Choć policja nie odnotowała w dzień referendum żadnych naruszeń ciszy wyborczej, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że naruszyli ją twitterowicze. Przez cały dzień mieliśmy do czynienia z przekazywaniem danych o frekwencji, choć nie wprost, a za zasłoną... grzybobrania. 

Internauci wymieniali się na mikroblogu informacjami o liczbie zebranych okazów. Podrzucali dane z 'okręgowych komisji grzybiarskich' i zastanawiali się "czy będzie z tego zupa, czy też nie".

Do "liczących grzyby" dołączył nawet... minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski. Szef MSZ rozpowszechnił cudzy twitt o "liczbie okazów": "Z dwóch niezależnych źródeł wynika, iż o 18.00 w koszyku było ok. 20 okazów. Ale grzybobranie trwa jeszcze niecałe 3 godziny" - taki wpis pojawił się na koncie Sikorskiego po 19.00. Uwagę ministrowi - też na Twitterze - zwrócił jeden z dziennikarzy: "Minister 'retwittuje' przecieki? Nieładnie. Prawo jest prawo czy nam po drodze czy nie" - napisał Jan Mikruta z Polsatu. "Zdaje się, że prawo wspomina o agitacji i sondażach" - bronił się Sikorski. Ale dziennikarz nie odpuścił i całą dyskusje skomentował krótko: "W przypadku gdy frekwencja jest decydująca? Trochę to jednak wygląda jak podawanie wyniku czyli takie naginanie....".