statystyki

Ekspert od kryminalistyki: W polskim wydaniu archiwum X to żaden oddział specjalny

autor: Mira Suchodolska09.05.2015, 08:00; Aktualizacja: 09.05.2015, 13:34
W polskim wydaniu archiwum X to nie żaden oddział specjalny. To grupa ludzi powoływana ad hoc do analizy jakiejś sprawy, która długo leży na półce, bo o tych związanych z zabójstwem się nie zapomina i choć śledztwo zamiera, to od czasu do czasu ktoś do nich wraca.

W polskim wydaniu archiwum X to nie żaden oddział specjalny. To grupa ludzi powoływana ad hoc do analizy jakiejś sprawy, która długo leży na półce, bo o tych związanych z zabójstwem się nie zapomina i choć śledztwo zamiera, to od czasu do czasu ktoś do nich wraca.źródło: ShutterStock

Aparatura to nie wszystko. Kryminalistyk musi być fachmanem, który zinterpretuje jej wskazania i powie: tę amfetaminę zrobił X z Otwocka, który mieszka przy tej i tej ulicy. Fachman to wie, bo przebadał setki podobnych próbek

Znamy się od paru lat – przez telefon, znajomych, FB. Każdy, kto interesuje się kryminalistyką, przynajmniej ze słyszenia zna Ducha. Teraz spotkaliśmy się w związku ze sprawą, którą dziennikarsko pilotuję od paru miesięcy. Szybkie przypomnienie: z mieszkania na tyskim blokowisku nietrzeźwy mężczyzna dzwoni pod numer ratunkowy 112. Mówi, że w mieszkaniu jest pełno krwi i że jacyś ludzie wchodzą i wychodzą, biją go. Dyspozytorka lekceważy wezwanie, na drugi dzień znajdują mężczyznę z rozbitą głową.

Ten numer ratunkowy w polskim wydaniu to porażka. Bo szwankują procedury. Dyspozytorzy powinni mieć listy z pytaniami do odfajkowania oraz wskazaniem, gdzie połączyć w razie takich, a nie innych odpowiedzi. A i sam system nie działa, jak trzeba. Kiedyś, stojąc na schodach komisariatu na warszawskiej Białołęce, wykręciłem ten numer i połączyłem się z dyspozytorem w odległym o ponad 20 km Legionowie. Albo jeszcze lepsza historia: jestem w Załuskach na stacji benzynowej, gdzie do sklepu wpada wielki koleś i zaczyna zastraszać klientów i personel. Chciałem mu dać w mordę i zakończyć sprawę, ale koledzy, z którymi byłem, przekonali mnie, że napastnik jest za duży i jeszcze wariat, więc możemy nie dać rady. Dzwonię więc na 112, żeby przysłali radiowóz i załogę, ale zamiast z Nowym Dworem Mazowieckim (13 km), który jest najbliżej, połączyło mnie z Płońskiem (17 km). Paranoja, tyle powiem.

W tyskiej historii jest następna odsłona: syn denata poprosił mnie o kontakt z człowiekiem, który zna się na zabezpieczaniu śladów na miejscu zdarzenia. Bo minęło już pięć miesięcy, a on nie wie, dlaczego umarł jego ojciec. Zgodził się pan pojechać na miejsce zdarzenia i rzucić okiem.

Właśnie tak – rzucić okiem, oględzin nie mogę przeprowadzać, bo jestem już na emeryturze. A więc pojawiłem się w tym bloku. Pierwsza próba ujawnienia śladów linii papilarnych jest na drzwiach wejściowych, ale tylko od zewnątrz. A przecież napastnik, gdyby był, musiał wychodzić. W mieszkaniu zostały zebrane ślady z dwóch wyłączników od światła, chyba losowo wybranych, gdyż reszta została zignorowana. Denat miał rozbity łuk brwiowy, jak wynika z protokołu sekcji zwłok – narzędziem tępokrawędziastym. Albo ktoś mu przyłożył czymś w głowę, albo sam się w coś uderzył. Jednak nie znalazłem miejsca, gdzie mogłoby się to stać. Natomiast ślady krwi w mieszkaniu i przed nim nie wskazują na to, żeby uderzył się lub został uderzony poza swoim lokum. Moją uwagę zwróciło też coś innego: obok sofki, na której znaleziono zwłoki, stały dwie nieotwarte butelki piwa. Droższego, nie takiego, jakie kupuje uzależniony od alkoholu facet. Tych butelek nie zabezpieczono, nie wzięto z nich nawet „paluchów”. Druga rzecz, jaką zauważam, to kolejne dwie butelki, tym razem już puste, które leżą na suszarce przy zlewie. Też nietknięte ręką technika kryminalistycznego. Nawet „nieopylone” w celu wzięcia śladów linii papilarnych. Ja bym wziął to szkło i zabezpieczył w całości, by je potem zbadać w laboratorium w komorze cyjano-akrylowej, bo to jest pewniejsza metoda badania. I jeszcze jedno: z tych pustych butelek należało wziąć ślady do badania genetycznego. Jeśli w zainteresowaniu śledczych pojawiłby się potencjalny sprawca, można by było sprawdzić, czy był na miejscu zdarzenia. Z tego, co wiem, to ofiara miała konflikt z jednym ze znajomych. Może ten przyszedł do niej, żeby się pogodzić, ale coś poszło nie tak, emocje wzięły górę. Ale tylko gdybam.

Technik kryminalistyczny musi gdybać i myśleć, a nie tylko jak automat zabezpieczać ślady. Coś jeszcze w tym mieszkaniu zwróciło pańską uwagę?

Na stole leżał kawałek porcelitu, który później, kiedy porównywałem swoje ustalenia z protokołem przeszukania, zidentyfikowałem jako utłuczone ucho od kubka. Kubek zabezpieczono, ucha już nie, choć to na nim mogły się zachować ślady. No i najważniejsza sprawa: za łóżkiem zauważyłem potłuczony klosz od lampki nocnej z brunatnymi plamami, które mogły zostać pozostawione przez rozbryzgi krwi. Być może właśnie tą lampką ktoś uderzył ofiarę w głowę, a klosz wpadł za łóżko. Choć mogło być inaczej – klosz leżał w tym miejscu od miesięcy, bo wpadł tam z całkiem innego powodu. Ale należało to sprawdzić. Bo oględziny robi się po to, by z jednej strony potwierdzić, a z drugiej wykluczyć pewne rzeczy.

Z czego wynikały błędy, które pan zauważył? Z nieumiejętności ludzi? A może olali sprawę: denat był alkoholikiem, więc zasłużył na swój los? Albo jeszcze z innego powodu: policji bardziej opłaca się zakwalifikować taką śmierć jako wypadek niż morderstwo, bo to nie psuje statystyki.


Pozostało jeszcze 75% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Reklama

Galerie