. Tego ostatniego obowiązku wciąż nie wykonała, dlatego INFOR Biznes postanowił zrobić to sam w jej imieniu. W wydaniu DGP z 3 lutego 2021 r. ukazało się ogłoszenie: „Press-Service Monitoring Mediów sp. z o.o. informuje, że naruszała prawa autorskie INFOR Biznes wydawcy «Dziennika Gazety Prawnej»”.