Niemiecka prokuratura chce postawić politykowi PO dwa zarzuty: posługiwanie się znakami i symbolami organizacji działających w sprzeczności z niemiecką konstytucją oraz zarzut uwłaczania godności funkcjonariusza państwowego.

Postępowanie będzie prowadzone, gdy wygaśnie immunitet Protasiewicza jako członka Parlamentu Europejskiego. 

Niemiecka bulwarówka twierdzi, że europoseł był pijany, słaniał się na nogach, był agresywny i zabrał innemu pasażerowi wózek do bagażu. Przy tym miał krzyczeć "Heil Hitler" i pytał wszystkich naokoło, czy byli kiedykolwiek w Auschwitz. Według świadka zdarzenia, po angielsku mówił też, że "jest z Unii Europejskiej".

Podczas konferencji prasowej Protasiewicz opowiadał swoją wersję wydarzeń. Powiedział, że odpowiedział urzędnikowi, że to słowo źle kojarzy się w jego kraju - z takimi zwrotami jak "heil Hitler" i "hande hoch". Miał zostać wtedy pchnięty przez celnika. W reakcji na to wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego powiedział mu, żeby pojechał do Auschwitz, by "zobaczył jakie są skutki tego, jak ludzie w uniformach używali siły". Polityk miał zostać pchnięty po raz drugi.

Według relacji europosła, podczas przejścia przez kontrolę został zatrzymany z niewielkim bagażem. Po prośbie o pokazanie dokumentów pokazał paszport dyplomatyczny. To - jak relacjonuje - rozzłościło celnika, który był,zdaniem europosła, "ewidentnie źle nastawiony". Oddając mu paszport powiedział "raus". To z kolei zdenerwowało europosła, który zapytał czy zdaje sobie sprawę, że to słowo kojarzy się z określeniem "Heil Hitler!". Europoseł Protasiewicz relacjonuje, że został pchnięty. W odpowiedzi powiedział celnikowi, by jechał do Auschwitz i zobaczył jakie są skutki używania siły.