Trwające od niedzieli starcia w Górskim Karabachu są najpoważniejszą eskalacją konfliktu od rozejmu w 1994 r. Tym groźniejszą, że do tradycyjnego sporu Armenii z Azerbejdżanem po stronie tego ostatniego włączyła się Turcja, coraz mocniej rozpychająca się w regionie (o bardzo napiętej sytuacji w regionie pisałem też w tekście „Wirusowa wojna zastępcza”, który ukazał się w Magazynie DGP z 17 lipca 2020 r.).

W czasach ZSRR zamieszkały w większości przez Ormian Górski Karabach był enklawą na terenie Azerbejdżanu o statusie obwodu autonomicznego. Pod koniec lat 80. konflikt azersko-ormiański zaczął przybierać coraz ostrzejsze formy. W 1988 r. doszło do pogromu Ormian w Sumgaicie, w którym według oficjalnych danych zginęły 32 osoby, a według Ormian – nawet 200. Gdy upadał ZSRR, a Armenia z Azerbejdżanem ogłosiły niepodległość, to samo zrobił Górski Karabach. Wybuchła wojna, zakończona w 1994 r. zwycięstwem Armenii, która poza samym Górskim Karabachem opanowała też fragmenty siedmiu rejonów Azerbejdżanu właściwego.

Te siedem rejonów wraz z Górskim Karabachem utworzyły parapaństwo nieuznane przez nikogo na świecie. Podczas wojny zdarzały się zbrodnie, z których najgłośniejszą była masakra Azerów w miejscowości Chodżalu/Xocalı, gdzie Ormianie zabili według Human Rights Watch do 200 cywili, a według władz w Baku – nawet 613. Republika Górskiego Karabachu ze stolicą w Stepanakercie/Xankandi funkcjonuje do dziś. Choć jest mocno zintegrowana z Armenią, Erywań nigdy nie zdecydował się na jej aneksję.

DGP rozmawia z byłym wieloletnim azerskim dyplomatą Anarem Cahangirlim oraz z ekspertem z Armenii Stepanem Grigorjanem, byłym posłem i doradcą wielu polityków. Obaj w swoich krajach mają dość umiarkowane poglądy na relacje z sąsiadem. Każdemu z nich zadałem podobne pytania.