W listopadzie Lech Wałęsa ogłosił w TVN przeprosiny za to, że Wyszkowski nazwał go tajnym współpracownikiem SB o ps. "Bolek". To efekt werdyktu sądu, który uznał, że Lech Wałęsa miał prawo przeprosić samego siebie w imieniu Krzysztofa Wyszkowskiego i tym samym zrealizować wyrok sądu z 2011 r., nakazujący Wyszkowskiemu przeprosić Wałęsę.

Sąd Okręgowy w Warszawie odrzucił zażalenie pełnomocnika Wyszkowskiego na ten wyrok. W tej sytuacji za wyemitowanie przeprosin w TVN będzie musiał zapłacić Krzysztof Wyszkowski. Może go to całkowicie zrujnować, gdyż czas antenowy w stacji jest bardzo drogi, a Wałęsa mógł zapłacić za przeprosiny nawet pół miliona zł.

W wywiadzie dla "Wprost" Wyszkowski tłumaczy, że nie zamierza Wałęsie oddawać pieniędzy za wyemitowane przeprosiny. "Mam płacić za kłamstwo? To byłby absurd! Sąd stwierdził, że dochowałem należytej staranności w badaniu sprawy „Bolka”. Zwolnił mnie z kosztów sądowych i adwokackich. To Wałęsa poniósł koszty procesu, który mi wytoczył. Czy jest jaśniejsza odpowiedź na pytanie, kto wygrał?" - pyta retoryczne były opozycjonista.

I zaznacza, że wykupione przez Wałęsę przeprosiny nic nie znaczą. "Wałęsa od dwudziestu lat wie, że wszyscy mający oczy do patrzenia i uszy do słuchania wiedzą, że był TW Bolkiem. Układ interesów krajowych i zagranicznych jest jednak taki, że legenda elektryka, który sam z Danuśką obalił komunizm nadal się dobrze sprzedaje. I elektryk odgrywa w tym objazdowym cyrku ciągle tę samą rolę, bo ciągle są widzowie kupujący bilety. Oni nie potrzebują prawdy – wystarczy im kwitek, że sąd stwierdził, że „nie było i nie ma dowodów”. To ogłoszenie, które sam sobie wyświetlił to tylko formalne zaświadczenie o niekaralności, jakie celebryci muszą składać firmom, które ich wynajmują do swoich cyrków. Nie mam nic przeciwko temu, żeby nadal nabijał sobie kabzę tymi występami" - tłumaczy Wyszkowski we "Wprost".