Nowa książka klasyka politologii to najlepszy dowód, że myślenie liberalne znalazło się w ślepej uliczce. Szczerze mówiąc, mam wrażenie ostrego déjà vu. Od dobrych kilku lat wydaje mi się, jakbym czytał ciągle jedną i tę samą książkę. Zmieniają się tylko autorzy. Nie chodzi o to, że oni źle piszą. Przeciwnie. Taki Francis Fukuyama dobrze wie, jak atrakcyjnie formułować swoje myśli. W końcu jest legendą współczesnej myśli politycznej. Status gwiazdy osiągnął rzecz jasna za sprawą swego głośnego eseju o końcu historii. Opublikowany na początku lat 90. tekst stał się hitem, o którym mówili wszyscy. Dla zaledwie 40-letniego wówczas Fukuyamy było to jak trafienie szóstki w totka. „Koniec historii” ustawił go na całe życie w roli zawodowego mędrca. I nie można nawet powiedzieć, że Amerykanin japońskiego pochodzenia nie udźwignął swojego sukcesu. Z dużą regularnością wrzucał do debaty nowe prace. Pisał (nawet ciekawie) o zaufaniu, ładzie politycznym, posthumanizmie czy trudach budowaniu państwa. Teraz zaś napisał o znaczeniu tożsamości.
Francis Fukuyama, „Tożsamość. Współczesna polityka tożsamościowa i walka o uznanie”, tłum. Jan Pyka, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2019
Fukuyama odgrzebał swoich starych mistrzów: Platona, Hegla i Nietschego. Zapożyczył od nich przekonanie, że człowiekowi chodzi w życiu o coś więcej niż tylko gołe istnienie. Postawił tezę, że wszyscy dążymy do uznania. To dążenie przybiera zaś różne formy oraz intensywność. Pogoń za uznaniem prowadzi do przybierania różnych tożsamości. Służących z reguły temu, by poczuć się trochę lepiej. Najciekawiej jest, gdy Fukuyama przyznaje, że liberalna demokracja (której był jednym z heroldów) nie potrafiła sobie z tym wyzwaniem poradzić. Myślała np., że popychając przedsiębiorczych do wyżywania się na globalnym rynku, powstrzyma ich przed mieszaniem się w proces polityczny. Ale się pomyliła. Kapitał zaczął przejmować i psuć instytucje demokratyczne, pisząc pod siebie reguły gry. Na dodatek dążenie do wyjątkowości zaczęło rozbijać wielkie ruchy społeczne (np. lewicę). Czyniąc z niej zbiór wysepek wojujących o własną wąsko zarysowaną tożsamość: ruchów LGBT czy feministek. W kontrze do tego zjawiska pojawiła się tożsamościowa prawica.
Wszystko to brzmi tyleż słusznie, co jednak trochę… banalnie. Fukuyama w „Tożsamości” nie wyznacza nowych dróg. Co najwyżej można powiedzieć, że jest dowodem, iż nawet establishment liberalno-konserwatywnej politologii zauważył coś oczywistego. Niestety, gdy Fukuyama przechodzi do odniesienia swoich spostrzeżeń do warunków współczesnego świata, jest już bardzo źle. W ruch idą te nieznośnie grube kredki, które każą wierzyć, że takie zjawiska polityczne jak Putin, Erdogan, Kaczyński lub Orbán pochodzą z jednej i tej samej bajki. Tu nie ma miejsca na niuanse. Albo liberalna demokracja, albo autorytaryzm. Albo my, albo tamci. Wymagający czytelnik ma prawo czuć się zawiedziony.
Wydaje mi się, że tę opowieść czytałem już wiele razy. I czuję się dziwnie, bo ileż można słuchać tego samego? Fukuyama jest pod tym względem reprezentantem szerszego zjawiska. Wyraża kompletną bezradność liberalnych autorytetów w ocenie problemów współczesnego świata. Oczywiście jakieś grono fanów zawsze znajdzie. Ale nie jest to już muzyka żadną miarą ekscytująca ani pozwalająca nam mieć owo nieuchwytne wrażenie, że oto zajrzeliśmy choć trochę w przyszłość. ©℗